Duszek (to już trzy lata)

– Jest prześliczny! To musi być ten!

Podniosłem wzrok znad otwartej książki. Luba ślęczała przy komputerze.

– Co tam?

– Chodź tutaj, muszę ci go pokazać! – ponagliła.

Z westchnieniem odłożyłem lekturę i zajrzałem jej nad głową. Cóż, pies jak pies – nic wyjątkowego. Monochromatyczny – czarny grzbiet, białe podbrzusze i łapy. Czy raczej szare, bo brudny był nieprzeciętnie. Do zdjęcia – zrobionego zwykłą komórką i bez śladu edycji z marszu wrzuconego na Facebooka – postawił uszy. Przypominał dachowca, którym opiekowałem się w klasie maturalnej. Stary spryciarz najpewniej już dawno wąchał kwiatki od spodu. Przez sekundę mi się zackniło – nie, nie za nim, raczej za belle epoque, której był częścią.

– Ma na imię Guszek – uprzedziła ewentualne pytania. – Powypadkowy. Siedzi tam, bidulek, już siedem miesięcy.

– Aha – wysiliłem się na neutralność.

– Zaraz tam zadzwonię i zapytam, czy moglibyśmy jeszcze dzisiaj go zobaczyć. Chyba powinniśmy się trochę poznać, zanim go weźmiemy. Piszą tu, że z tego wypadku ledwie wyszedł żywy. Miał poharataną całą miednicę.

– Ale tak teraz? Zaraz? Już? – usiłowałem jeszcze grać na zwłokę.

– A na co mamy czekać? Tylko mu się przyjrzyj! Zresztą, ta lecznica jest dosłownie parę kroków od nas.

Czułem, że tym razem nie odpuści. Sięgnęła po telefon. Okazało się, że Guszka możemy wziąć choćby dziś. Podpisujemy dokumenty i jest nasz. Zamykali za godzinę, lecz szefowa obiecała, że w razie konieczności poczeka. Wyglądało na to, że nie uniknę wytaszczenia szanownych czterech liter na styczniową berbeluchę. Złożyłem książkę.

Lecznica rzeczywiście znajdowała się o rzut beretem. Aż dziw, jak człowiek nie zna własnych okolic. Mieściła się w parterowym drewniaku na końcu gęsto ocienionej drzewami uliczki, wciśniętej między dwa osiedla bloków. W skład posesji wchodziło także częściowo ogrodzone podwórko. Za siatką warował byczy mieszaniec, który zaczął basowo ujadać na nasz widok. W zimnej, mrocznej sieni zajeżdżało jak w sklepie zoologicznym. To samo w poczekalni, gdzie nie było już żadnych pacjentów, jeśli nie liczyć hospitalizowanych stacjonarnie kotów, które natychmiast przystąpiły do ocierania się o nasze łydki.

Szefowa, usłyszawszy nas, wychyliła się z zabiegowego. Chorobliwie szczupła, z prostymi rudymi włosami do ramion i w wyciągniętym swetrze, wyglądała jak odbity na ksero wizerunek wszystkich psiar ze wszystkich kynologicznych blogów i filmików na YouTube.

– Zanim go przyprowadzę, muszę wam odrobinę poględzić – oświadczyła, wskazując na krzesła.

Powiedziała, że Guszek żyje tylko dzięki kierowcy, który go potrącił. Przywiózł go tu, bo było najbliżej. Niestety, nie uznał za stosowne dołożyć się do lekarstw, co dorzuciła z ostentacyjną dezaprobatą. Psiak był w krytycznym stanie. Zachodziło niebezpieczeństwo, że tylne łapy nie odzyskają sprawności. Dopomogła sama natura. Guszek był na oko półrocznym szczeniakiem i dzięki temu rany szybko się zagoiły, a potrzaskana miednica zrosła. Póki co jedynym widocznym efektem było krzywe stawianie łap, choć na starość mogą wdać się przewlekłe bóle. Już samo to, że się wylizał, zakrawa na mały cud – podsumowała frau doktor.

O ile jednak tkanki zregenerowały się błyskawicznie, o tyle z psychiką nie było już tak różowo. Guszek nabawił się licznych traum, co czyni go mało atrakcyjnym dla potencjalnych opiekunów. Szukanie nowego domu dla anonimowych znajd zaczynali, gdy tylko udało im się je nieco podleczyć. Wyjątek stanowił ów mieszaniec imieniem Janusz, na którego natknęliśmy się na podwórku. Niedługo stuknie mu jedenasty rok i doczeka tu końca swych ziemskich dni. Co do ewentualnych poprzednich właścicieli Guszka, frau doktor nie miała absolutnej pewności, ale ktoś z pracowników podobno widział go kiedyś, jak kręcił się przy grupce pijaczków. Tak czy siak, nikt nigdy się po niego nie zgłosił.

Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tych emocjonalnych urazach. Szefowa dosyć ogólnikowo stwierdziła, że różne drobne lęki, jakie nękają większość psów, u niego występują znacznie silniej. Poza tym – co zrozumiałe po tym, co przeszedł – panicznie boi się samochodów. No i w ogóle jest zamknięty, wycofany. Sporo czasu zajęło mu zaprzyjaźnienie się z Januszem, z którym obecnie dzieli kojec. Ludzie poszukują raczej żywotnych, wesołych psów. A Guszek? Guszek to po prostu Guszek – egzemplarz jedyny w swoim rodzaju.

W końcu po niego poszła.

Po chwili wróciła, niosąc pod pachą coś, co wyglądało jak krzyżówka łasicy i przerośniętego kota, ale z pewnością nie jak pospolity kundel. Ostrożnie postawiła to coś na podłodze. Było długie i tak oklapłe, jak tylko może być zwierzę wyposażone w ogon i pysk. Sierść miało matową. Szarobiałe podgardle okalała pręga ciemniejszego brudu. Nie obdarzyło nas choćby śladowym zainteresowaniem. Wzrok miało tępo i uporczywie wbity w ziemię. Ot, mimoza.

Gdy tylko pazury tego wcielenia psiego autyzmu dotknęły linoleum w zabiegowym, podreptało pod obity niebieską dermą stół, po czym wcisnęło się w najgłębszy zakamarek pod ladą z narzędziami, gdzie się położyło.

Staliśmy, nie wiedząc, jaki ruch wykonać.

– Śmiało, zawołajcie go. Niech wie, że jesteście tu dla niego – zachęciła.

Luba kucnęła.

Stworzenie ani myślało opuszczać kryjówkę.

– Musicie być naprawdę cierpliwi – kontynuowała szefowa. – Przygotujcie się na to, że nawet przez kilka tygodni będzie wobec was obojętny.

– A może się zdarzyć, że pies nas nie zaakceptuje? – zapytałem.

– Teoretycznie tak. Pierwszy miesiąc powinien to rozstrzygnąć. Jeżeli do tej pory nie nawiąże się relacja, najrozsądniej będzie go oddać. Ale ja nie zakładałabym od razu najgorszego. Pies ma instynkt. Kiedy poczuje, że stoi na pewnym gruncie, otworzy się. A ten miglanc jak dotąd nie zasmakował stabilizacji. Tu jest jak w przechowalni. Micha raz dziennie to szczyt tego, na co może liczyć. Ale nawet on skrycie marzy o czymś więcej, tylko trzeba mu to pomóc sobie uświadomić. To wasza broszka.

Przyłączyłem się do Lubej. Wspólnymi siłami osiągnęliśmy tyle, że wyczołgał się ze swojego azylu pod ladą, przyczłapał i powąchał nam dłonie. Śmierdział. Kiedy spróbowałem go pogłaskać, cofnął się, lecz zaczął nas ukradkiem obserwować. Frau doktor poczytała to za dobry znak.

Dopełnienie formalności adopcyjnych nie zajęło nam długo. Musieliśmy się zobowiązać, że w najbliższym czasie Guszka wykastrujemy. Cierpiał na wnętrostwo. Jego prawe jądro utkwiło w jamie brzusznej, co – jak wyjaśniła frau doktor – grozi przegrzaniem, zaś w konsekwencji rozwinięciem się nowotworu. Miał na szyi metalowy dławik z przyczepioną plakietką aktualnego szczepienia. Dorzuciła również dyżurną smycz, którą obiecaliśmy oddać, gdy tylko kupimy własną. Zaofiarowała się, że przywiezie go swoim samochodem. My woleliśmy się przejść.

Chwycił wieczorny mróz. Przez większość drogi deliberowaliśmy nad zmianą imienia. Guszek jakoś nam nie pasował. Chcieliśmy, żeby nowe imię naszego pupila było bliskie fonetycznie temu, co znał do tej pory. Puszek? Zbyt infantylnie. W końcu stanęło na Duszku. Nawet pasowało do pierwszego wrażenia.

– Teren już wstępnie pooznaczany – przywitała nas pod blokiem frau doktor.

