„Dom diabła” – retro level hard

Zastanawiałem się, czy jest w ogóle jakikolwiek sens pisać o tym filmie. Z punktu widzenia samej fabuły – jej potencjalnych, możliwych do wyodrębnienia znaczeń – właściwie nie ma tu nic do roboty. I to nawet biorąc poprawkę na jego bezdyskusyjny, choć odbieralny tylko dla specyficznego widza, urok. Filmy ogląda się i kręci z różnych powodów: rozrywkowych, by poruszyć ducha lub intelekt, a czasem dla jednego i drugiego. Jednak istnieje też zupełnie odrębna kategoria: obrazy, których jedyną racją bytu jest wyrażenie miłości do samego kina. I to właśnie przypadek „Domu diabła”.

Tak naprawdę jest to dzieło idealne dla kogoś, kto, kolokwialnie rzecz ujmując, siedzi w kinie zawodowo. Pożywi się na nim zarówno historyk, który w kontekstach i tropach będzie mógł przebierać jak w ulęgałkach, jak i ekspert od kwestii technicznych, który kiedy już ochłonie z zaskoczenia, że w roku 2009 komuś chciało się bawić w kręcenie na taśmie 16 mm, ukaże na jego przykładzie, jak bardzo warsztat filmowy spsiał, odkąd za kamerę może złapać każdy. A tak zwany zwykły odbiorca, o ile nie jest maniakiem horrorów lub poszukiwaczem egzotyki, raczej seansem się zawiedzie, czego najlepszym dowodem jest komercyjna klapa „Domu…” i, niestety, bardzo słabe oceny na portalach filmowych.

Filmoznawca oczywiście ze mnie żaden. Z kolei jak na szeregowego zjadacza popcornu zbyt lubię doszukiwać się – niekiedy na wyrost – drugiego i trzeciego dna, co, jak zaznaczyłem, w tym przypadku kompletnie mija się z celem. Pomyślałem więc, że może dałoby się „Dom…” potraktować jako przyczynek do szerszej analizy kulturowego procesu zwanego retromanią, którego to stanowi on świetne, ikoniczne wręcz, exemplum. Ale potem stwierdziłem, że to nie byłoby fair wobec reżyserskiego trudu Ti Westa. Dlatego chyba jedyne, co mogę uczynić, to postarać się jakoś to w miarę możliwości wypośrodkować.

Najpierw odrobina faktografii. Określenie „reżyserski trud” w stosunku do „Domu diabła” nie jest bynajmniej przesadzone. Rzeczywiście został on nakręcony na taśmie 16 mm i poddany analogowej obróbce. Co więcej, na ekranie widzimy pieczołowicie zrekonstruowanego ducha lat 80, włącznie z charakterystycznymi dla tamtego okresu atrybutami, takimi jak fryzury, styl ubioru, walkman Sony, muzyka, której dzięki niemu słucha główna bohaterka, wystrój wnętrz czy samochody. Nie jest tego bardzo dużo, lecz z uwagi na kameralność opowiadanej historii wystarczy, żeby się poczuć jak w czasach Regana. Do tego typowy dla tamtej epoki sposób komponowania kadrów – najazdy na postacie zamiast stosowanego dzisiaj podążania za nimi, długie statyczne ujęcia zamiast kontrplanów i dynamicznego montażu.

Wszystkie te formalne zabiegi służyły jednemu celowi: maksymalnemu upodobnieniu filmu do tego, jak zapewne wyglądałby, gdyby powstał w czasach, o których traktuje. Kropką nad i stało się wypuszczenie specjalnej limitowanej edycji na kasecie VHS. Jej okładka oraz plakat promocyjny wydadzą się osobliwie znajome tym, którzy z nostalgią wspominają wyprawy do wypożyczalni wideo, zapisy na bardziej chodliwe tytuły i dreszcz emocji, kiedy się brało film na sobotę i niedzielę, nie wiedząc, czego się spodziewać, bo nie było internetu.

Od strony fabularnej wychowankowie ery VHS też poczują się znajomo. Główna bohaterka to studentka Samantha, która ze wszystkiego na świecie najbardziej pragnie wynająć dom. Póki co gnieździ się w akademiku ze współlokatorką, która, delikatnie mówiąc, nie jest przesadną miłośniczką porządku. Samantha natomiast cierpi chyba na lekką mizofobię. Na wymarzone lokum jej nie stać, gdy więc znajduje ogłoszenie o pracę w charakterze opiekunki do dziecka, początkowo sądzi, że złapała Pana Boga za nogi. Zapał nieco jej stygnie, kiedy po dotarciu na miejsce, czyli do położonej na odludziu koło cmentarza rezydencji, odkrywa, że pracodawca jest cokolwiek dziwny, a opiekować ma się nie dzieckiem, lecz jego teściową. Przekonuje ją kilka dodatkowych setek oraz perspektywa, że nie będzie musiała spędzać nocy na schodach, gdy jej współlokatorkę odwiedza chłopak.

