Nieco bałaganiarski felietonik wiosenno-wielkanocny

Którego miałem nie pisać, ale piszę. A piszę, bo kiepsko mi idzie z prozą, a nie chcę tracić czasu. A kiepsko mi idzie z prozą, gdyż ostatnio mało śpię. A mało śpię – nakazałem sobie twardo wstawanie o wpół do siódmej – ponieważ czuję, że powinienem poświęcać więcej czasu na prozę. Niestety tak mam, że wolno się rozkręcam – znaczy długa rozbiegówka (kto pamięta kasety magnetofonowe, ten wie) – i jak już odnajduję rytm i się wciągnę, to pora kończyć, bo obiad, a potem szybciutko do radia w tłiterach pogrzebać. I tak kółko się, jak to mówią, zamyka.

Z tą prozą nie byłoby może zresztą tak kiepsko, gdyby nie to, że bez przerwy muszę lukać do źródeł i je kompilować. Tak to już jest, jak się w to nonfiction wdepnie. A że u mnie teraz akurat na tapecie L. Ron Hubbard – nie pytajcie dlaczego, wszystko w swoim czasie – to i literatura przedmiotu obfita. Z jakichś nie do końca dla mnie jasnych powodów pisze się o hochsztaplerach co najmniej tyle samo, jeśli nie więcej, jak o ludziach dobrych. A tu mi na domiar jeszcze net przez kilka dni szwankował, co mimowiednie nasunęło skojarzenia, że może scjentolodzy usiłują mnie przyhamować.

Nie, nie usiłują. To tylko awaria u operatora. Usunęli już. Taa… akurat. Nie daj się zwieść, Króliczku. A pamiętasz, jak kiedyś – tak już ze sześć albo ze siedem lat wstecz będzie – pisałeś, jeszcze na starego bloga, o cenzurze w sieci i nagle padł ci laptop? Że niby coś w systemie, że przeczekać trzeba, przeładować, pozwolić tej zielonej gąsieniczce po ekranie na spokojnie połazić. Ale ja jestem czujny. Czapeczka z folii zawsze pod ręką.

Tylko… zaraz, zaraz… skąd u mnie nagle ta lingwistyczna dezynwoltura? To żonglowanie asocjacjami? To stylizowanie się, zresztą dość nieudolne, na jakiegoś, nie przymierzając, Witkowskiego? Pewnie stąd, że sobie ostatnio wrzuciłem do empetrójki (o, Libre Office to słowo zna, nie podkreśla!) audiobooka „Drwala”, czytanego zresztą przez samą Michaśkę, i przesiąkłem. Lubię sobie posłuchać audiobooka w drodze do pracy. To mnie resetuje. Też z tego powodu przeważnie są to rzeczy lekkie, pozwalające mózgowi nabrać pozytywnych wibracji. A Michaśki to nikt nie interpretuje tak bezbłędnie jak sama Michaśka, zatem i tym lepiej.

A że akurat „Drwal”? Że teraz? Chyba poniekąd z tęsknoty. Z tęsknoty za czasami, kiedy podziały nie były jeszcze tak ostre i to, co i kogo czytałeś, automatycznie nie przypisywało cię do tej lub innej frakcji. Teraz, psiakrew, przypisuje. Nawet jeśli tego nie chcesz. Jeśli się bronisz. I co z tego, że nie chcesz? Inni cię przypiszą. Logika wojenna nie uznaje półcieni. Nie lajkujesz na fejsie Gretkowskiej, względnie ośmielasz się pyrgnąć, że jej najnowsze elukubracje to ideologiczny bełkot? O, toś, bratku, prawicowy. Smoleńsk, bratku, ustawa antyaborcyjna, PiS, a może i faszyzm! Michaśkę na półce masz? O, pederaści, uchodźcy!

Albo ta dyskusja ostatnio na fejsie u Ewy B. Oczywiście na Żydów zeszło. Oczywiście ona, że Polacy mordowali, że chwała Grossowi za ujawnienie, a ja, że o żadną prawdę – jaka by nie była – tutaj nie chodzi, lecz o załatwienie jakichś własnych mętnych porachunków z Polską, i że sobie, kurwa, po prostu nie życzę, żeby jakiś Bilewicz czy tam inny Leociak ze mnie antysemitę genetycznego robił, bo Żyda pierwszy raz w życiu na studiach spotkałem i jakoś po widły do sklepu nie pobiegłem. Według nich nawet jak nie pobiegłem, to pewnie i tak pobiegłem. Tak – jakby to Michaśka ujęła – mentalnie. Bo Polaczek to już tak, wicie-rozumicie, ma.

A najzabawniejsze, że co do meritum to się w sumie z nią zgadzam. Bo człowiek jako taki ważniejszy per saldo jest od narodu, do którego, nie z własnej woli przecież, należy. Tyle że wszyscy zostaliśmy schwytani w pułapkę. Podział. Ty taki, ty śmaki. Ty od Michaśki, ty od Ziemkiewicza. Rzygać mi się już tym chce! Trudno się przed tym obronić, jakąś własną przestrzeń wykroić. Nikomu na tym nie zależy. Nawet tym, którym kiedyś zależało. A może tylko mi się tak roiło? Bo oni też zawsze byli przypisani, tylko że okoliczności odpowiednie musiały najść, żeby się to ich przypisanie uaktywniło.

