Dzieje moich perypetii z Ubuntu… i z reklamacjami

Ano tak, będzie o komputerach. Znów odrobinkę nietypowo jak na ten blog. A może właśnie – wbrew pozorom – bardzo typowo? Bo w sumie mniej o komputerach, a więcej o ludziach? I o pewnej kulturze? Miałem na dzisiejszą nasiadówkę zaplanowany inny wpis, lecz doszedłem do wniosku, że warto tę historię opowiedzieć. Ku przestrodze, a też ku rozrywce – zwłaszcza dla tych oblatanych, którzy wiedzą co i jak, i dla których moje przygody to czyste zrywanie boków. No dobrze, ale na razie będzie jednak więcej o komputerach.

Bo otóż postanowiłem sobie takowy sprawić. Moja stara wierna Toshiba na jesieni dociągnie do ósmego roku służby i nie ma co kryć, że ząb czasu odcisnął na niej już swoje piętno. Już dwa lata temu, gdy po raz pierwszy poświęciłem jej na blogu kilka rzewnych akapitów, miała stan przedzadyszkowy, ale teraz naprawdę czuć, że chce przejść na spoczynek. Pomijam tak banalne kwestie jak zużycie matrycy czy niewspierana od kilku miesięcy wersja Windowsa. Po prostu widać ogólne zmęczenie. Co jakiś czas zdarzy się spektakularna zwiecha, na którą nawet rutynowe odmulanie nie pomaga. Właściwie nie wchodzę na niej do netu – wiadomo, niebezpiecznie.

Niby mógłbym coś zrobić. Sformatować dysk, nagrać nowy system. Najpewniej Linuxa, bo kupowanie Okienek na sprzęt, który nie wiadomo, czy w ogóle cokolwiek powyżej Visty da radę odpalić, to ryzyko wyrzucenia sporej kasy w błoto. A poza tym… jestem sentymentalny i lubię moją Toshibę taką, jaka jest. Że nie wspomnę o kilku nader przydatnych programach – na przykład syntezatorze mowy Ivona – które musiałbym odzyskiwać, tracąc dodatkowy czas i ponosząc koszt.

Stwierdziłem więc, że dopóki Toshiba zipie, to niech tam sobie zipie na oflajnie – zawsze jest laptop małżonki, a poza tym jak na chwilę wbiję na blog wrzucić tekst z Worda do szkiców, to może wirusy od razu mnie nie zeżrą. A tymczasem trzeba zaopatrzyć się w nowy sprzęt, gotów przejąć obowiązki, gdy za którymś razem biedaczka postanowi nie wrócić z tunelu ze światełkiem na końcu.

No i się, drodzy przyjaciele i sąsiedzi, zaczęło.

Chciałeś Linuxa? Masz Linuxa.

Postanowiłem, że zakupu dokonam w sklepie, który promuje kolor żółty i włącza niskie ceny. Na ich stronie znalazłem pasujący mi model. Nic z górnej półki, ale też i nie totalna taniocha. Po prostu w sam raz na moje niezbyt wygórowane potrzeby. Ważne, żeby dało się pisać, sieć przeglądać i zmontować podcast na YouTube. Ot, średniej klasy notebook firmy z kółkiem w logo. Z kółkiem, nie jabłuszkiem! Nazwa składa się z czterech liter – pierwsza D, ostatnia L. W podanej specyfikacji jako system operacyjny widniał Windows 10.

Jedynym i podstawowym jak dla mnie minusem tego systemu jest Lupa, której z racji wady wzroku obficie używam. Od wersji 7 tkwi w niej poważny bug polegający na tym, że skrót klawiszowy Alt+l zamiast wybijać „ł” przełącza ją z trybu pełnoekranowego na krateczkę. Trzeba więc albo przy pisaniu ją wyłączać, albo przestawiać klawiaturę z komputerowej na maszynową. Nawet raz interweniowałem w tej sprawie w polskim Microsofcie. Moją uwagę grzecznie przyjęli do wiadomości i… oczywiście nic z tym nie zrobili. W końcu kto używa Lupy? No chyba jednak ktoś używa, bo na pewnym forum znalazłem informację, że w wersji 10 jest dokładnie tak samo.

