Publicystyka

Doktrynerstwo, czyli ślepy zaułek intelektualizmu

Malcolm X przypłacił życiem zrzucenie z oczu ideologicznych klapek. Tuż przed śmiercią z rąk dawnych towarzyszy z sekty Naród Islamu miał gorzko wyznać swemu biografowi: „Nie pozwolili mi zmienić poglądów”. Oczywiście w żadnej mierze nie śmiem się porównywać do Malcolma X, niemniej jego postać przyszła mi ostatnio na myśl w kontekście kilku spraw, co do których czuję się mniej lub więcej uprawniony zająć stanowisko. Kreślenie paralel między fanatykami wyznającymi supremacyjne idee Wallace’a Muhammada oraz ludźmi subtelnego intelektu na pierwszy rzut oka nawet mnie wydaje się niebezpiecznie obrazoburcze, niemniej te analogie są. Jedni i drudzy mogą cię unicestwić – fizycznie lub cywilnie.

Nie tak dawno popełniłem wykroczenie z punktu widzenia czystości doktryny niewybaczalne. Wkleiłem u siebie na Facebooku link do artykułu o programie w TVN 24, w którym Michnik mówił o zabójstwie Borysa Niemcowa i swoich przypuszczeniach odnośnie pułapki, w jakiej znalazł się Putin, eskalując konflikt na Ukrainie. I mówił, według mnie, naprawdę sensownie. Tak, zgadzam się, że Putin nie za bardzo może się teraz cofnąć, bo straci twarz (a może i coś więcej), zaś porzucenie strategii wojny hybrydowej na rzecz zbrojnej konfrontacji o trudnych do wyobrażenia skutkach to krok w przepaść, przed którego wykonaniem będzie się musiał ze dwa razy zastanowić. Uważam tę analizę szefa GW za zdroworozsądkową i realistyczną. I nie mam absolutnie problemu, żeby przyznać to przed dowolnym gremium. Co też uczyniłem na FB.

Skutki? Nie były katastrofalne. Nikt nie podłożył mi bomby pod drzwi, opon w samochodzie, którego nie posiadam, nie przeciął. Skończyło się na uszczupleniu grona znajomych o jeden – kiedy publikowałem treści „oszołomskie”, exodusy były bardziej masowe, a komentatorskie osaczenia zajadlejsze, a pomimo to przeżyłem – i kilku prywatnych wiadomościach w tonacji: Czyś ty się z chujem na rozumy pozamieniał? Michnikowi teraz będziesz basował? Ty? Taki przeciwnik Czerskiej? Już to przy różnych okazjach przerabiałem. Uodporniłem się. Mogę co najwyżej ziewnąć.

W jednej z finałowych scen filmu „Porwanie Michela Houellebecqa” jest znakomity dialog, w którym pisarz wyjaśnia Lucowi, odwożącemu go do Paryża po zapłaceniu okupu, czemu jest przeciwny Unii Europejskiej. Wskazuje mianowicie, że autentyczną demokrację zastąpiono w Europie rządami ekspertów. Szczęka skonfundowanego Luca opada jeszcze niżej, gdy Michel uświadamia go, że Szwecja – kraj powszechnie utożsamiany z najpełniejszym wcieleniem w praktyce idei tolerancji, równości i wolności – to, de facto, potworna dyktatura ograniczająca swobodę myślenia. Kto temu winien? Oczywiście – tu moja glosa do wywodu Houellebecqa – intelektualiści. Jak przewrotne i, pomimo pozorów słabości, niebezpieczne są te stworzenia, przestrzegał ponad 60 lat temu Friedrich von Hayek.

W głośnym eseju „Intelektualiści a socjalizm” nazwał ich „zawodowymi sprzedawcami idei” i konstatował: „Najbardziej chyba charakterystyczną cechą intelektualisty jest to, że osądza on nowe idee nie według ich konkretnych zalet, lecz według ich zgodności z jego ogólnymi koncepcjami, jego obrazem świata, jaki uważa za nowoczesny czy postępowy.” Co ciekawe, nie musi przy tym nawet być szczególnie inteligentny i posiadać specjalnej wiedzy o niczym, by nader chętnie drapować się w pióra „autorytetu moralnego”.

