Dla kogo Zajdel

Nie lubię fantastyki. To znaczy… nie tak, wróć! Czytuję pojedynczych autorów z tego nurtu i nie wykluczam, że być może sam kiedyś po ów sztafaż sięgnę. Jak ogólnie wiadomo, stwarza on niemałe pole do snucia alegorii. Chodzi mi o to, że nie lubię, a tak naprawdę po prostu nie rozumiem całej kultury, jaka się wokół fantastyki wytworzyła, całego tego zjawiska fandomu, geekowstwa, nerdowstwa czy jak tam jeszcze je zwać. Kojarzy mi się to z samą kwintesencją eskapizmu; taką, jak ją zdefiniował Olaf Stapledon, czyli jako odwracania uwagi od palących problemów moralnych i pewnych nieprzyjemnych, lecz ważnych aspektów rzeczywistości.

Nie twierdzę, że wydawane współcześnie książki fantastyczne nie poruszają tych problemów. Jednak nawet nie będąc wtajemniczonym i obserwując choćby rozliczne aktywności w sieci, trudno nie zauważyć, że nie ich w pierwszym rzędzie szukają odbiorcy. Fantastyka dzisiaj to właśnie czysty eskapizm, zabawa, coś, co ma nam zapewnić chwilę odlotu. Nie jest też chyba specjalną tajemnicą, że stosunkowo łatwo – w każdym razie na tle ogólnej sytuacji na rynku wydawniczym – jest się na niej wybić początkującemu pisarzowi. Na start dostaje to, o czym niefantasta, a zwłaszcza niefantasta ambitny, może co najwyżej pomarzyć: nieduże, lecz dość pewne grono odbiorców (fandom) oraz zbyt pozwalający uwierzyć, że z klepania w klawisze może i nie wyżyje, ale przynajmniej podbuduje sobie ego.

Gdy fantastykę tworzył Janusz Zajdel, sytuacja była krańcowo odmienna. Niewykluczone, że aż za bardzo, co, nawiasem mówiąc, odbija się w jego tekstach – przynajmniej tych, z którymi miałem okazję się zapoznać. A skoro jego nazwisko patronuje dziś najszerzej rozpoznawalnej nagrodzie za osiągnięcia w literaturze fantastycznej, to w świetle zasygnalizowanych powyżej zastrzeżeń warto zadać sobie pytanie o kompatybilność stojących za nim idei z promowanymi przez nie treściami. Warto też zastanowić się, na ile twórcy, którzy sami od tych idei odeszli, a mimo to grzeją się w zajdlowym nimbie, mają prawo decydować, komu wolno się ubiegać o ów prestiżowy laur.

Oto grupa znaczących dla środowiska autorów oburza się, że na równi z nimi mają do niego pretendować grafomani, którzy za publikacje swoich książek musieli zapłacić. Czyli znowu na tapecie vanity press. Żeby było jasne – nie pochwalam tego zjawiska, w takiej formie, w jakiej występuje ono obecnie, uważam je za patologiczne. Dałem temu zresztą wyraz w tekście o tym, jak nie zostałem poetą. Niemniej aferę z vanitowcami na tzw. liście pomocniczej postrzegam trochę w kategoriach przyganiania przez kocioł garnkowi. No bo, kurcze, przepraszam bardzo: jaka jest tak naprawdę różnica między Rafałem Dębskim, Robertem J. Szmidtem czy Andrzejem Pilipiukiem, a jakimś tam Iksińskim, który dał zarobić hochsztaplerom w rodzaju Novae Res, Psychoskoku bądź WFW? Jakościowa – powiecie. No tak, tyle że w sensie fundamentalnym nie różni ich właściwie nic.

I jedni, i drudzy, odpalają edytor z mniej więcej podobnych powodów – powodów, jak sądzę, raczej dalekich od tych, dla których Zajdel wkręcał kartkę w maszynę. Po prostu jedni umieją to robić na tyle sprawniej, by wydawca, który przecież nie jest dobrą ciocią z Ameryki, chciał zaryzykować dla nich swoje pieniądze. A może też i po prostu mieli ciut więcej szczęścia lub lepiej wiedzieli, z kim trzeba wypić piwo. Bo dlaczego nie? Dlaczego udawać, że towarzyskie układy nie odgrywają żadnej roli w wędrówce na księgarskie pułki, kiedy wszyscy wiemy, że jest inaczej?

Zresztą nieważne. Nie zamierzam tu gloryfikować vanitowców, robić z nich romantycznych męczenników, którzy olewają system. Są dokładnie takimi samymi próżnymi konformistami jak ci, którym zazdroszczą. Tak samo chcą opchnąć ludziom swoje produkty i uszczknąć dla siebie okruch coraz bardziej kurczącego się książkowego tortu. Ich problem polega jedynie na tym, że język polski myli im się z cepem. No bo w kwestii prawidłowego wstawiania znaków interpunkcyjnych to już pewien słynny pisarz – nomen omen również z fantastycznego getta – uświadamiał adeptów rzemiosła na warsztatach, że od takich bzdur są redaktorzy.

Jeśli uważnie przypatrzeć się zarówno sektorowi vanity, jak i selfu, od razu rzuca się w oczy, iż w gruncie rzeczy są one wykoślawionymi bliźniakami głównego nurtu. Tak samo króluje w nich produkcja gatunkowa, przynajmniej w zamierzeniu komercyjna, stricte rozrywkowa. To niestety mówi całkiem sporo o stopniu spauperyzowania naszej kultury. Ściągamy się w dół, zamiast się wzajemnie uwznioślać. Kiedy kilka lat temu zacząłem się interesować selfpubem, wierzyłem naiwnie, że będzie on się mógł stać przestrzenią wolności, tymczasem jeśli czymś w ogóle się stał, to głównie śmietnikiem, do którego trafiają odstrzelone przez wydawnictwa odrzuty.

Smrodek wokół współfinansowania musi już nieźle fermentować, bo niedawno artykuł o nim ukazał się w „Polityce”. Jakkolwiek jednak wypada mi zgodzić się z większością zawartych w nim obserwacji, to zdania w rodzaju „Przecież Krajewski, Miłoszewski, Szostak, Dukaj czy Witkowski musieli gdzieś debiutować”, dobitnie pokazują, że źródła problemu należy szukać gdzie indziej. Rozrost samopublikowania jest tylko symptomem, ciemną stroną tego samego medalu. I pomijam już tak subtelne kwestie, że Dukaj zadebiutował w czasach dla fantastyki heroicznych, gdy chodziło jeszcze o przysłowiowe „coś więcej”, a Witkowski w niszowych oficynkach, zaś akces do masowej popularności zapewniło mu dopiero przejście na kryminał.

Tak naprawdę, gdy stukam te słowa, buzuje we mnie coraz silniejsza wściekłość. Do ciężkiej cholery, może trudno wam w to uwierzyć, lecz nie wszyscy w tym kraju chcą zostać drugim Miłoszewskim, Krajewskim czy Sapkowskim! Nie wszyscy chcą tłuc fantastykę i kryminały tylko po to, by już w przedbiegach nie stać u wydawcy na przegranej pozycji. I wy mówicie o psuciu rynku? Serio?

Polecam również