Dziwne lata 80 braci Duffer

Cóż… przyznaję się, wsiąkłem. I na pewno nie mogę powiedzieć, że wbrew własnej woli. Gdyby nie ograniczony czas i przepustowość synaps, łyknąłbym „Stranger things” za jednym przysiadem, ale niestety musiałem sobie tę blisko ośmiogodzinną przyjemność rozdzielić na dwa popołudnia. Im zaś więcej dni upływa od oglądania, tym usilniej zastanawiam się, o co był ten cały szum, i czy aby przypadkiem nie dałem się zwieść machinie marketingowej. Bo trzeba przyznać, że zarówno obstrzał medialny, jak i strumień pochwał tych, co już widzieli, był naprawdę duży.

Z drugiej strony nikt mi przecież lufy do potylicy nie przykładał i nie wrzeszczał, by odpalać kolejne odcinki. Bo jednak mimo że netflixowy hit stworzony przez Matta i Rossa Dufferów nic nie oferuje duchowo, sprawia autentyczną radość. A do tego – jak zdążyli zauważyć już chyba wszyscy – bezczelnie jedzie na nostalgii za „złotymi latami” naszego dzieciństwa. No, może nie do końca naszego, ale ponieważ jesteśmy wychowankami amerykańskiej popkultury i świecimy nią jak blaskiem odbitym, spokojnie możemy się utożsamiać. Czyż bowiem dzieci chcące ułatwić sympatycznemu kosmicie połączenie z domem nie są dla nas równie realne jak kumple z szarego późnopeerelowskiego podwórka?

„Stranger things” wpisuje się w coraz ostatnio popularniejszą modę na retro, lecz zarazem jest produkcją na wskroś współczesną, i to zarówno co do formy, jak i konstrukcji postaci. Czynię to zastrzeżenie, bo przeklikując się przez istne morze zachwytów, zacząłem się irracjonalnie bać, że będzie to po prostu zdjęta jeden do jednego kalka kina z tamtej epoki. A nie zniósłbym kolejnego wcielenia E.T. zmiksowanego z wczesnym Carpenterem i co bardziej kuriozalnymi ekranizacjami Kinga. Te obawy się na szczęście nie ziściły.

strangerthings2

Co bynajmniej nie znaczy, że przez pierwsze pół godziny nie czułem się poirytowany i gotów przerwać. Dostałem w tym czasie takie zgęszczenie lat 80 w pigułce, że aż mnie zemdliło. Te zbliżenia na gadżety, ostentacyjne epatowanie stylizowaną muzyką – zupełnie jakby twórcy chcieli się upewnić, czy wiem, że to lata 80 i czy aby przypadkiem nie zapomnę. Później albo ofensywa osłabła, albo ja się do niej przyzwyczaiłem. W każdym razie wreszcie mogłem się skupić na fabule. Rzeczywiście posklejanej z emblematycznych dla tego okresu dzieł. Senne prowincjonalne miasteczko rodem z Kinga, nastoletni bohaterowie jakbyś ze Spielberga skórę zdarł, a makabra do szpiku wręcz carpenterowska.

Oczywiście cudów nie ma, od razu więc się domyślamy, w czym rzecz. Wiemy, że zaginięcie chłopca ma coś wspólnego z rezydującym w okolicy tajnym laboratorium. Podobnie zresztą jak pojawienie się ogolonej na zapałkę dziewczynki, która wygląda, jakby uciekła ze szpitala, i posiada paranormalne zdolności. Wiemy, że przyjaciele zaginionego wyruszą wraz z nią na poszukiwania, a źli nie cofną się przed niczym – włącznie z podrzuceniem fałszywych zwłok – byle tylko prawda nie wyszła na jaw. Szybko też odgadujemy clou zagadki i pozostaje nam jedynie śledzić z zapartym tchem, jak bohaterowie rozwiązują swoje problemy.

