Dwie twarze Herlinga, czyli dobro i „dobro”

Moja fascynacja Gustawem Herlingiem-Grudzińskim sięga czasów licealnych. Zaczęła się od „Innego świata”, który znajdował się na liście lektur obowiązkowych w klasie maturalnej. Potem, już z własnej woli, przeczytałem kilka innych rzeczy. To był w dużej mierze zachwyt intuicyjny – trochę jak smakowanie wina przez amatora niemającego pojęcia o procesach fermentacji i składnikach, ale mimo to potrafiącego docenić czysty walor. Z czasem, gdy moja wiedza o literackiej kuchni się pogłębiła, zyskałem absolutną pewność, że Grudziński wejdzie do panteonu moich niekwestionowanych mistrzów. Nie takich, którzy kroczą z tobą cały czas – w ciągu lat to go porzucałem, to znów do niego wracałem – jednak stanowiących jakiś punkt odniesienia.

W tomie „Gorący oddech pustyni” szczególnie hipnotyczne wydaje mi się opowiadanie „Portret wenecki”. Uwiódł mnie zarówno sam tekst, jak i jego adaptacja w teatrze telewizji. Odegrał zresztą ważną rolę w moim wypracowaniu maturalnym. Początkowo przyciągała mnie przede wszystkim aura – jakże charakterystyczna dla tego pisarza – nieokreślonego niepokoju, jakiejś trudnej do uchwycenia, lecz namacalnej obecności zła. Kiedy teraz czytam to opowiadanie ponownie, jego bogata symbolika zaskakująco mi się konkretyzuje.

Mamy tam ciekawą sytuację. Bohater – powojenny emigrant we Włoszech – poznaje dwie twarze syna kobiety, u której wynajął pokój w trakcie załatwiania służbowych spraw w Wenecji. Ta pierwsza – oglądana na fotografiach z jego dzieciństwa i wczesnej młodości – to oblicze nieledwie anioła; druga – bohater styka się z nią już bezpośrednio, gdy mężczyzna po kilku latach wojennej tułaczki nieoczekiwanie staje w progu rodzinnego domu – jest żywym wcieleniem demonizmu, najczystszego diabelskiego zła. Cherubin umył ręce we krwi. Był członkiem jednego z najgorszych faszystowskich oddziałów, prawdziwego komanda śmierci, które siało grozę i spustoszenie, gdziekolwiek się pojawiło. Właściwie nic znów szczególnie odkrywczego – ot, klasyczny motyw Jekylla i Hyde’a wpleciony w moralitet o spustoszeniu, jakiego w ludzkiej duszy dokonuje wojna. Sprawiedliwości też staje się zadość – kat szybko ginie.

Pomyślałem jednak, że owo rozdwojenie w jakiejś mierze odzwierciedla sytuację samego pisarza. Nie tyle – choć oczywiście również – na poziomie jego refleksji moralnej, choćby kategorycznej niezgody na brak osądzenia funkcjonariuszy komunistycznego reżimu, co stosunku do wartości.

Przypomina mi się wywiad z Herlingiem-Grudzińskim zamieszczony na końcu książki Anny Bikont i Joanny Szczęsnej „Lawina i kamienie”. Autorki, w sposób niezwykle znamienny dla ludzi ze środowiska „Gazety Wyborczej”, usiłują go przyłapać na niekonsekwencji. Mówią, z odcieniem antylustracyjnego zgorszenia, coś mniej więcej w tym stylu: ale jak to możliwe, że Herling-Grudziński pisarz jest tak wyrozumiały i współczujący dla swoich postaci, a Herling-Grudziński publicysta tak nieprzejednany? Dość tu powiedzieć, że stosunek do przemian roku 1989 stał się przyczyną zerwania przyjaźni Grudzińskiego z Giedroyciem.

Zatem „Portret wenecki” czytany dziś mniej skłania mnie do rozważań o dobru i złu, a raczej – przez korelację materii literatury z materią życia autora – o różnych rodzajach dobra, o jego specyficznym pojmowaniu. „Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia” – notuje w swoim „Dzienniczku” słowa Jezusa św. Faustyna Kowalska. W ewangelii Jana znajdujemy z kolei epizod z nierządnicą – uczeni w piśmie przyprowadzają do Jezusa kobietę przyłapaną na cudzołóstwie (w jego czasach za taki czyn groziła śmierć), a on bezprecedensowo ich – że zastosuję kolokwialny żargon – gasi stwierdzeniem „kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”, do kobiety zaś mówi: „Idź, a od tej chwili już nie grzesz”. Emblematyczna może też być tutaj scena wyrzucenia ze świątyni kupców. Wszystkie one sprowadzają się do jednego zasadniczego wniosku – nie może być prawdziwie doznanego dobra tam, gdzie przebaczenie nie idzie w parze ze sprawiedliwością. Każde bez drugiego jest kalekie, wybrakowane, wypacza się.

Postępowy, uprawiający „politykę miłości” Jezus „Gazety Wyborczej” i księdza Wojciecha Lemańskiego w życiu by się do tak haniebnej stygmatyzacji nie posunął. Dałby nierządnicy paczkę prezerwatyw, pouczył o bezpiecznym seksie i zachęcił do walki o przysługujące jej prawa socjalne. Temu z opowieści Jana nie sposób zarzucić, że potraktował ją nieludzko. Ale jednak ośmielił się napiętnować jej zachowanie. Co więcej – zakazał jej tak dalej czynić, a od zerwania ze złem uzależnił jej zbawienie.

