Dokumentalne polecanki na jesień

Jak na kogoś, kto od pewnego czasu na każdym kroku publicznie deklaruje swoje literackie przejście do non-fiction, mam w tym gatunku naprawdę karygodne zaległości. I to zarówno w jego części pisanej, jak i wizualnej. Może zwłaszcza w tej drugiej. Kilka pozycji od dawna zbiera kurz, oczekując w kolejce, w której wciąż coś je wyprzedza. Lecz po moich ostatnich fabularnych niestrawnościach chyba wsiąknę w świat dokumentu na dłużej, co niewątpliwie odbije się również na twórczości blogowej. Będę chciał sięgnąć i po rzeczy nowe, i po kilka takich, które już znam, ale chętnie do nich wrócę.

Jeśli więc, Drodzy i Szanowni, nie macie pomysłu na długi sobotni wieczór – a niebawem te wieczory staną się, być może po raz ostatni, jeszcze dłuższe – pozwólcie, że podzielę się z wami kilkoma propozycjami, po które sam zamierzam sięgnąć. Nim jednak do tego przejdę, pozwolę sobie przypomnieć film, o którym pośrednio już pisałem na blogu w zeszłym roku. Jest nim mianowicie poruszający mnie do głębi zawsze, ilekroć o nim myślę, dokument o postaci oraz fenomenie Charlesa Bukowskiego zatytułowany „Bukowski – wędrówka przez mrok.”

Dla mnie osobiście to rzecz o tyle ważna, że autora „Z szynką raz” uważam za jednego ze swoich mistrzów. W ewolucji mojego własnego warsztatu stanowił on stadium pośrednie od totalnego zmyślactwa ku czerpaniu z własnych doświadczeń i obudowywaniu ich pisarskim tworzywem. Myślę też, że poniekąd dał mi odwagę, by się w ogóle w te rejony zapuszczać. Idę co prawda zupełnie inną drogą niż on, coraz mniej nakierowaną na Ja, a coraz bardziej na obserwację świata, ale zawsze będę widział w nim towarzysza.

Film powstał w 2003 roku. Jego reżyser, John Dullighan, mimo iż wyraźnie zafascynowany Bukowskim, na szczęście unika typowo fanowskiej pokusy mitologizacji. Ukazuje nam więc Bukowskiego nie tylko jako ikonę czy obiekt kultu, lecz również jako zwykłego człowieka – starzejącego się, nie zawsze potrafiącego sobie radzić z dorównaniem własnej legendzie, której stał się zakładnikiem. Mną zawsze najbardziej wstrząsa scena, gdy traci nad sobą panowanie i robi żonie karczemną awanturę o jakąś głupotę przy włączonej kamerze. Nie wiem, czy Dullinghan powinien to nagranie włączać do filmu. Choć z drugiej strony odwaga dokumentalisty chyba czasem wymaga kroczenia po cienkim lodzie.

Kolejny obraz, który chciałbym polecić, to „Szukając jednookiego Jezusa” też z 2003 roku. Pamiętam, jak ogromne wrażenie na mnie zrobił, gdy po raz pierwszy zobaczyłem go bodaj na kanale Planete. Nie był to wprawdzie pierwszy dokument, jaki w życiu widziałem, jednak jego niezwykła sugestywność sprawiła, że na długo stał się dla mnie wzorcowy i każdy inny mimowolnie z nim porównywałem, oczywiście na niekorzyść porównywanego.

Jego tematem jest, by ująć rzecz najogólniej, to, co u nas nazywa się Ciemnogród, lecz w amerykańskim wydaniu. Piosenkarz i gitarzysta alternatywnej sceny country Jim White zabiera nas w epicką odyseję do serca tak zwanego „pasa biblijnego”, czyli na legendarne amerykańskie Południe, które – jak to się mawia – nie jest miejscem, ale stanem umysłu. W starym zdezelowanym chevy artyście towarzyszy kiczowaty i okaleczony posążek Jezusa. Po drodze mijamy bary, kościoły, więzienia, przyczepy kempingowe, zaś w nich tak samo pokiereszowanych jak wystający z bagażnika Syn Boży rozbitków, którzy mówią, mówią i mówią. A muzyka w tle gra, gra i gra.

