Epicki camp, czyli Ash kopie tyłek martwemu złu

No cóż, ta chwila wreszcie musiała nadejść. A pomyślałem, że skoro już jestem w serialowym ciągu i do reszty rujnuję sobie opinię wykwintnego konesera kultury, równie dobrze mogę i to wziąć na warsztat. Przy czym pojęcie „bycia w serialowym ciągu” należy tutaj rozumieć jako fakt historyczny, bo serial, o którym chcę napisać, obejrzałem kilka ładnych miesięcy temu. Na bieżąco podzieliłem się jedynie wrażeniami z „11.22.63” i ostatnio z pierwszego odcinka „Strefy mroku”. Ale to i tak klimat retro, więc w sumie się nie liczy. Do „Asha” zaś wracam teraz, bo… wiadomo – lato, można ciut wyluzować.

Jednak zanim o potyczkach Asha ze złem AD 2015, pozwolę sobie na parę słów o oryginalnej trylogii „Evil Dead”. Trudno o tytuł bardziej ikoniczny dla ery VHS niż właśnie ten cykl. To jest wręcz, jeśli można tak powiedzieć, jej symbol. Każdy gdzieś kiedyś miał styczność albo z piracką wersją rozprowadzaną po znajomych, albo z kasetami z wypożyczalni, co, zwłaszcza w początkowym okresie działania tych przybytków, często wychodziło na to samo. Do mnie na piracie trafiła ostatnia część franszyzy, czyli „Armia ciemności” – znana także pod tytułem „Martwe zło 3”. Jedynkę z 1981 roku zobaczyłem w latach dziewięćdziesiątych w telewizji, a dwójkę, która była nie tyle kontynuacją, co poprawioną wersją jedynki z wyższym budżetem – ledwie kilka lat temu na DVD.

W przeciwieństwie do wielu miłośników serialowego rozwinięcia przygód Asha – a więc już zdradzam, że produkcja mi się podobała – nigdy nie byłem jakimś zagorzałym fanem serii, a remake’u z 2013 roku nie widziałem, więc wolę być cicho. Tak po prawdzie mój stosunek do pierwotnej franszyzy jest mocno ambiwalentny. Jedynka i dwójka zawsze nieco mnie nudziły. Dopiero „Armia ciemności” miała na tyle rozwiniętą fabułę, by mnie zainteresować. Tak, tak, wiem – znów herezja.

Obie te części – zwłaszcza zaś dwójka – to teatr jednego aktora, czyli grającego Asha Bruce’a Campbella. Nie wiem, czy to kwestia wieku, gustu, czy po prostu tego, że mam słaby wzrok, ale przewijające się przez ekran ciągi rozdętych aż do slapstickowego absurdu scen przemocy zamiast przestraszyć czy choćby rozśmieszyć, zwyczajnie mnie męczyły. Kunszt ekipy Sama Raimiego i wysiłek włożony w realizację doceniłem dzięki znajdującemu się w dodatkach na płycie dokumentowi „making of”. To, co ci goście wyczyniali na planie, nieomal chałupniczo klecone efekty, jest maestrią samą w sobie. Dzisiejsi dłubacze od CGI nie są godni lizać im butów. Tylko że wystarczyło, bym włączył film, i po kwadransie ponownie ziewałem.

Ale za to z serialem…  z serialem było już zupełnie inaczej. Jeżeli istotnie jest tak, jak mówił wielokrotnie Raimi, czyli że cała historia od początku była pomyślana jako jadąca po bandzie opowieść fantasy, a jedynie brak pieniędzy nie pozwolił od razu przekłuć pomysłów w czyn, to te dziesięć króciutkich epizodów stanowi jej piękne zwieńczenie. Bo dopiero tu epickość w pełni dochodzi do głosu, a postacie mają szansę się rozwinąć. Jednocześnie nie tracimy nic z kampowego entourage’u, za który większość dzieci epoki VHS pokochała dawne „Martwe zło”. Wciąż jest brutalnie do granic groteski, a humor sięga bruku.

„Ash kontra martwe zło” to ciąg dalszy pełną gębą. Fabuła startuje trzydzieści lat po finale „Armii ciemności” i tu ciekawostka: w Polsce na nieszczęsnych piratach z dźwiękiem jak z wyżymaczki „Armia” chodziła z apokaliptycznym zakończeniem, w którym Ash budzi się i widzi zdewastowany Londyn, natomiast w USA uznano je za zbyt dołujące, więc Sam Raimi dokręcił happy end, w którym Ash po powrocie ze średniowiecza pracuje sobie w sklepie ze sprzętem elektronicznym. Właśnie z tego wariantu korzysta serial. Kontynuowana jest także technika realizatorska. Mamy trochę CGI, ale ogólnie króluje analog. Nawet stary wóz Asha wciąż dycha.

Jednak bohaterowie są już na wskroś współcześni. No, może poza samym Ashem, który poza tym, że przytył i katuje się gorsetem wyszczuplającym, wciąż jest nieudacznikiem i tchórzem i, jak to on, wplątuje się w aferę z opętującymi martwe ciała demonami z czystej głupoty. Za to jego drużyna – bo Ash też mimo wszystko postanowił dostosować się do nowych czasów i przestał pajacować solo – jest nie tylko waleczna, lecz i… poprawna politycznie. U jego boku staną bowiem Meksykanin i Żydówka. Znajdzie się także pewna zagubiona Afroamerykanka, ale jej los nie będzie godzien pozazdroszczenia. A szkoda, bo dobrze jej życzyłem.

O politycznej poprawności wspomniałem tu nie tylko ze względu na moje lekkie przeczulenie na tym tle. Bo choć nie stanowi ona clou, trudno oprzeć się wrażeniu, że tak jak kiedyś Raimi testował granice obrzydzenia, w efekcie ostro je naginając, tak teraz właśnie tej poprawności rzuca rękawice. Widać to zarówno w „grubych” żartach Asha o ewidentnie rasistowskim czy mizoginicznym podłożu, jak i w tym, że jego partnerzy stanowią w mniejszym lub większym stopniu zlepek etnicznych stereotypów, za eksponowanie których lewicowi moraliści mogliby śmiało podnieść krzyk świętego oburzenia.

Choć w gruncie rzeczy dostaje się tu po dupie wszystkim na równi. Odcinek z jatką w obozie prawicowej milicji należy do bodaj najkrwawszych i jest moim zdecydowanym faworytem. Po prostu jest w tym serialu grubo, i to pod każdym względem. Daje się wyczuć ducha rebelii, którego Raimi starał się przywołać już w latach osiemdziesiątych. A że tu dodatkowo mógł poświęcić więcej czasu na budowanie relacji między bohaterami i pogłębianie ich osobowości – oczywiście na tyle, na ile pozwalała konwencja – to i rezultat jeszcze bardziej, kolokwialnie ujmując, ryje banię.

Nie jest to na pewno doświadczenie dla każdego. Raimi zrobił „Asha” przede wszystkim dla fanów starej trylogii i dla takich ekstremistów kiepskiego smaku jak ja. Reszta odpadnie już po pierwszym odcinku. Otwarta pozostaje kwestia drugiego sezonu, do którego furtkę Raimi uchylił w finale, najwyraźniej, niestety, ulegając bogini komerchy. Czy powstanie? Ponoć tak. Czy się skuszę? Najprawdopodobniej. Ale coś mi się widzi, że to już nie będzie to. Niektóre patenty mogą zadziałać tylko raz. No, najwyżej cztery razy.

Polecam również