Kiedy przy okazji wynoszenia na ołtarze Jana Pawła II przypominano jego pielgrzymki do ojczyzny, tę z 1991 roku większość komentatorów potrącała czubkiem buta niczym nadgnity ziemniak. Papież krzyczał? Ach, jakże to? Mówimy o tym samym dobrotliwym patriarsze od sentymentalnych kremówek? Tym, który tak żarliwie wspierał jedynie słuszne przystąpienie Polski do Unii Europejskiej? Papież pouczał? Ach nie, nie, to pomyłka, wypadek przy pracy. Papież, wiecie, był już stary, przestał rozumieć współczesny świat. Mało kto też chyba się zająknął o krytycznym liście Wojtyły do „Tygodnika Powszechnego” z 1995 roku oraz odpowiedzi Jerzego Turowicza, w której tenże poczuwał się w obowiązku upomnieć dawnego przyjaciela, że nie pojmuje logiki liberalnej demokracji.

Cóż, to zrozumiałe, że w ugłaskanej, wykastrowanej z imponderabiliów wersji dobra, jaką się nam wpiera, papież w opcji hard jest niewygodny. Papieża wygrażającego palcem kapłanowi marksiście bądź mówiącego o degenerowaniu się duchowych fundamentów Europy powinno się albo zapomnieć, albo włożyć do szufladki z etykietką „zakuty konserwatysta” lub jeszcze dosadniej – „człowiek ogarnięty resentymentem i nienawiścią”.

Właśnie takie redukcjonistyczne – ba, utylitarne! – traktowanie dobra wściekało Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, czemu dawał wyraz choćby w „Dzienniku pisanym nocą”. To o odmowę publikacji jednego z jego „nieprzejednanych” fragmentów na łamach „Kultury” rozgorzał spór z Jerzym Giedroyciem, zwieńczony ostatecznym, bolesnym dla obydwu, rozstaniem. Dzieło Grudzińskiego jest całkowicie spójne zarówno na poziomie struktury, jak i treści. Linie demarkacyjne między jego prozą i publicystyką są umowne, poszczególne strefy dopowiadają się. Pokazuje tam twarz i miłosierną i sprawiedliwą – dwa oblicza, czy też dwa skrzydła dobra czyniące je pełnym. Oto drobny niuans, którego Bikont i Szczęsna nie potrafiły (nie chciały?) dostrzec.

Z kolei w innym opowiadaniu – poświęconym Giordano Bruno „Głębokim cieniu” – pisarz z Neapolu odtwarza proces heretyka oraz jego spalenie na Campo dei Fiori. W inkwizytorach (swoją drogą dziwne, że dziennikarkom bezustannie stawiającej Kościół do kąta „Wyborczej” jakoś umknęła dość spora dawka antyklerykalizmu w twórczości Grudzińskiego) aż trudno mi nie dopatrzyć się alegorii kustoszy owego zdeprawowanego „dobra”. Dla każdego odstępcy – nienawistnika – znajdzie się stos i dłoń gotowa go zażegnąć. Oczywiście w imię dialogu oraz  tolerancji.

Polecam również

  • Marcin Królik

    Kiedy, przygotowując wpis do publikacji, szukałem odpowiedniej grafiki, by go zilustrować, nagle ogarnęła mnie skrajna niechęć. Mam, psiakrew, dość obrazków! Tekst powinien bronić się sam. A jeśli komuś się to nie podoba, niech idzie sobie do galerii. I w ogóle mierżą mnie już te wszystkie blogerskie sztuczki, mające na celu efektowne „sprzedanie” treści. Jakoś czytelników mi od tego znacząco nie przybyło, a ci, którzy mnie czytają, robią to – wierzę – bo interesuje ich przede wszystkim to, co mam do powiedzenia. Więc na dobre wracam do pierwotnego ascetycznego stylu. Elementy obrazkowe jak najbardziej będą się pojawiać, ale tylko wówczas, gdy będzie to miało uzasadnienie.

    • Marcin Królik

      Tak, widziałem. Tylko że nie jestem pewien, czy u mnie bardziej chodzi o syna contessy, Herlinga, czy o mnie. Bo i do mnie już ta łatka zaczyna się przylepiać. Ostatnio zarzucono mi, że jestem zły i agresywny. Dobrze przynajmniej, że ludzie dialogu i tolerancji są tak sprawni w tropieniu nas i szybkim neutralizowaniu. Gdy już nas wyeliminują, wreszcie zapanuje pokój i powszechne szczęście. Ba, może nawet nie trzeba będzie wprowadzać cenzury.

      Littel w przytoczonych przez Ciebie wypisach rozpowszechnia ahistoryczny, oderwany od źródła wizerunek faszysty jako po prostu człowieka ogarniętego resentymentem. Na nim właśnie bazowali czerwoni w ZSRR w swojej propagandzie, zarzucając faszyzm każdemu, kto sprzeciwiał się ich ideom. Dziś przejęli to od nich nowi lewacy. A jednak warto pamiętać, że faszyzm narodził się we Włoszech i ze swej natury był dość mocno lewicujący. Mussolini np. uważał – tak jak komuniści – że państwo jest wszystkim, a jednostka niczym.

      I powiedz mi, tajny, jak tu zachować dobry humor, co? Szczęki same się ściskają.

  • Pingback: Tadeusz Różewicz – poeta, który otworzył żyły wierszom – Marcin Królik()