Don’t Kung the Fury!

Jestem dzieckiem kiczu. Ani to tytuł do chwały, ani powód do wstydliwego spąsowienia i czmychnięcia w ciemny kąt. Po prostu konstatuję pewien fakt. Umiejscawiam siebie – i nie tylko siebie, bo to wszak dyspozycja całego pokolenia, a nawet kilku pokoleń wykarmionych przez szklany cycek telewizji – w konkretnym kontekście duchowym i kulturowym. Tacy jesteśmy i szlus. Może i niektórzy z nas przeczytali „W poszukiwaniu straconego czasu”, lecz najpierw chłonęliśmy komiksy o człowieku-nietoperzu. Być może podziwialiśmy dokonania Nowej Fali, mimo to przedtem naszą wizualną i estetyczną wrażliwość ukształtował „Obcy”. Popkultura to nasz pierwotny język, nasze repozytorium archetypów.

Zasłaniam się uogólniającym i miłym uchu socjologów kwantyfikatorem „my”, ale przecież tak naprawdę cały czas mam na myśli przede wszystkim siebie. Od tego zacząłem i tego się powinienem trzymać. To ja, zanim zmierzyłem się z Gombrowiczem, miałem już obcykaną sagę o doktorze Hannibalu Lecterze. To ja, choć szczerą miłością pokochałem Antonioniego, wcześniej dałem się uwieźć Cameronowi. To ja przeputałem szmat czasu w wypożyczalniach kaset wideo i bynajmniej nie spędziłem go wśród półek z perłami Polskiej Szkoły Filmowej i Kina Moralnego Niepokoju. To przyszło dopiero później. Jako drugi język. I jeśli piszę o tym z niejaką egzaltacją, to ton ów dyktuje mi proustowska melancholia, z którą coraz częściej patrzę w przeszłość.

Właśnie na tej nostalgicznej strunie postanowił zagrać szwedzki reżyser David Sandberg. Jego filmowy szorcik „Kung Fury”, który niedawno miał internetową premierę, to świetny pastisz, a zarazem czuły hołd złożony kinu akcji z lat osiemdziesiątych. Dodatkowy smaczek dla polskich widzów to zrealizowana – zresztą za zgodą Sandberga – wersja z tłumaczeniem w lektorskim wykonaniu Tomasza Knapika. To już naprawdę wehikuł czasu pełną gębą! A kiedy przy napisach końcowych Knapik pouczył swym nikotynowym basem, żeby przed oddaniem do wypożyczalni przewinąć kasetę do początku, prawie umarłem ze szczęścia.

Cała heca rozpoczęła się trzy lata temu. Sandberg, twórca reklam i teledysków, zrealizował z grupką przyjaciół krótki trailer, który następnie wrzucił na Kickstartera, gdzie ruszyła zbiórka na półgodzinny film przeznaczony do darmowego rozpowszechniania w sieci. Kolejny krok miało stanowić zgromadzenie funduszy na pełnometrażowy obraz. To niestety się nie udało i zostaliśmy – przynajmniej na razie – z króciakiem. W krążących po necie ciekawostkach o kulisach produkcji można między innymi przeczytać, że „Kung Fury” był częściowo kręcony aparatem fotograficznym Canon, a znaczna część ujęć powstała na zielonym tle w studiu Sandberga, na które później nałożono widoki rozświetlonego przez neony Miami żywcem z ikonicznego dla epoki serialu z Donem Johnsonem.

Co otrzymaliśmy? Kwintesencję tamtego kina w pigułce. Jest gliniarz mizogin, który łoi po tyłkach lepiej niż Bruce Lee, nie zadając zbędnych pytań. Są bedgaje z wielkimi jak krowy boomboxami, podróże w czasie, półgołe laski w rogatych hełmach, a na deser – Hitler, który niczym w „Poszukiwaczach zaginionej arki” usiłuje posiąść moc bogów, żeby zawładnąć nad światem. A wszystko, oczywiście, maksymalnie przegięte, skrzące b-klasowym humorem i naszpikowane cytatami, których rozszyfrowywanie może być przyjemnością samą w sobie. Sandberg w roli Kung Furego jako żywo przypomina jedną z czołowych gwiazd firmamentu ery VHS – swego rodaka Dolpha Lundgrena. Ma identycznie drewnianą facjatę i morderczy cios.

Klimat dodatkowo nakręca muzyka – element, bez którego żadna porządna nawalanka nie może się przecież obyć, a nawalanka z lat osiemdziesiątych zwłaszcza. Prosty jak konstrukcja cepa bit sztucznej perkusji, syntezatory bardziej elektroniczne niż dzisiejsze efekty CGI oraz saksofonowe wstawki, kiedy zanosi się na dymanie, skupiają cały zeitgeist jak w soczewce. Dołożyć do tego Davida Hasselhoffa śpiewającego „True Survivor” i czegóż chcieć więcej, żeby serce zawyło z tęsknoty.

Sandberg machnął machistowski do wyrzygania, buzujący testosteronem, heteronormatywny wideoklip, który od paru tygodni rządzi w internetach. Aż dziw, że coś takiego przybyło z ultratęczowej Szwecji. Czyżby kapłani nowego, wspaniałego świata coś jednak przegapili? Wypada się zgodzić z recenzją Michała Żarskiego, jak bardzo ten mistrzowski pastisz uświadamia, że jeszcze stosunkowo niedawno kręciło się filmy może i kiczowate, ale za to takie, w których nie znaczyło nie, a tak – tak, w których nie sposób było pomylić kobietę z mężczyzną, zaś ich bohaterowie nie mieli skrupułów, by walczyć ze złem. Fakt, to było zaledwie trzydzieści lat temu. Gdzie popełniliśmy błąd? David Sandberg chyba też się nad tym zastanawia.

Niewinność ma to do siebie, że się ją traci, a później z rozrzewnieniem wspomina. Herosi Złotej Ery VHS zbrzydli i spsieli. Schwarzenegger koncertowo zarzyna mit „Terminatora” i wypieprza z Facebooka za krytykę jedynie słusznych postulatów LGBT, Seagal głosi peany ku czci Putina, a bardziej na lewo niż Cameron jest już chyba tylko ściana. Co się stało z Van Dammen? Ku jakiemu zachodowi słońca na swym harleyu pędzi Lorenzo Lamas? Nie wiem i jakoś wolę nie sprawdzać. Legendy młodości mają zazwyczaj jeden zasadniczy feler – życie poza ekranem. Nam pozostały już tylko ckliwe powroty.

Polecam również

  • Witaj Marcinie, long time no see. 😉

    Jeżeli chodzi o Van Damme’a, to ostatnimi czasy, poza występem w drugiej części „Emerytalnych”, tfu, „Niezniszczalnych”, wystąpił w głównej roli w bardzo autoironicznym filmie „JCVD”, gdzie gra fikcyjną wersję siebie: podstarzałego, zmęczonego gwiazdora kina akcji, który pechowo przychodzi do banku zrealizować czek akurat w tym samym czasie, kiedy dwóch obwiesiów postanawia ten sam bank obrabować.

    • Marcin Królik

      No masz! Góra z górą się nie zejdzie, a bloger z blogerem… zwłaszcza jak kiedyś robili na tym samym portalu. To wielkie dzięki za info. „Niezniszczalnych” jakoś jeszcze nie widziałem, choć ciągle sobie to obiecuję, ale jakoś czas mi dziwnie wycieka. Podstarzali gladiatorzy… ech, może lepiej, żeby zostali w pamięci tacy jak dawniej. Mnie coś ostatnio bierze melancholia. Dzięki za odwiedziny i zapraszam ponownie.