Kultura

Czytanie jako fetysz

Przystępując do tego tekstu czuję się cokolwiek dwuznacznie. No bo skoro piszę, powinno mi zależeć, aby ludzie czytali. Leży to w moim własnym dobrze pojętym interesie. I jako pisarza, z wiadomych względów, ale i po prostu jako humanisty, któremu nie jest obojętny los kultury. Bo może i rzeczywiście jeden obraz jest wart tysiąc słów – zwłaszcza w dzisiejszym świecie,  pełnym ikon, emotikonów i chwytliwych zdjęć – ale bez języka nie będziemy wiedzieć, co się na tym obrazie znajduje. Słowo to pas transmisyjny myśli i dopóki istnieć będzie cywilizacja, dopóty ono nie zaniknie. A może na odwrót? Mniejsza z tym.

Tak czy siak, powinienem więc niejako z automatu, niejako odruchowo wspierać każdą akcję mającą na celu popularyzowanie czytelnictwa. Powinienem też rytualnie wyrazić najświętsze zaniepokojenie, kiedy to kolejny rok z rzędu badania wykazują, że leci ono na łeb. Nawiasem mówiąc, przed kilku laty Huffington Post lamentował, że aż 28 procent (!) Amerykanów nie przeczytało w minionym roku ani jednej książki. Nie sprawdzałem, jak rzecz przedstawia się teraz. A zatem owszem, tak, powinienem. Tylko że coraz silniej narasta we mnie poczucie, że czytanie ulega fetyszyzacji. Nawet nie książka jako przedmiot, ale po prostu sam akt czytania. Pisania chyba zresztą poniekąd też, choć to wszystko oczywiście się wiąże.

Jeżeli grafika z książką, to koniecznie z kubkiem kawy lub herbaty. Żeby na zmysły działało, estetyczne skojarzenia budziło. Jak Salinger, to już furda, co tam napisał – ważne, by na fejsa wrzucić jego zdjęcie, jak siedzi topless na walizce przed maszyną do pisania. I że akurat on – ten, który swoją prywatność chronił wręcz obsesyjnie i jak mało kto sprzeciwiał się mityzacji aktu twórczego i w ogóle życia artysty. Aż po ten najradykalniejszy krok, który, jak na ironię, odbił mu się legendotwórczą czkawką. Bo Pynchon to już jednak inna para butów.

Coraz bardziej brawurowe są także pomysły na promowanie książek. Niezawodny Booklips podał ostatnio informację, że najnowsza powieść pewnego hiszpańskiego autora będzie cała do przeczytania w różnych punktach Warszawy. Idziesz sobie na spacer, a przy okazji, a to na przystanku, a to na chodniku, obcujesz z literaturą. Genialna strategia marketingowa. I mówię to bez cienia złośliwości. Zresztą do niekonwencjonalnych kampanii reklamowych – znanych raczej ze świata filmu niż literatury – należy się zacząć powoli przyzwyczajać. Może nie jest ich aż tak wiele, bo raz, że mogą sobie na nie pozwolić jedynie duzi wydawcy, a dwa – nawet oni rezerwują je tylko dla co znaczniejszych nazwisk (przykładem choćby Prószyński i burze fajerwerków przy premierach kolejnych Kingów), ale niewątpliwie jest to pewien stały trend.

Oczywiście wiadomo, że książkę sprzedać trzeba. Wydać to dziś żaden problem. Nawet jeżeli wydawnictwa nie wezmą, wystarczy kilka tysięcy i dobra drukarnia, a w wersji budżetowej – umiejętność składania e-booków. Schody zaczynają się w momencie, gdy chcemy kogoś tym, co stworzyliśmy, zainteresować. W obliczu faktu, że ludzkość obecnie w minutę produkuje więcej treści niż niegdyś absorbowaliśmy przez całe życie, zasada „wyróżnij się albo zgiń” wysuwa się na czoło. Zwłaszcza zaś w tak zmarginalizowanej przez mnogość innych mediów dziedzinie.

