Frederick Forsyth kończy karierę, czyli o sięganiu do źródeł

Jak podaje nieoceniony Booklips, Frederick Forsyth – światowej sławy autor thrillerów – postanowił zakończyć karierę literacką. A przynajmniej – bo nie wynika to do końca z tekstu – pożegnać się ze swym ulubionym gatunkiem. Bo w to, że w ogóle przestanie pisać, jakoś nie wierzę. Mało który wyrobnik słowa ma w sobie na tyle determinacji, by odstawić jedyny narkotyk, jaki każdego dnia pozwala mu wstawać z łóżka. Chociaż z drugiej strony mogę się mylić. Forsyth to inna szkoła i jeśli powiedział, że wydana w 2015 roku autobiografia stanowi jego „łabędzi śpiew”, to być może rzeczywiście złamie klawiaturę.

Tyle że Forsyth już kilkakrotnie ogłaszał zejście ze sceny, a mimo to i tak zawsze bisował. Tym razem jednak – jak czytamy na BL – ma być inaczej, ponieważ autor „Dnia szakala” nie dość, że wystrzelał się z pomysłów – bywa – to jeszcze dodatkowo ugiął się pod namowami żony. No cóż, z kim jak z kim, ale z istotą, dla której włożylibyśmy rękę do mrowiska, gdyby tego zażądała, trudno polemizować. Poza tym wysunięty przez panią Forsyth argument, że jest za stary, by jeździć w niebezpieczne miejsca w celu zbierania materiałów do książek, też na pewno ma tu niebagatelne znaczenie. Wieku i jego ograniczeń nie sposób oszukać ani tym bardziej przeskoczyć.

Ale mnie najbardziej zaciekawiło właśnie to zbieranie materiałów. Już wielokrotnie czytałem w różnych miejscach o legendarnym doku mentalistycznym zacięciu Forsytha. To, że chciało mu się osobiście taszczyć tyłek do Somalii, zamiast wysłać tam jakiegoś researchera – co jest dziś standardem u bestsellerowych rzemieślników, którzy działają już bardziej jak firmy, niż jak prawdziwi pisarze – musi budzić podziw. Lecz również na nowo każe zadać pytanie o rolę wiarygodności w procesie twórczym.

Ktoś mógłby się obruszyć, że to naiwność. Albo takie sobie fanaberie starszego pana. No bo rzeczywiście po co tłuc się do jakiejś zapomnianej przez Boga i czas dziury, żeby wyczuć jej klimat, skoro „twarde dane” można bez narażania się na kulkę znaleźć w sieci, ewentualnie w bibliotece, choć to sposób coraz bardziej archaiczny, resztę zaś powinna załatwić wyobraźnia. Mnie jednak ta nienowoczesna postawa Forsytha imponuje – zwłaszcza że dotyczy prozaika, do tego twórcy literatury uważanej przez „poważne” gremia za wagonową, a nie reportera lub badacza. Zresztą na ironię zakrawa fakt, że właśnie ci mniej lub bardziej „wagonowi” autorzy kładą tak duży nacisk na dogłębny research, choć może nie wszyscy w równym stopniu.

Dzisiejsi dziennikarze – a raczej coraz częściej media workerzy – mogliby się od nich uczyć. Współczesne dziennikarstwo to zawód biurkowo-internetowy. Można produkować materiały o globalnych konfliktach, praktycznie nie ruszając się sprzed komputera. Bardzo wyraźnie pokazał to choćby ukraiński Majdan. Wówczas też – jak chyba mało kiedy, odkąd na dobre zamieszkaliśmy w wirtualu – ujawnił się podział na tych jeszcze tradycyjnych, którzy narażali życie pod ogniem Berkutu, aby zdobyć strzęp informacji, i tych, którzy bezpieczni w różnych dogrzanych wnętrzach mielili je na wszelkie możliwe sposoby.

