Zapiski twórcy

Elektroniczna wersja „Zawsze gdzieś jest piętnasta” i jeszcze kilka spraw

Tym razem czysto informacyjnie. Trochę to potrwało, ale w końcu przysiadłem na wiadomej części i zrobiłem e-bookową wersję „Zawsze gdzieś jest piętnasta”. Lenistwo to jedna z tych cech, które kiedyś mnie zgubią.

Wydanie posiada oczywiście osobny, niezależny od edycji papierowej ISBN, a także nową okładkę mego jakże skromnego i zapewne dalekiego od ideału autorstwa. Ta z papieru była ciut za szeroka, więc choć wykonał ją profesjonalny grafik, który nie miałby nic przeciwko temu, abym ją wykorzystał, z żalem musiałem z niej zrezygnować. Każda sytuacja ma jednak pewne dobre strony. A najlepszą stroną tej jest to, że mogłem nieco bardziej uwydatnić ducha książki, a mniej skupić się – jeśli wolno mi tak rzec – na aspekcie towarzyskim, czego w drukowanej wersji nie sposób było uniknąć.

To samo tyczy się blurbu. Redagując go od nowa, naprawiłem błąd, który popełniłem chyba z pośpiechu. W wersji drukowanej za duży nacisk położyłem na łączność książki z poprzednią. To mogło stworzyć mylne wrażenie, że bez znajomości „Podążaj za snem” nie da się w pełni zrozumieć „Zawsze gdzieś jest piętnasta”. To odstręczające – szczególnie dla przypadkowego klienta. A jak już wiele razy mówiłem, „Podążaj…” nie zamierzam wznawiać.

Nowy blurb prezentuje się tak:

W książce tej staram się odpowiedzieć na pytanie, jak wiara wpływa na ludzki los. Składają się na nią eseje i reportaże, których wspólnym mianownikiem jest kult Miłosierdzia Bożego. Przedstawiam w nich historie ludzi – zarówno tych znanych jak św. Faustyna Kowalska, jak i tych zupełnie anonimowych, żyjących dawniej i współcześnie – których codzienność ogniskuje się wokół wiary. Część z nich opowiedziała mi o sobie, o innych dowiedziałem się w trakcie zbierania materiałów. Usiłuje ponadto zgłębić, jak do spraw religii może podejść człowiek wątpiący. Poniekąd z tej właśnie perspektywy książka została napisana. Można więc traktować ją jak raport ze swoistych badań terenowych.

Książka na razie jest do nabycia tylko w księgarni RW2010, ale mam nadzieję, że niedługo pojawi się również w innych miejscach. Przygotowałem pliki w formatach epub i mobi. Nie zaprzątałem sobie głowy PDF-em. Ktoś w ogóle je jeszcze czyta? To znaczy dłuższe teksty. Profil książki na Lubimy czytać pojawi się, gdy będzie nieco szerzej dostępna.

Ale jakby ktoś koniecznie tego PDF-a jednak chciał, mogę dać za darmo. Serio – ceną będzie już sama katusza przedzierania się przez niego, zwłaszcza na urządzeniach mobilnych.

Facebook

Czyli moich perypetii z Zuckerbergiem ciąg dalszy. Po ostatnim nieudanym eksperymencie z fanpage’em – nieudanym głównie ze względu na fakt, że nie potrafiłem tam ściągnąć ludzi i stworzyć zaangażowanej społeczności – postanowiłem podjąć jeszcze jedną próbę. Facebook daje możliwość utworzenia strony na podstawie konta prywatnego. Wiem o tym od jakiegoś czasu, ale – pewnie z gapiostwa – wcześniej nie zorientowałem się, że można przekształcić znajomych w lubiących. Czyli poniekąd zaczynam od zera, ale przynajmniej z ludźmi, na których mi zależy. Przy okazji trochę poobserwuję, jak faktycznie jest z tymi zasięgami.

Po co się tak szczypię, skoro gdzie tylko mogę, deklaruję niechęć do social mediów? Ano po to, że nie przepadać za czymś osobiście to jedno, a strzelać sobie w rynkową stopę – drugie. A po co mi w ogóle fanpage? Chyba nie muszę tego tłumaczyć nikomu, kto robił jakikolwiek biznes w sieci, prawda? Na pewno nie po to, żeby móc się snobować, jaki to ze mnie ważny pan pisarz.

Tu drobna uwaga do znajomych / lubiących: Przeprowadziłem was bez waszej wiedzy, pod osłoną nocy, zupełnie jak obecny rząd przepycha ustawy. Jeśli ktoś ma z tym problem i chce się wypisać, nie będę miał żalu. Przepraszam, że zrobiłem to tak po cichu. Poinformowałbym, ale po masakrze w Nicei jakoś głupio było zawracać wam głowy takimi duperelami.

Plany pisarskie

Ha, i tu zaczyna się jazda. Podobno tych obwieszczeń internetowych grafomanów i tak nikt nie czyta, bo w ogóle mało kto cokolwiek czyta i mało co kogokolwiek obchodzi, ale niech będzie, że jestem niepoprawnym ekshibicjonistą.

A sprawy mają się tak, że zauważam u siebie postępujący proces integracji. To, co piszę na blogu i poza nim, w coraz większym stopniu staje się jednym. Kiedy w notce otwierającej blog stwierdzałem, że to, co będę na nim zamieszczał, stanowi integralną część mojej twórczości, chyba tak naprawdę do końca nie rozumiałem własnych słów. Chodzi po prostu o to, że przetoka między blogiem i resztą stopniowo się zamyka. Czy to znaczy, że rzucę w kąt książki i zostanę pełnoetatowym blogerem? Myślałem o tym, ale nie. Jeśli już, to oznacza to, że moje pisarstwo rzeczywiście stanie się nie tylko transgatunkowe, ale i transmedialne. Tak to czuję.

I pociąga to za sobą jeszcze jedną konsekwencję. Już od dawna rośnie we mnie dystans do tzw. czystej fikcji, a coraz bardziej pociągają mnie formy hybrydowe, zatrącające o literaturę faktu, esej itp. Przyznam się też, że praca nad „Zawsze gdzieś jest piętnasta” dodatkowo ów apetyt we mnie zaostrzyła. Na klasyczną beletrystykę nie umiem już patrzeć inaczej niż jak na poręczne narzędzie alegorii.

Co z tego wszystkiego wyjdzie? Na chwilę obecną nie jestem w stanie powiedzieć. W wyniku naturalnej selekcji część pomysłów, jakie jeszcze do niedawna chomikowałem w mentalnych szufladkach, obumarła. Inne dopiero się klarują. Jako rzecze klasyk – zmiany są dobre. Tak, są. Nie trzeba się ich bać ani się przed nimi wzbraniać, jeśli się czuje, że mogą nam przynieść zastrzyk nowej energii. A te chyba mogą.

Losy „W siodle doliny” nadal się rozstrzygają. Nie śpieszę się. Choć im więcej czasu upływa od ukończenia tekstu, tym słabszą emocjonalną więź z nim odczuwam. A to zły prognostyk. Przez to już zawaliłem promocję „Drzewa różanego”.

I to chyba tyle mojego ględzenia na dziś. Do następnego zblogowania więc!

Polecam również