Gadowski na tropie kalabryjskiego diabła

Zmarły kilka dni temu watykański egzorcysta ojciec Gabriele Amorth napisał kiedyś na Facebooku, że „wszystko wydarza się najpierw na poziomie duchowym, dopiero później urzeczywistniając się na tej ziemi.” A choć zdanie to odnosiło się do Państwa Islamskiego, można je chyba śmiało uznać za ogólną zasadę rządzącą zarówno dobrem, jak i złem. I to bez względu na to, czy jesteśmy ludźmi wiary. Bo nawet jeśli nimi nie jesteśmy, a „poziom duchowy” zastąpimy na przykład „sferą idei” czy jakimkolwiek innym pojęciem obrazującym niematerialne mechanizmy ludzkich poczynań, musimy przyznać Amorthowi rację.

Właśnie ta myśl coraz wyraźniej klarowała mi się podczas oglądania pierwszego odcinka dokumentalnego cyklu „Łowca smoków” autorstwa Witolda Gadowskiego, który 14 września pokazała TVP. Film nosił tytuł „Diabeł zatrzymał się w Kalabrii” i opowiadał o jednej z bardziej tajemniczych włoskich organizacji mafijnych – ’Ndrànghecie. Nie jestem wybitnie zorientowany w tych sprawach – skojarzenia z terminem „mafia” mam mniej więcej takie jak większość z nas – jednak dokument Gadowskiego śledziłem naprawdę z przysłowiowym zapartym tchem. Bynajmniej nie z powodów czysto poznawczych lub dla mrożących krew w żyłach opowieści.

Gadowski, choć w swej pracy często sprawia wrażenie pospiesznego czy wręcz niechlujnego, ma zaskakującą i wcale nie tak częstą u dziennikarzy cechę. Potrafi sięgać do korzeni zjawisk. Nie w sensie dogłębnego rozeznania tematu i zebrania jak największej ilości danych – choć i tu większość pałętających się po różnych studiach i redakcjach wyjaśniaczy rzeczywistości mogłaby brać u niego korepetycje – lecz po prostu wykazuje się intelektualną żarliwością, która koniec końców musi doprowadzić go, a z nim również nas, do metafizyki.

kalabria2

I oto przyjeżdżamy z jego ekipą do Kalabrii – pięknego, acz słabo rozwiniętego gospodarczo regionu na południu Włoch. Trudno uwierzyć, że to właśnie tutaj niczym polip rozsiadła się przestępcza ośmiornica, której macki sięgają daleko poza Europę, bo nawet do Australii czy Kanady, a która – jak można przeczytać w kilku miejscach w sieci – często bywa uważana za podrzędną wobec bliźniaczej Cosa Nostry czy Camorry. ’Ndràngheta to – jak wyjaśniają rozmówcy Gadowskiego – tyle co ludzie honoru, ludzie odważni. Tu zaś dodatkowo są oni połączeni silnymi więziami rodzinnymi, choć trafniej będzie chyba używać określenia „klan”. O sile ’Ndrànghety na tym terenie świadczy choćby fakt, że w mieście San Luca około 80 procent mężczyzn zalicza się do jej szeregów.

’Ndràngheta to oczywiście też katalog ofiar – tych już „uciszonych”, ale i tych zmuszonych do życia w nieustannym strachu jak jeden z prokuratorów, który od blisko trzydziestu lat nie rusza się nigdzie bez ochrony i – jak wyznał Gadowskiemu – nie bywa nawet na plaży, mimo iż mieszka zaledwie osiem kilometrów od morza. Albo kalabryjski dziennikarz angażujący się w walkę z „ludźmi honoru” w akcie swoistego odwetu za dziadka, któremu wycięli ukochane drzewa mandarynkowe, bo postawił im się, gdy chcieli wykupić okolicę wraz z jego sadem.

Film roztacza bardzo niepokojącą mapę wpływów ’Ndrànghety. Pojawia się na niej zresztą i polski ślad. Niezwykle znamienne jest tutaj stwierdzenie jednego ze śledczych, że udało się co prawda pokonać we Włoszech terroryzm wymierzony przeciwko państwu, problem jednak w tym, że ’Ndràngheta nie działa przeciwko państwu, ponieważ zazwyczaj wkrada się w jego struktury, nie tylko przekupując polityków czy sponsorując ich kampanie, ale wystawiając do władz własnych członków. Jest to możliwe między innymi poprzez „czyste” z prawnego punktu widzenia dzieci starych mafijnych bossów, które mogą bez przeszkód kandydować w wyborach.