Nie, nie chodzi o to, że mam coś przeciwko tym drugim. Byłbym hipokrytą, gdybym miał. Ja też jestem biurkowo-internetowy. Niemniej na tych z pierwszej linii, tych, którzy jadą wyczuć klimat, zamiast metodą kopiuj wklej brać z Wikipedii, patrzę z szacunkiem i – nie ukrywam – pewną zazdrością. Oczywiście wiem, że nie bez znaczenia są tu gwałtowne przemiany, jakim podlegają współczesne media. Dziś często łatwiej, i bardziej ekonomicznie, śledzić Twittera, niż wysyłać korespondenta.

Ale tak naprawdę nie chodzi też o Majdan ani o Somalię. To są przykłady z wysokiej półki i użyłem ich poniekąd prowokacyjnie. Sęk tkwi w tym, że uczymy się akceptować ignorancję, bo dzięki rozwojowi technologii komunikacyjnych uwierzyliśmy, że nie musimy już zgłębiać problemu, by móc się na jego temat wypowiedzieć. Chlapiemy więc, co nam ślina na język i pod klawisze przynosi. I oskarżenie to kieruję jak najbardziej również pod własnym adresem. W dawnych analogowych mediach mówiło się, że felieton czy w ogóle prawo do wyrażania własnych opinii to ukoronowanie zawodowej drogi dziennikarza – dziś jest to punkt startowy. A na dodatek dostępny w zasadzie dla każdego.

Przy czym jeśli idzie o owo zgłębianie, kwestia też w gruncie rzeczy nie rozbija się o to, by – jak mawiał niegdyś mój szef – wsadzić nos w gówno, chcąc je wiarygodnie opisać. Można się na takie badania terenowe udać, a i tak przekazać później odbiorcom kompletne brednie. Tak jak ja raz po koncercie muzyki pewnego awangardowego kompozytora. Co z tego, że byłem, że słuchałem, że wyczułem klimat, skoro nawypisywałem takich bzdur, że aż interweniował sam kompozytor. Zresztą… mam na koncie więcej takich wpadek.

Równie dobrze można nigdy w życiu nie opuścić zacisza własnego gabinetu, a być w jakiejś dziedzinie niezrównanym ekspertem. Przepis na to jest tak prosty jak wrzucenie statusu na Facebooka: na każdą stronę zapełnioną własnym tekstem przeczytaj około stu zapełnionych cudzym. Nieważne, czy papierowych, czy wirtualnych. Nazywa się to „rzetelność” i wbrew pozorom wcale nie boli. Obiektywni nie będziemy nigdy, ale bycie rzetelnymi leży w naszym zasięgu. A też i warto zadać kłam powszechnemu mitowi, że zanikła już potrzeba dogłębnej penetracji świata.

Owszem, coraz mniej jest na nią miejsca w spauperyzowanych, goniących za okruszkami z reklamowego tortu mediach. Nie sprzyja jej również codzienna paplanina na platformach społecznościowych, gdzie każdy wie wszystko najlepiej, a najświętsze prawo do „własnego zdania” ucina jakąkolwiek krytykę lub dyskusję. O potrzebie tej świadczy najdobitniej rozwój reportażu czy – ogólnie – non fiction. Pod dowolną, bo przecież nie tylko literacką, postacią. A choć prozie beletrystycznej – nawet tej ubierającej się w kostium realizmu – można w tym zakresie wybaczyć więcej, to fakt, że w jej glinie rzeźbią tacy skrupulanci jak Forsyth czy John le Carré, przydaje jej smaku.

Przykład Forsytha to znakomita lekcja poznawczej pokory, jakiejś najzupełniej elementarnej uczciwości. Nie każdy pojedzie do Somalii. Często trzeba się zadowolić Wikipedią, Google Maps czy po prostu zwleczonymi z jakiejś zakurzonej pułki papierzyskami. Ważne, żeby w ogóle po te źródła sięgnąć. No i oczywiście nie zapominać, że gdzieś, kiedyś, ktoś nielicho się natrudził, byśmy mieli do nich dostęp. To wysokie wymagania. Artykułując je, wiem, że zbyt rzadko sam ich dochowuję. I nie jest to z mojej strony czcza kokieteria.

Polecam również