No ale powiedzmy, że byłbym w stanie to przełknąć. Przez wiele lat pisałem na maszynie i ponowne przyzwyczajenie się, że zamiast „z” jest „y”, nie stanowiłoby wielkiego problemu. Zamówiłem. Komputer już po kilku dniach był do odebrania w pobliskim salonie. Salon? Tak można to nazwać? No nieważne. Tak czy siak, cały w skowronkach triumfalnie przyniosłem ów cud do domu i rozpakowałem. Fajny był. Lekki, poręczny i ponoć z bardzo wytrzymałą baterią. Co akurat mogę potwierdzić.

Nacieszywszy oko, ale przy tym nie spojrzawszy na naklejki, włączyłem. I tu niespodzianka. Na ekranie, całym w śliwkowych i bynajmniej niewindowsowych odcieniach, pojawia mi się piękne logo Ubuntu. Chciałeś? Masz.

Faza uzasadniania.

Tak, wiem! Już słyszę ten rechot. Wadliwy produkt, powinieneś od razu to zgłosić. No ale nie zgłosiłem. Powiem więcej – skonfigurowałem go. Po pierwsze dlatego, że oferta jeszcze tego samego dnia zniknęła ze strony sklepu, więc nie miałem dowodu, a po drugie… no przecież i tak zastanawiałeś się nad przesiadką na Linuxa, daj mu szansę, Gates to wstrętny kapitalista, pluń w ten upasiony pysk globalnemu korporacjonizmowi, zostań buntownikiem… a może ubuntownikiem? Może i jest na pierwszy rzut oka trochę brzydki, no ale zobacz, jak szybko działa. Już w ogóle zapomniałeś, że tak można, nie?

Potem oczywiście rytualne przeglądanie sieci, w której oczywiście znajdziemy od metra i ciut porównań obu środowisk. Oczywiście skrzętnie pomijamy te dla Linuxa niekorzystne. Że na Windowsa więcej programów? I co z tego – Linux ma Wine’a, który pozwala je emulować. Że Linux niezbyt sprawdza się w grach? Bzdura – na Steamie jest sporo gier pod Linuxa, a poza tym hej – ty nie grasz. Ponadto Linux instaluje się dwukrotnie szybciej, jest lżejszy, no i bezpieczniejszy, bo choć jego popularność stale rośnie, hakerzy wciąż go nie doceniają. Że estetyka? Jakieś takie ogólne wrażenie biedy? Daj spokój! Od kiedyż to zwracasz uwagę na wygląd? Zresztą możesz sobie dostosować. Pogrzeb w ustawieniach.

Przekonała mnie też wycieczka po repozytorium. W zasadzie były tam wszystkie programy, których używam. Audacity jest, Gimp jest (choć, fakt faktem, w porównaniu z windowsowym jakiś taki jakby nieco kulawy), lupa jest. O właśnie, lupa! Cóż z tego, że trzeba ją dodatkowo doinstalować z pakietem Compiz Config? Działa naprawdę w porządku, nie ma też problemu felernego skrótu. Orca? No… Ivona toto nie jest, ale przynajmniej masz ją za darmo. Dobre już było. Teraz dostosuj oczekiwania do możliwości. To i tak więcej niż na “dzień dobry” dałby ci Gates.

I tak oto zostałem ubuntownikiem.

Z chmur na ziemię.

To nie tak, że nie byłem z niego zadowolony. Przez około miesiąc, podczas którego Toshiba poszła na urlop, nieźle mi się na nim pracowało. W gruncie rzeczy była to bardziej kwestia przyzwyczajenia do nowego designu. Libre Office posiadał dokładnie takie same funkcje jak Word, a i do syntetycznego bełkotu Orki jakoś się przyzwyczaiłem. Audacity zaliczyło kilka zwiech, co wzbudziło mój niepokój, ale w gruncie rzeczy mogła to być moja wina. Jedyne, co mnie naprawdę wkurzało, to ciągłe uwierzytelnienia, gdy chciałem cokolwiek zainstalować lub zmienić ustawienia. Rozumiem względy bezpieczeństwa, ale bez przesady.

Wiem, że wiele rzeczy, w tym wyłączenie tych upierdliwych uwierzytelnień, można zrobić przez terminal, tylko że nie miałem za bardzo czasu się go uczyć. A potem… potem przyszła pewna aktualizacja i mojego Ubuntu trafił szlag. Po uruchomieniu wczytywał się tylko ekran logowania, a po wpisaniu hasła nie działo się nic. Na forach tego rodzaju wypadki wałkowano i nawet były różne porady, niestety wszystkie wymagające sporej informatycznej wiedzy. A to, że umiem sobie wklepać kilka linijek do arkusza CSS, nie znaczy jeszcze, że naprawdę się znam na programowaniu.