W latach pięćdziesiątych – że jeszcze pociągniemy tę litanię nawiązań – Antoni Marianowicz napisał satyryczny wierszyk pt. „W kwestii buldoga”. Szło tam w skrócie o to, że polityk chce wmówić ludziom, że buldog to ryba. A oni mu wierzą, bo od tego zależy ich kariera. A nawet jak nie wierzą, to wolą siedzieć cicho. I tu uwidacznia się zasadnicza różnica między tym, kto stara się kierować realistycznymi kryteriami oceny rzeczywistości, a zdiagnozowanym przez Hayeka doktrynerem, i źródło niepokoju tego ostatniego. Realista z marszu powie, że buldog to pies, a hayekowski intelektualista się zawaha i zacznie szukać argumentów, czy nie dałoby się przypadkiem podpiąć go pod rodzinę ryb. Zwłaszcza gdyby o jego rybiości zawyrokował autorytet.

W grę nie zawsze wchodzi tu prymitywnie rozumiana kariera, którą to postawę konformizmu żartobliwie piętnował Marianowicz. U wielu tzw. szeregowych inteligentów, których znakiem rozpoznawczym stała się sobotnia płachta GW, stawką jest właśnie spójny obraz świata, który sobie pieczołowicie posklejali z różnych pasujących koncepcji jak model samolotu. Usunąć z tej konstrukcji jakiś element i całość się sypie. A to budzi śmiertelny lęk i w rezultacie odruch uderzenia w tych, którzy ośmielili się im tę błogą homeostazę zakłócić.

Najróżniejszych akolitów zgody i bezpieczeństwa, biegnących już do lodówki po szampana z pobliskiego Tesco, muszę więc niestety rozczarować. To, iż w tej konkretnej sprawie uznałem rację Michnika, nie rokuje najmniejszych szans, że od teraz sobota będzie dla mnie straconym dniem, jeśli nie uświęcę jej lekturą „Wyborczej”. Bo nawet owo wsparcie jej naczelnego było obwarowane mnóstwem warunków. W uśmiechnięty nawiasik już na „dzień dobry” musiałem wziąć jego odwieczne jeremiady o nacjonalizmie i faszyzmie. Jestem w stanie dopuścić, że w kraju takim jak Rosja – od wieków i niezależnie od zapatrywań aktualnych lokatorów Kremla karmionym jakimś wariantem wielkoruskiej pseudoreligii – może to służyć jako zew bojowy. I coraz bardziej służy. Z drugiej strony przecież wiem, że Michnik plótłby dokładnie te same androny w celu zdyskredytowania absolutnie każdego, kto źle mu pachnie.

Chwalebne, że od kilku miesięcy wolno u nas krytykować Rosję. Odkąd dyżurne autorytety z Czerskiej, Wiertniczej i kilku innych ulic, których teraz nie chce mi się guglować, wydały do tego stosowne certyfikaty, powietrze zrobiło się jakby odrobinę czystsze, a kilku inteligentów zaczęło gadać bardziej po ludzku. Biedny buldog znów na kilka chwil może się poczuć psem. Cóż jednak, skoro skrzela i łuski odjęto mu tymczasowo i zawsze czekają w pogotowiu, bo a nuż zmienią się wytyczne.

Kiedy w 2008 roku Lech Kaczyński wygłaszał w Tbilisi pamiętne przemówienie o apetytach Rosji, reakcją był gremialny rechot. Gdyby powiedział, że Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca, byłoby dokładnie tak samo. No bo to Kaczyński. Niedługo po masakrze na Majdanie jeden z naszych tzw. salonowych koryfeuszy opinii udzielił jednemu z tabloidów wywiadu, w którym rozbrajająco szczerze stwierdził, iż przyznanie Kaczyńskiemu racji z trudem przeciska mu się przez gardło. Nie dziwię się. Identycznie wciąż ze Smoleńskiem. Co prawda wolno już domniemywać, że katastrofa malezyjskiego boeinga 777 mogła być skutkiem zestrzelenia go przez rosyjski pocisk, jednak za snucie podobnych hipotez w stosunku do prezydenckiego Tu 154 grozi wykluczenie z grona ludzi rozsądnych, a nawet medialny lincz.