I tutaj właśnie wkracza owa współczesność, o której już nadmieniłem. Wyraża się ona przede wszystkim w realizmie: w tym, że świat przedstawiony jest kreowany „na poważnie”. Cechą charakterystyczną dla popkultury lat 80 było swoiste zawieszenie między groteską, campem i zwykłym kiczem. Gdyby więc serial braci Duffer powstał wówczas, przez ekran defilowaliby przerysowani, stereotypowi bohaterowie, którzy ginęliby jak muchy. Ojciec rodziny byłby niewyściubiającym nosa sprzed telewizora bucem, policjanci mieliby inteligencję ameby, zaś  licealiści nie zdejmowaliby kurtek z emblematem szkolnej drużyny. Nie wspominając już o głównym antagoniście, który pewnie byłby szalonym naukowcem jak z „Re-Animatora”.

W „Stranger things” nic z tego nie uświadczymy. Ludzie są – czy też usiłują być, bo różnie z tym w praktyce wychodzi – pełnowymiarowi i pogłębieni psychologicznie, czemu doskonale sprzyja rozciągnięcie fabuły na osiem długich odcinków. Na dobrą sprawę jedynymi leciutko przefajnowanymi postaciami są nauczyciel fizyki i matka zaginionego chłopca – grana może nieco zbyt nadekspresyjnie przez Winonę Ryder. Chociaż ona właściwie też pasuje raczej do paradygmatu dzisiejszych produkcji niż do lat 80.

strangerthings3

Jest to realizm taki, jak definiują go Abercrombie, Lash i Longhurst w eseju „Przedstawienie popularne: przerabianie realizmu”, rozumiany jako coś, co nie zaburza logiki. W jego ramach mieści się więc idea równoległych rzeczywistości – na granicy, ale jednak – czy prowadzone przez tajne rządowe agencje eksperymenty z psychodelikami i kontrolą umysłu (CIA robiła je na przełomie lat 60 i 70), ale już nie gadająca głowa czy mordercze laleczki. Pomimo całej tej niesamowitości nie mamy poczucia przekroczenia subtelnej linii, z którym w czasach akcji serialu nie byłoby żadnego kłopotu.

No i sama formuła – tak współczesna, jak tylko można sobie wyobrazić. Maksymalnie epicka, nastawiona na relacje międzyludzkie. W latach 80 „Stranger things” byłoby tanią kinówką lub – co najwyżej! – dwuodcinkowym, skrojonym pod reklamy telewizyjniakiem do puszczenia w weekend. Przede wszystkim zaś byłby to produkt sprofilowany pod młodszą młodzież. Tu obszary, które w tamtych czasach nigdy by się nie zetknęły, współtworzą osobliwy klimat dla poszukujących utraconego czasu trzydziestokilkulatków.

Warto również, jak sądzę, podkreślić to, co Przemysław Pająk zauważył w swoim tekście na Spider’s Web. Serial Dufferów – może właśnie przez tę quasi-archaiczność, pokazującą, jaką ewolucję przeszła rozrywka w ostatnich dekadach – uświadamia nam, jak totalnie się zmienił model konsumowania treści i oczekiwań, jakie się w stosunku do nich ma. Reklamodawca już nie rządzi, bo kasę wykłada widz. Nie ma tyranii czasu, bo cały sezon możesz sobie łyknąć w jeden dzień. Właściwie już nie dostajesz filmu czy serialu, a całe wielopoziomowe doznanie. „Stranger things” to więc taka wsteczna futurologia, która sygnalizuje, jak wtedy robiłoby się entertainment, gdyby dysponowano dzisiejszymi środkami przekazu.

Pod koniec owa misterna plecionka odrobinę siada, co nie zmienia faktu, że miałem poczucie miło zmarnowanego wycinka życiorysu, który mógłbym przeznaczyć na przykład na czytanie Houellebecqa. Kolejny nieźle spreparowany złodziej czasu – całkowicie zbędny do szczęścia, ale fajnością osładzający wyrzuty sumienia. A czy sprawdził się jako powrót do „cudownych lat”? Niezupełnie. To, co w nim najlepsze, i tak pochodzi ze współczesności, a poza tym – jak celnie spuentował niegdyś pewien ubek lubujący się w wyrywaniu chwastów – kto umarł, ten nie żyje.

Polecam również