Ruszyliśmy do klatki. Pies ociągał się, jakby nie był przyzwyczajony do smyczy. Przed schodami zaparł się, aż frau doktor wzięła go na ręce i wniosła na górę. W mieszkaniu odpięła smycz. Od razu pomaszerował do dużego pokoju, gdzie położył się na dywanie obok choinki. Sprawiał wrażenie, jakby zapadł w letarg. Frau doktor wyjęła z kieszeni kurtki tabletkę na odrobaczenie, którą kazała podać jeszcze dziś przed snem, najlepiej rozkruszoną z jedzeniem. Zaraz potem się pożegnała, życząc nam dobrej zabawy.

Guszek… Duszek przez resztę wieczoru nie zmienił pozycji. Nie reagował na wołanie. Pogardził też miseczką wody. Luba zmieliła tabletkę z kilkoma plasterkami wędzonego boczku. Trącił miazgę nosem, polizał samym koniuszkiem języka, jednak nie wziął. Przynajmniej nie od razu. Mimo że na zewnątrz nic nie okazywał, w środku musiał stoczyć naprawdę ciężki bój z własną nieufnością, którego efektem po godzinie było połknięcie bekonowej kulki kilkoma łapczywymi kłapnięciami.

Nim się obejrzeliśmy, zrobiła się dziesiąta. Luba zadecydowała, że najwyższy czas na spacer. Zaczepiłem karabińczyk smyczy o dławik i lekko szarpnąłem. Wstał niemrawo i powlókł się za mną do przedpokoju. Przy schodzeniu na dół powtórzyła się historia z zapieraniem. Aż się cały naprężył i zesztywniał – tak nie chciał iść po schodach. Rad nie rad, wziąłem go na ręce. Czułem pod palcami, jak drży. Serce trzepotało mu jak uwięziony gołąb.

Na świeżym powietrzu nieco się ożywił. Mimo to wciąż zostawał z tyłu i trzeba go było ponaglać. Kiedy przy osiedlowej piaskownicy skręcaliśmy w lewo, poczułem luz. Dławik wraz ze smyczą łagodnie zsunął się Duszkowi przez łepek i gruchnął o chodnik. Stanąłem jak skamieniały. On też. Wszystko trwało może dwie sekundy, w trakcie których uświadomiłem sobie z przerażeniem, jaki popełniłem błąd. Zamiast zapiąć karabińczyk na przeznaczonym do tego kółku, co spowoduje zaciskanie się obroży na szyi, kiedy pies zacznie naprężać smycz, niedbale zahaczyłem go byle gdzie.

Duszek nie dał mi czasu na naprawienie pomyłki. Gdy tylko wykonałem krok w jego kierunku, wyprysnął w bok i czmychnął za śmietnik.

– Co się stało?! – krzyknęła Luba, która szła kilka kroków za nami.

– Jak co? Sukinsyn spieprza! – odkrzyknąłem i puściłem się pędem, porzucając bezużyteczną uprząż.

Widziałem go jeszcze. Gapił się na mnie. Im bardziej się zbliżałem, tym bardziej on się cofał. Przypomniało mi się, że przy psach nie wolno wykonywać gwałtownych ruchów. Zwolniłem. Zacząłem iść. Stanął niezdecydowany, wciąż mnie obserwując. Chciałem jakoś go chwycić. Powoli, bardzo powoli, wyciągnąłem ręce. W tej samej chwili wykonał zaiste olimpijski skok i czmychnął w mglistą ciemność między blokami.

Znów zacząłem biec. Jednak po kilkudziesięciu metrach zupełnie zniknął mi z oczu. Dyszałem, zimne powietrze paliło mi przełyk. Dołączyła Luba.

– Dlaczego go nie złapałeś?

– Był dla mnie za szybki. Może gdzieś tu się schował. Hej, psinko! – Zagwizdałem.

Nic.

– Nie wierzę. Po prostu, kurwa, nie wierzę – wysapałem wściekły bardziej do siebie niż do niej. – Zasrany pchlarz!

Zrezygnowana, mechanicznym ruchem nakręconej lalki wydobyła telefon z kieszeni dżinsów. Zziębnięte palce tak jej drżały, że dopiero po trzeciej próbie udało jej się bezbłędnie narysować wzór odblokowujący. Frau doktor odebrała dopiero po kilkunastu dzwonkach. Luba ją przeprosiła i łykając wzbierające łzy, rwącym się głosem opowiedziała o zajściu.