Ach, miało nie być polityki. Chociaż… to nie polityka, to tylko taki wkurw egzystencjalny, że patentem od parasolkowych dziewuch się posłużę. No fakt, mocno się w ostatnich latach upolityczniłem. Jak my wszyscy, panie dzieju. Wiem, z czego to wynikało, na co reakcją było. Wiem też, że każde doświadczenie nas kształtuje i że nie powinno się go negować. Ale wiem i to, że polityka nigdy nie była dla mnie pierwotną dykcją. Mój przeziębieniowy przewrót pomógł mi to na nowo odkryć.

Może też poniekąd w tę politykę uciekłem, bo w kulturze nie czułem się już u siebie? Bo coraz intensywniej prześladowała mnie myśl, że ktoś mi ją ukradł? Kto? Och, wicher ich było. Zboki z Hollywood, przez których oglądając film, odruchowo zastanawiałeś się, komu ta czy tamta dupy musiała dać, by rolę dostać. Wariant z dziećmi jeszcze bardziej obleśny. Propagandyści, co to nawet do głupiej ekranizacji Christie musieli na chama wpieprzyć motyw prześladowania gejów i postkolonialnych win białego człowieka wobec Murzynów. A nie, sorry, Afroafrykanów. Jeszcze mi tu Martin Lechowicz z miękkim rasizmem wyskoczy.

Więc tak czy siak, zwierz polityczny to ze mnie jednak nie jest. I w sumie przyjąłem to z ulgą. Poczułem się, jakbym wrócił z jakiejś długiej delegacji albo kolonii, stanął na progu mieszkania i zaciągnął się starym, dobrze znanym zapachem. Jesteś już kimś trochę innym, oprócz bagażu brudów przywiozłeś też bagaż mentalny, ale się reintegrujesz. Stare i nowe łączy się w coś trzeciego. Serio tak to odczuwam. A że tak mnie ostatnio na odzysk wzięło, na wracanie do własnych korzeni, to może i tu nie wszystko stracone.

I głowę ostatnio zgoliłem na Ryśka Ochódzkiego. Taki mój doroczny wiosenny rytuał. Taki ni przypiął, ni przyłatał gest. Bo po prostu lubię swoją czachę. Bo strasznie mnie jara, gdy od października owłosienie hoduję, a potem żniwa i komentarze w robocie: ach, no, ale fryz! Lubię to. Marcin Królik lubi to. Bo ma już po trzydziestce i trochę mu odwala. Zaraz w smugę cienia wkroczy i pewnie zacznie się bawić samochodzikami. A mówiłem, jak fajnie się takie zapuszczone włosy tnie? Lekko podważyć maszynką i już cały pukiel się ściele.

No więc łysy. Łysy w sposób najzupełniej neutralny światopoglądowo. Bo przyjmijcie do wiadomości, że jak ktoś się goli na pałę, to nie znaczy, że do lasu się wybiera Hitlerowi swastykę z wafelków układać. Od razu też, że tak hurtowo pojadę, wbijcie se do łbów, że noszenie czarnych t-shirtów nie równa się automatycznie spacerom z wyjącymi babami od wesołego wyskrobywania narośli rakopodobnych płodami lub zlepkami komórek również w pewnych kręgach zwanych. Się nie równa, nie kalkuluje, kapito? A ty, Królik, weź już z tym Witkowskim skończ, okej?

No dobrze, a tak już bez wygibasów… wszystko, co napisałem powyżej, od jakiegoś czasu zbierało mi się na wątrobie. A w ramach wracania do źródeł postanowiłem też reanimować formułę strumieniowego felietonu, która kiedyś, jeszcze w epoce niezaburzenie literackiej, chyba całkiem nieźle mi wychodziła. Zaczynasz coś takiego i nigdy nie wiesz, dokąd cie doprowadzi. Nawiasem mówiąc, podpatrzyłem ten styl u pewnego autora, który dziś też bardziej kojarzy się z polityką niż z kulturą. Wtedy też niby się kojarzył, bo poglądów nie ukrywał, ale to było jeszcze przed powszechną mobilizacją.

Wielkanocy prawie nie tknąłem. Cóż moge tu pisać? Tu większość dostępnych narracji też właściwie się zużyła, a do poszukiwania nowej nie chcę się zmuszać. Kiedyś usiłowałem nieortodoksyjnie ująć Boże Narodzenie i później przeczytałem, że jestem rozpasanym blogerem, tradycji ani żadnych świętości nieszanującym, co to by tylko świętym Mikołajom głowy obcinał. Wielkanoc to dla mnie czas trochę radosny, a trochę smutny. Smutny, bo już nie jest jak dawniej. Choć może właśnie gdy obumierają już wszystkie konwencje, da się na nowo odkryć Sens.

I tylko żeby wiosna się wreszcie ustabilizowała. Bo te huśtawki – raz śnieg, raz upał – po prostu mnie dobijają. Proza też na tym cierpi.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.