Przed dopuszczeniem ewentualności, że najzwyczajniej w świecie zaszlachtowano nam głowę państwa i jeszcze trochę tuczu na przystawkę, naszych priwiślańskich Europejczyków wanna be nie powstrzymuje przecież nierealność takiego rozwiązania. Zarówno w przypadku zabicia Niemcowa, jak i – wciąż domniemywanego – odstrzelenia Malaysia Airlines 17, będą gotowi rzucić cień – byle nie za duży – podejrzenia na Rosję. Tu jakoś dostali glejt od autorytetów. A więc czemu Smoleńsk nie może liczyć na analogiczny luksus? Bo to równałoby się akcesowi do obozu rycerzy mgły. Proste jak drut.

Malcolm X nigdy nie porzucił ścieżki przekonania, że szacunek należy się przedstawicielom wszystkich ras. Zdolność do transgresji – prawdziwa, a nie ta, o której bajdurzą genderyści – pozwoliła mu jednak dostrzec, że metodą do osiągnięcia tego celu na pewno nie jest terror ani fanatyzm. Obwoźni komiwojażerzy tych czy innych „jedynie słusznych” idei, odmieniający z dewocyjną czcią takie lub siakie izmy, są tylko o tyle mniej niebezpieczni od Muhammada, o ile nie są w stanie cię biologicznie wyeliminować. Bo z tym, że mogą publicznie zrobić kogoś wariatem, oszołomem i nienawistnikiem, można sobie poradzić. Problem wszelako w tym, że na ołtarzach ich prometejskich zakusów pierwsza pod nuż zawsze idzie rzeczywistość.

Jako istoty z natury ułomne, żyjemy w epistemologicznym i aksjologicznym migotaniu. Gdy wyznajemy komuś miłość, na ogół wierzymy we własne słowa. Kiedy jakiś czas później tego kogoś porzucamy, również żywimy głębokie przeświadczenie, że postępujemy słusznie. Lecz nie pozwólmy sobie nikomu wmówić, że w tej magmie nie ma żadnych gęstości ani zgrubień. Można w imię postępu zamontować w rowerze kwadratowe koła, ale to nie znaczy, że gdzieś nim pojedziemy. Cokolwiek wybierzesz, prędzej czy później trzeba powiedzieć: sprawdzam.

Polecam również

  • Aga Z

    Służby skręciły zabicie Niemcowa bez wiedzy Putina, żeby mu się przypodobać? Sorry, jakoś nie bardzo mi się chce w to wierzyć. Nie wierzę, żeby Michnik był aż tak naiwny. On lubi się przedstawiać jako antyputinowski rusofil. Ciekawe zestawienie, ciekawie sprzeczne 🙂 Jeśli ktoś pusługuje się taką logiką to się nie ma co dziwić, że wygaduje takie bzdury.

    • Marcin Królik

      To była tylko jedna z rozważanych przez Michnika koncepcji. Nie tak znów nieprawdopodobna. Co nie zmienia faktu, że niezależnie od tego, czy Putin o wszystkim wiedział, czy był to „prezent” od gorliwych poddanych, on ponosi polityczną odpowiedzialność za tę śmierć.

  • Paweł

    Zestrzelenie tego samolotu nad Ukrainą chyba nie jest domniemane. Raczej wiadomo, że to rakieta.

    • Marcin Królik

      A, to przepraszam. Rzeczą ludzką się mylić. No ale to holenderskie śledztwo chyba koniec końców jakoś tak się zahibernowało. Były przecieki z rozmów „separatystów”, a premier Holandii prężył muskuły, tyle że wszystko ucichło. Może przestało służyć „mądrości etapu”. Któż to może wiedzieć 🙂