Frau doktor zachowała stoicki spokój. Zaczęła przekonywać, że pies nie mógł uciec zbyt daleko. Jest sam, przestraszony, głodny, a noc zimna. Musiał się przyczaić albo udać w jakieś miejsce, które dobrze zna. Tutaj zapłakaną twarz Lubej rozjaśniła nadzieja. To,  że Duszek może się teraz kręcić w pobliżu lecznicy, wydało się frau doktor prawdopodobne. Ale w razie gdyby jednak się nie znalazł, zaofiarowała pomoc. Przejadą się firmową furgonetką po mieście, puszczą swoimi kanałami ogłoszenia. Znajdzie się, mało który uciekinier się nie znajduje. Choć po prawdzie była zaskoczona, że wywinął coś takiego. Głupi jest, sam sobie zaszkodzi.

– To nie wasza wina. To on nie potrafi docenić, że ktoś chciał obdarzyć go ciepłem, dać nowy dom. Jego wybór.

Nie było go ani pod lecznicą, ani nigdzie w promieniu co najmniej dwóch kilometrów. Zmarznięci i wkurzeni krążyliśmy po uśpionych pustych ulicach, nawołując, gwiżdżąc i zapuszczając żurawia w każdą cholerną dziurę. Bez rezultatu. Pchlarz jakby zapadł się pod ziemię. Luba wciąż popłakiwała. We mnie smutek i lęk powoli wietrzał. Wywiewało go zmęczenie i coraz silniejsza chęć snu. Wątpiłem, by udało nam się go znaleźć, i część mnie, nie chcąc się otwarcie do tego przyznać, pogodziła się z tym. Ba, nawet dostrzegała pewne pozytywy tej sytuacji. Gardziłem sobą.

Wróciliśmy grubo po pierwszej.

– Rano zrobię ogłoszenia – powiedziałem już na wpół śpiąc nad kubkiem pozbawionej smaku herbaty.

Obdarzyła mnie czymś, co przy dużej dozie wyobraźni dałoby się uznać za uśmiech wdzięczności. Też padała z nóg.

– Myślisz, że jeszcze kiedyś go zobaczymy?

– Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Aleś mnie pocieszył. – Zabębniła obgryzionymi kikutami paznokci o blat kuchennej szafki, przy której siedzieliśmy przemarznięci i z nosami na kwintę.

– Nie miałem takiego zamiaru. – Postanowiłem być szczery do wyrzygania. – Lepiej cię bajerować, że wszystko będzie cud miód? Może będzie, a może nie. Na dwoje babka wróżyła. Zrobimy, co w naszej mocy. Tyle możemy. – Na moich rzęsach dyndały ołowiane odważniki, ciążąc w dół.

Gdy po drugiej w końcu bezwładnie runęliśmy do pościeli, Luba zasapała niezdrowo prawie natychmiast. Ja wbrew wcześniejszym sygnałom biologii jeszcze długo przewracałem się z boku na bok. Minęła trzecia, potem wpół do czwartej, i nic. Cały ołów z powiek rozpierzchł się gdzieś jak przepędzona przez letni wiatr burzowa chmura. Mózg zalały nadzwyczaj realistyczne wizje samotnego  kundelka pośród styczniowej nocy.

Przypomniałem sobie, jak kiedyś moja matka poszła na trzy dni w cug. Sporadycznie jej się to zdarzało. Ile mogłem mieć lat? Dziesięć? Leżałem chory, a ona któregoś popołudnia nie wróciła z pracy. Tak po prostu. Przeżyłem wtedy najprawdziwszy horror. Przez mój zmaltretowany gorączką umysł przewalały się natrętne majaczenia  z nią zaciukaną nożem albo zaduszoną gdzieś w lesie czy pod nasypem kolejowym. Babcia od czasu do czasu czytywała mi „Detektywa”, gdzie takich historii było multum. A w każdy czwartek dorośli oglądali magazyn kryminalny „997”, gdzie podobne makabreski były wzbogacone o obraz. Kiedy, jakby nigdy nic, stanęła w drzwiach, wesolutka i rozćwierkana, dziadek byłby ją stłukł, gdyby nie interwencja babci.

Nie mając o tym pojęcia, przerobiłem na własnej skórze eksperyment z kotem Schrödingera. W ciągu owych strasznych, wypełnionych odkasływaniem gęstej żółtawej flegmy trzech dób moja matka była jednocześnie martwa i żywa, a nadzieja, że w swojej siwej kurtce, wełnianej spódnicy i kozakach wejdzie charakterystycznym kaczym krokiem do przedpokoju, idealnie równoważyła się z paraliżującym strachem, że w mieszkaniu zjawi się zasępiony milicjant i powie, że tu a tu ją znaleźli, i że mu przykro.

Fakt, że teraz odczuwałem coś podobnego w stosunku do Guszka – psa, o którego istnieniu nie wiedziałem jeszcze jedenaście godzin temu i nie wiedziałbym nadal, gdyby nie upór Lubej w kwestii sprawienia nam pupilka – był tyleż zaskakujący, co groteskowy.