Wszystko tam jest niesamowicie faulknerowskie. Aż iskrzy napiętymi jak struny emocjami, które można odnaleźć na kartach jego powieści. Muszę się tutaj przyznać, że choć wiele z nich czytałem i nawet mi się podobały, zawsze podejrzewałem, że są zdrowo… przegięte. Film z White’em udowodnił mi, że się pomyliłem. Owszem, tacy ludzie naprawdę istnieją. Stanisław Lem, zapytany kiedyś o Faulknera, odparł, że do wykreowanego przez niego świata skierowałby służby sanitarne i opiekę społeczną. Jednak lepiej postawić kamerę.

„Odgłosy robaków – zapiski mumii” z 2009 roku to z kolei rzecz, po której długo nie można się otrząsnąć. Zaczyna się od tego, że myśliwy w pewnym dzikim górskim zakątku, którego nazwy w tej chwili nie pomnę, natyka się na zmumifikowane ciało około czterdziestoletniego mężczyzny. Przy zmarłym znaleziono jego dziennik, na podstawie którego twórcy dokonują rekonstrukcji ostatnich dwóch miesięcy życia właściciela.

Dowiadujemy się między innymi, że góry, w których zmarł, odwiedził już kiedyś jako student i bezmiernie zafascynowany ich majestatycznym pięknem pomyślał, że to idealne miejsce na śmierć. Gdy wrócił tam znowu kilkanaście lat później, w plecaku miał – jak odnotował – wszystko, co jest potrzebne do popełnienia samobójstwa. Wybrał sobie ustronne miejsce, w którym zbudował prowizoryczny szałas, by dosłownie zagłodzić się w nim na śmierć. Wziął ze sobą jedynie kilka książek, trochę lekarstw, świece i radio. Cały dziennik to zapis jego drastycznego odchodzenia.

Nie dowiadujemy się niczego o jego motywach. Obserwujemy jedynie stopniową fizyczną degradację połączoną z otwieraniem się coraz bardziej wycieńczonego umysłu na swoiście pojętą, jakby zabarwioną gnostycyzmem duchowość. Śledzimy, jak ów człowiek dosłownie stapia się z naturą, wyzbywając się wszystkiego, co o nim stanowiło. Nie jest to przyjemne, nie godzimy się na to, ale jednocześnie coś wstrzymuje nas od oceny. Przynajmniej dopóki trwa ten dziwny seans, balansujący na granicy przyzwoitości i duchowej perwersji.

I na koniec dwie pozycje książkowe. Obydwie polecam w ciemno, gdyż dopiero zamierzam się z nimi zapoznać. Pierwsza z nich to „Trupia farma” Billa Bassa i Jona Jeffersona. Jest to reportaż o słynnym – też dzięki kilku filmom dokumentalnym, pokazywanym na kanałach popularnonaukowych – laboratorium sądowym, ukrytym głęboko w lasach Tennessee, które zrewolucjonizowało współczesną kryminalistykę. Bada się tam zachowanie ludzkich zwłok wystawionych na działanie różnych warunków atmosferycznych. Podobno prowadzone tam obserwacje pomogły rozwiązać już wiele spraw morderstw, w których kluczowym dowodem były na przykład owady lub sposób rozkładu.

Ostatni tytuł jest niejako po kądzieli. Jest nim „Mindhunter” Douglasa Johna, intensywnie u nas promowany jako inspiracja do serialu Netflixa. Autor to jeden z profilerów FBI, których pracę w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych spopularyzowały powieści Thomasa Harrisa i ich ekranizacje – zwłaszcza „Milczenie owiec”. Książka ma rzekomo opowiadać o prawdziwych kulisach polowań na seryjnych morderców. Zresztą, jak wynika z opisów, John posłużył Harrisowi jako pierwowzór fikcyjnego szefa sekcji behawioralnej w Quantico, Jacka Crawforda.

Wygląda więc na to, że czeka mnie obfita jesień. O kilku z wymienionych tytułów zapewne napiszę dłużej. Każdy z nich bez wątpienia jest tego wart.

Polecam również