Wypłynęła kwestia reklamacji i naprawy gwarancyjnej. W salonie co prawda wysłuchałem reprymendy, że trzeba było zgłosić, kiedy tylko zorientowałem się, że dostałem nie to, co zamówiłem, ale po kornym położeniu uszu dalsza obsługa przebiegła sprawnie. Może poza tym, że załatwiając to przez sklep, będę musiał dłużej czekać, bo do autoryzowanego punktu firmy z kółkiem w logo wożą truchła dopiero, gdy zbierze się ich odpowiednia ilość.

No więc poczekałem. Ponad miesiąc. Co – jak się później dowiedziałem – i tak było niezłym wynikiem. Z dobrą wiadomością zadzwonili tuż przed świętami.

Odebrałem i…

I był jak nowy. System przeinstalowali od zera. Ponadto zapewniano mnie, że nie ma żadnych haseł. Wszedłem do repo z zamiarem odzyskania utraconych programów i… niespodzianka – potrzebne uwierzytelnienie, a więc i hasło, którego rzekomo miało nie być. Ale ja nie z tych w ciemię bitych, toteż doszedłem do wniosku, że powinienem je sobie ustawić sam. Błąd! By ustawić nowe hasło, potrzebne jest stare, którego – powtarzam! – miało nie być. Co w takiej sytuacji? To, co zwykle – wycieczka po sieci, a gdy wszystkie podane tam sposoby zawiodły, wyprawa na zdradliwe bagniska biosu. Szast-prast, system padł. Dokumentnie! Mea culpa.

I tu zaczyna się najbardziej ludzka część tej nieco już przydługawej opowieści. Postanowiłem tym razem złożyć reklamację online, by nie czekać tyle co ostatnio. Odpowiedzieli, że muszę zanieść sprzęt do sklepu, bo to, bo śmo. Lekko zaskoczony zapakowałem zewłok do pudła i pomaszerowałem. Obsługa nie przywitała mnie już tak miło. Dziewczyna, która przyjmowała reklamację, wyznała w chwili szczerości, że autoryzowany punkt bardzo często w ogóle nie przyjmuje sprzętu do naprawy, a jej wykonanie zwala na pracowników sklepu, instruując ich, co mają robić. Odniosłem wrażenie, że ktoś z sąsiedniego stanowiska delikatnie dał jej do zrozumienia, że ma trzymać język za zębami. Coś czuję, że potem dostała większy opeer.

W sukurs przyszedł jej kolega. Przedstawił ofertę nie do odrzucenia. Zostawiam sprzęt na normalnych, przysługujących mi warunkach i czekam tatka-latka, albo on spróbuje go naprawić off the rekord – oczywiście za pieniądze, bagatela siedem dych – a w razie gdyby mu się nie udało, wdrażamy procedurę reklamacyjną. Cóż, zgodziłem się. Toshiba naprawdę coraz częściej miewa gorsze dni.

Trzeba przyznać, że chłopak stanął na wysokości zadania. Wprawdzie nie bez pewnych przeszkód, bo okazało się, że część biosu odpowiedzialna za system jest – uwaga, uwaga – zahaślona, ale jednak. Swoją drogą to dziwne: komputer niby mój, zapłaciłem za niego, i to gotówką, a gdybym na przykład kiedyś sam chciał sobie zmienić system, musiałbym żebrać u producenta o hasło. Nawiasem mówiąc standardowe hasło tego producenta to 123654. Może komuś się przyda.

Konkluzja?

Właściwie oprócz tego, że poświęciłem tej sprawie znacznie więcej czasu i znaków niż by na to zasługiwała, nic szczególnego. Wiem, że opisałem ją po amatorsku, ale ja naprawdę się nie znam na komputerach. Na ich kupowaniu, jak się okazuje, też nie. Szkoda też, że jak zwykle z buciorami wpycha się ludzka bylejakość i niedochowywanie zasad, które się samemu ustaliło. Naprawdę mam nadzieję, że dziewczyna nie miała później kłopotów za ujawnienie tajemnic nieprzeznaczonych dla klienckich uszu. Ach, sklepy i ich ukryte życie!

Ubuntu działa. Zaraz będę na nim nagrywał trzeci odcinek „Królika w niedzielę”. Jednak ten tekst piszę na Toshibie. Pod koniec drugiego akapitu znów przeszła śmierć kliniczną. Udało się ją odratować. Tym razem jeszcze tak. Jeszcze nie teraz. Jeszcze poczekamy. Eutanazji nie uznajemy.