I teraz ten chodzący na czworakach wór na pchły jeszcze ośmielił się uciec! Jasne, że się o niego bałem! Nie byłem, kurwa, z drewna! Tak, czyli już dokonał się wyłom. Już cieniuteńką strużką przesącza się do mojej idyllicznej banieczki obcy świat. Już każe mi się wobec siebie ustosunkowywać. Już, chcąc nie chcąc, muszę uwzględniać go w swoich rachubach. Pieprzony mały obesraniec!

Jest prześliczny! To musi być ten!

Taa…

Znajdzie się albo nie – osobiście byłem co do tego sceptyczny, a nawet gdyby się znalazł, nie sądziłem, by frau doktor zaufała nam ponownie, skoro okazaliśmy się nieodpowiedzialni – od dziś cała reszta naszego życia będzie biec w odniesieniu do niego. Bo już w nie wszedł, już utworzył nową strunę czasu, urealnił ją, pchnął nas ku niej.

Raptem coś sobie uprzytomniłem. Te moje dygocące, szarpane niepokojem dywagacje biegły w jeden konkretny punkt, w nim znajdując dojmujące urzeczywistnienie. Był to skrawek dywanu koło choinki: ten sam, na którym Duszek leżał nieruchomo jak głaz, zanim wyprowadziliśmy go na feralną przechadzkę. Dywan. Coś z nim było nie tak. Był pusty. Wcześniej także był pusty, ale… inaczej.

To jak z wieszaniem krzyży na ścianach, a potem ich zdejmowaniem na przykład w imię rzekomej neutralności przestrzeni publicznej – pomyślałem. Trochę się ostatnio tym zagadnieniem interesowałem. Neutralność to fikcja – tak przekonywał pewien ortodoksyjny Żyd, a zarazem prawnik, który bronił obecności krzyża w szkole przed Trybunałem Europejskim. Powiedział coś mniej więcej w tym duchu: ściana, na której kiedyś wisiał krzyż, a teraz go z niej usunięto, nie staje się przez to neutralna, staje się krzyczącym znakiem braku tej obecności.

Hamuj z tymi paralelami. To tylko durny półdziki pies, który dał w długą, bo nie umiałeś zapiąć mu smyczy. Po co od razu tworzyć jakieś zawiłe koncepcje o metafizyce nieobecności? Tak, tylko że dywan był pusty, był obciążony brakiem.

Tak mętnie filozofując, w końcu odpłynąłem w napięty, zły sen.

Wstaliśmy wcześnie, jeszcze bardziej zmęczeni niż przed położeniem się do łóżka. Zjedliśmy ponure śniadanie i do komputera. Moja wiedza o grafice nie wykraczała poza podstawową edycję w Gimpie, toteż plakat nie wyglądał imponująco. Z lecznicy podesłali nieco lepsze zdjęcie niż to wczorajsze z Facebooka, to – uzmysłowiłem sobie z gorzką ironią – które wywołało cały bałagan. Na początek wydrukowałem trzydzieści sztuk, zastanawiając się, na których drzewach i słupach najlepiej byłoby je rozwiesić. Jotpega wkleiłem również na Facebooka i dałem link na miejskie forum.

Rozkręcanie wirtualnej akcji poszukiwawczej zajęło nam dwie godziny. W tym czasie frau doktor i jej ludzie mieli udać się na rekonesans. Kiedy zadzwonił domofon, oboje z Lubą na wyścigi rzuciliśmy się do słuchawki. To była frau doktor.

Ona i tyczkowaty, przedwcześnie łysiejący mężczyzna weszli na górę. Trzymała na rękach naszego easy ridera.

Był złachany i cały się trząsł. Śmierdział gorzej niż wczoraj w lecznicy.

– Pod waszą klatką siedział – oznajmiła rozbawiona frau doktor. – Już wie, gdzie ma swoje stado.

– Nawet jakiegoś kumpla sobie przygruchał – uzupełnił jej współpracownik.

Luba spoważniała.

– Pewnie drugi raz go nam nie powierzycie? Nie okazaliśmy się… – wyczekująco zawiesiła głos.

– A co wy! – frau doktor machnęła lekceważąco ręką. – To on napytał sobie biedy. Dobrze go nakarmcie, dajcie pić i niech idzie spać. Miał ciężką noc. A za miesiąc, jak się zaaklimatyzuje, widzimy się na chlastaniu jąder.

Pożegnali się.

Luba tuliła roztrzęsionego i wyrywającego się psa.

 

Polecam również