Nie mogło też zabraknąć wątku uchodźców. Oto okazuje się, że ich przemyt do Europy jest dziś dla ’Ndrànghety niemniej lukratywnym biznesem niż narkotyki – jej kluczowe źródło lokowanych na rynkach inwestycyjnych dochodów. Tyle że akurat tu mafia ma potężnego konkurenta w postaci państwa. Pełne bezgranicznego miłosierdzia dla muzułmanów potrafi na przykład oddać na ich potrzeby zarekwirowany tejże mafii hotel. Odrobinę kuriozalnie w tym kontekście wypadają żale jego ekx-właściciela, który nazywa Kalabrię „wielkim zsypem”, jakby całkowicie ignorował fakt, że zawdzięcza to w dużej mierze kumplom.

kalabria3

Ale to wszystko i tak nic. Bo naprawdę ciekawy jest właśnie ów „duchowy poziom”, któremu Gadowski poświęca całą drugą część filmu. Nader osobliwe są bowiem związki ’Ndrànghety z religią. Większość jej członków to nie tylko ludzie honoru, ale też ludzie głęboko wierzący, kochający Chrystusa i Matkę Boską, fundujący ku ich czci kościoły, a nawet licytujący się na duże sumy, kto ma nieść figurę w procesji. Anonimowa ankieta w więzieniu Regio Calabria wykazała, że 98 procent osadzonych w nim mafiosów deklaruje się jako katolicy.

Gdy słuchałem, jak jeden z nich – kawał chłopa z kwadratową szczęką i świętym medalikiem na szyi – opowiadał, jak bardzo liczy się rodzina i że w imię jej dobra można zabić, najpierw pomyślałem, że sobie cynicznie podkpiwa. Ale gdy Gadowski zaczął go indagować o diabła, a ten z kamienną twarzą odpowiadał, że diabeł owszem istnieje, skoro istnieje Bóg, odniosłem wrażenie, jakbym miał do czynienia z kimś, kto byłby w stanie podbić żonie oko, bo rosół był za słony, a potem najniewinniej w świecie pójść na mszę i nie czuć przymusu przystąpienia do spowiedzi.

Etyczny relatywizm ubrany w kostium wiary i afirmowania tradycyjnych wartości to zresztą najbardziej rzucająca się w oczy cecha pokazywanych przez Gadowskiego mieszkańców San Luca. Czy działa tu mafia? Jasne, tylko że nie my nią jesteśmy. Mafia to państwo: urzędnicy, prokuratorzy, karabinierzy. My tylko bronimy swojego. Cóż z tego, że czasami musimy użyć gnata, skoro przed mokrą robotą modlimy się do Maryi Dziewicy, by nie odmówiła nam swej łaski? Jeśli ktoś ci zagraża, masz prawo go sprzątnąć. Nawet gdyby był to sędzia. Słuchałem tego i mimo wszystko zastanawiałem się, ile w tym folkloru na użytek budowania legendy, ile pacyfikującego sumienie samozakłamania, a ile najzwyklejszego strachu, który każe powielać zbiorową mentalność grupy.

A potem patrzyłem na ujęcia znajdującego się niedaleko San Luca sanktuarium Santa Maria di Polsi – zwanego także „świątynią ’Ndranghety” z uwagi na odbywające się tam doroczne wrześniowe spotkania przywódców klanów – i doszukiwałem się jakichś… sam nie wiem… demonicznych akcentów? czegoś niewłaściwego w wystroju? Nic nie znalazłem. Patrzyłem też na twarz Gadowskiego w nadziei, że może on coś wychwycił. Nic. Nawet podobno cuda się tam zdarzają. Po prostu… błogosławiona ziemia. Ale przez kogo? Przez Persefonę, której oddawano tu cześć w pogańskich czasach? Przez krew kóz, które składano wtedy w ofierze?

Tak, ojciec Amorth miał rację: wszystko wydarza się najpierw na poziomie duchowym. To tu kształtuje się impuls, który później wpływa na dotykalną rzeczywistość wokół nas. Tu toczą się targi z sumieniem, a może i proces jego egzekucji niczym niewygodnego prokuratora. Jest wrzesień, do Santa Maria di Polsi znowu pozjeżdżają się (czy może już byli?) patroni rodów ’Ndranghety. Na pewno wezmą udział w niejednej mszy. Na pewno będą przekazywać sobie znak pokoju. Z czego się wyspowiadają prawiącemu same puste ogólniki księdzu?

Film do obejrzenia na VOD TVP

Polecam również

  • Może członkowie Ndrànghety to tacy hiperwierzący-niepraktykujący? Znają prawdy wiary, są w stanie sfinansować budowę kościoła z pieniędzy pochodzących z przemytu albo handlu narkotykami ale od sakramentów uciekają? Nie wiem jak jest, domyślam się tylko. Ciekawe czy film mówi coś o ich praktykowaniu.

    • Film nie. Jest tylko scena z mszy w San Luca, podczas której wszyscy w kościele przystępują do komunii. Można więc domniemać, że ludzie z Ndranghety też. Ale jest książka o ich związkach z religią. Napisał ją ten prokurator, którego widać na drugim zrzucie. Nazywa się “Aqua santissima”, ale nie sprawdzałem, czy została wydana w Polsce.