A to mała rozrywka na koniec. Szkoda, że nie ma tego po polsku.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Sławomir Lach

    Gates kapitalistą? Prędzej komunistą! To on, jako pierwszy, wpadł na pomysł, by „kupowane” przez konsumentów programy nie były ich. Windows nie jest własnością użytkowników, a Microsoftu(przeczytaj licencję, to się przekonasz). Czyli jest tak, jak za komuny – państwo produkuje dobra i państwo pozostaje ich właścicielem. Jeżeli rolnik chce zabić krowę na mięso, to musi pytać o pozwolenie państwo. I w drugim przypadku jest też analogia do MS, bo jeżeli MS Ci coś zabroni zrobić z Windows, to nie możesz. OpenSource jest tego przeciwieństwem – to wolny rynek – możesz zlecić komukolwiek, by zmodyfikował twój program w dowolny sposób. Twój nie znaczy koniecznie, że jesteś jego autorem, lecz użytkownikiem. Programy OpenSource są własnością użytkowników.

    • No wiesz, paradoksalnie kapitalizm i komunizm, choć w teorii sprzeczne, w praktyce mogą koegzystować. Weź Chiny. Albo Sorosa, który kumuluje kapitał, by wspierać projekty społeczne o ewidentnie komunistycznym rodowodzie. Niedawno rozmawiałem z prominentnym działaczem partii Razem, który najzupełniej serio przekonywał mnie, że podwyższanie podatków sprzyja biznesowi. No ale jeśli Linux miałby być szkołą wolności, to chyba dam mu szansę.

      • Sławomir Lach

        Jeżeli chodzi o wolny rynek, to weź program Krita, w którym społeczność opłaca programistów, by Ci wprowadzali wybrane przez społeczność opcje, jak choćby możliwość tworzenia animacji. Podobny model ma Blender Fundation. Blender Fundation opłaca tworzenie krótkometrażowych filmów w Blenderze, które udostępnia za darmo, ale także odsprzedaje wszelkie materiały potrzebne na utworzenie tego filmu(modele, tekstury, itd.), a do tego ludzie tworzący filmy w Blenderze(na zlecenie oczywiście), zgłaszają, co powinno się w programie zmienić.

        • Dla mnie to zupełnie nowy teren. Z otwartego oprogramowania korzystałem dotychczas tylko z Firefoxa. Ale dobrze wiedzieć. Nigdy nie wiadomo, co się kiedy przyda.

  • Sławomir Lach

    Co do uwierzytelniania bez podawania hasła, to musisz edytować plik /etc/pam.d/common-auth, dodając poniższą linijkę:

    auto optional pam_permit.so

  • ffatman

    O czym jest ten artykuł?

    • O tym, że narrator kupił nowy komputer, który okazał się nie do końca taki, jak się spodziewał, i o kilku wynikłych z tego sytuacjach.

      • ffatman

        To narrator chciał komputer czy linuksa?

        • Komputer. Linux był pewną niespodzianką. Narrator początkowo wpada w zakłopotanie, ma pewne perypetie, ale koniec końców bierze sprawę na klatę.

  • Sympatyzuję z wszelakimi Linuksami. Głównie z powodów ideologicznych. Ale jak już przychodzi co do czego, na ogół okazuje się, że MS zrobił to czy tamto ciut lepiej. Ciut logiczniej. Ciut przyjaźniej użytkownikowi. I tak dalej. To znaczy mówię o stacjach roboczych, bo na serwerach linuksowa hegemonia jest faktem niepodważalnym.

    Gdybym musiał kiedykolwiek przesiąść się na Linuksa (tak “na dobre”), wahałbym się między Mintem a ElementaryOS. Obydwa oparte na Ubuntu, ale o niebo lepiej pomyślane.

    Niestety (a może stety?) z racji wykonywanego zawodu jestem dożywotnio skazany na systemy Małomiękkiego. Bo SQL Server, bo Visual Studio, bo VBA.

    • Ja powiedzmy, że na tym bazowym poziomie już się z Ubuntu otrzaskałem. A że używam komputera właśnie bazowo, głównie do pisania i publikowania na blogu, to i dyskomfortu jakiegoś strasznego nie mam. Bardziej mnie zdziwiły same okoliczności zakupu. I temu przede wszystkim chciałem dać wyraz w tekście.