Oczywiście – w największym skrócie – okazuje się, że oferta była zasadzką. Upiorna rodzina to banda satanistów, starsza pani jest wiedźmą, natomiast Samantha została zwabiona, czy też może raczej „wybrana”, po to, by użyczyć łona mającemu się właśnie narodzić antychrystowi. Tłem wydarzeń jest niezwykłe, obserwowane na całej kuli ziemskiej zaćmienie księżyca, a zakończenie – jak zwykle w horrorach, szczególnie w horrorach z tamtego czasu – pozostaje otwarte.

Wszystko to jest, rzecz jasna, do bólu banalne i posklejane z klisz. I takie też ma być. Bo, jako się rzekło, fabuła stanowi tutaj jedynie pretekst do nieskrępowanego i czysto eskapistycznego delektowania się przeszłością. Przeszłością kina, a przez to też zapewne i samego Ti Westa, który, urodzony w 1980 roku, na tym kinie się wychował. Świadomość tego wzmaga podczas oglądania poczucie zbędności. Wiemy, że tak naprawdę nie chodzi o perypetie Samanthy; ona ma stanowić ucieleśnienie wszystkich podobnych opowiastek, które oglądaliśmy za dzieciaka, i które teraz mają nam się kojarzyć z konkretnymi sytuacjami z naszego własnego życia. Tak działa nostalgia.

W podkaście Jacka Rokosza, dzięki któremu na ten film trafiłem, uczestnicy dyskusji nazwali go doskonałym fałszerstwem. I coś w tym stwierdzeniu jest, bo rzeczywiście posuwa się on o krok dalej niż większość dzisiejszych produkcji bazujących na retro. Przynajmniej tych, które ja widziałem i opisałem. „Stranger things” było mimo wszystko stylizacją, „Z archiwum X” i „Ash vs Evil Dead” odcinały kupony od dawnej sławy, tu zaś twórcy uczynili co w ich mocy, by dosłownie cofnąć się w czasie.

W 2011 roku ukazała się książka Simona Reynoldsa „Retromania: uzależnienie popkultury od własnej przeszłości”. Reynolds co prawda w swej analizie zjawiska retromanii skupia się na gruncie muzycznym, ale wnioski, które wysnuwa, można ekstrapolować szerzej. Wychodzi on mianowicie od obserwacji, że każda epoka ma swoje retro – swoje mityczne złote dni, do których wzdycha. Szkopuł w tym, że o ile dawniejsi artyści, sięgając do spuścizny antyku czy gotyku, budowali na niej nową jakość, o tyle współcześnie mamy do czynienia z ustawicznym remiksem, jałowym przetwarzaniem w kółko tego samego. Reynolds częściowo obwinia za to technologię i fakt, że nasze retro jest dzięki niej na tyle doskonale zachowane, iż praktycznie uniemożliwia to jego twórcze przetrawienie.

Oczywiście można się tu też dopatrywać społeczno cywilizacyjnego kontekstu. Na przykład niektórzy publicyści tłumaczący prezydencki sukces Donalda Trumpa stawiali tezę – może i kontrowersyjną, ale na pewno wartą przemyślenia – że wygrał wbrew wszystkim sondażom, bo był figurą jakby żywcem przeniesioną z epoki Regana, która dla wielu ludzi w USA wciąż stanowi synonim stabilizacji i spokoju, nieobecnych nigdy później i ostatecznie zniweczonych 11 września. I może właśnie tu tkwi istota sprawy – im trudniejsze wydaje nam się dziś, tym chętniej gloryfikujemy wczoraj.

Ale Reynolds zauważa coś jeszcze. A mianowicie że kultura musi mieć kosz na śmieci. Jeśli go nie ma, sama się nim staje i zamiast iść naprzód, grzęźnie w oglądaniu się wstecz. Myślę, że „Dom diabła” jest dobrą tego ilustracją. Nie wiem, czy w ogóle zaprzątałbym sobie głowę oglądaniem go, gdybym nie usłyszał, że jest retropozytywny.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również