Podobnie – mam wrażenie – rzecz ma się z propagowaniem czytelnictwa jako takiego. Już nie chodzi nawet o słynną inicjatywę „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka” ani o najrozmaitsze,  mniej lub bardziej trafione, happeningi. Nieprzypadkowo wspomniałem wyżej o „rytualnym” zaniepokojeniu stanem czytelnictwa w Polsce. Bo rzeczywiście ulega ono rytualizacji, a przez to banalizuje się. Coraz bardziej żenujący jest na przykład poziom artykułów tłumaczących, dlaczego warto czytać. Jeszcze trochę, a dowiemy się, że od nieczytania rośnie błona między palcami, z kolei czytanie zapobiega rozdwajaniu się końcówek włosów i pozytywnie wpływa na potencję. Jest to po prostu zwyczajnie przykre. Tym bardziej że mamy tutaj do czynienia z klasycznym przekonywaniem przekonanych.

No bo jeśli ktoś istotnie nie czyta, mało prawdopodobne, by ów przekaz do niego trafił. Poza tym im natarczywsze są kampanie, tym bardziej przeciwskuteczne mogą się okazać. Ja lubię czytać. Wyniosłem to z domu. Czytanie było dla mnie czymś tak naturalnym jak oddychanie. Umiem sobie mimo to wyobrazić kogoś nieczytającego, kto słysząc na okrągło, jaki to wstyd, jak rujnuje PKB oraz demokrację, i jakim to jest ogólnie nieatrakcyjnym erotycznie lamerem, w końcu kładzie na to lagę. W dłuższej perspektywie to zawsze tak działa. Przecież znamy ten mechanizm ze szkoły. Powszechna – osobne zagadnienie, czy w każdym wypadku prawdziwa – jest wszak opinia, że nic tak nie uprzedza do książek jak słynne „co autor miał na myśli”.

Z powodów, które wyszczególniłem w otwierającym niniejszy elaborat ustępie, może i nie do końca zgodziłbym się z Łukaszem Migurą, iż czytanie jest tak samo niezobowiązującą, czysto opcjonalną rozrywką jak rower czy telewizja. Ale temu, że powinno być przyjemnością, a nie wymuszonym przez jakiś kulturowy dogmat obowiązkiem, zawsze jestem gotów przyklasnąć. Oczywiście różnie możemy tę przyjemność definiować. Dla jednego to śledzenie kryminalnej intrygi, dla innego – przedzieranie się przez gąszcz filozoficznych rozważań. Jednak u źródeł zazwyczaj tkwi pewna rozkosz. Rozkosz, której jesteśmy pozbawiani, kiedy lekturę się na nas egzekwuje.

Tomasz Molga w swoim artykule na INNPoland posuwa się wręcz do formułowania czegoś w rodzaju teorii spiskowej sugerującej między wierszami, jakoby nakręcanie spirali wokół stanu czytelnictwa miało w istocie służyć kilku obrotniejszym działaczom do wyciągania kasy. Nie chcę tu roztrząsać, czy to prawda, choć niewątpliwie temat „uwłaszczania się” na kulturze za państwowe godzien jest dogłębniejszej analizy. Owóż, jeśli już koniecznie musimy się czepić tych nieszczęsnych statystyk, to fakt, iż od 1992 roku (wtedy zaczęto robić badania) sinusoida bezustannie pikuje w dół, świadczyłby raczej przeciwko działaniom pro czytelniczym, niż na ich korzyść.

Z drugiej strony niewykluczone, że bez nich byłoby jeszcze tragiczniej. Można na to spojrzeć i tak. Można też, a nawet wypadałoby, zarzucić Moldze zbyt daleko idące uproszczenie, gdyż wykresy sprzedaży Allegro i Empiku to jednak trochę za mało, aby powiedzieć coś o jakości. Co pośrednio dokładałoby kolejną cegiełkę do mojej wyjściowej tezy. Nie obchodzi nas tak naprawdę, co i jak czytamy, byle czytać. Gdzieś po drodze niepostrzeżenie treść zaczęła nam się mylić z formą, a otwarcie się na literaturę – ze zwykłym snobizmem. Jest religia, lecz brak Boga. Wciska się nam modę na czytanie – i to z natręctwem rzeczywiście mogącym nasuwać podejrzenia, że ktoś próbuje na tym coś ugrać – lecz równocześnie uczy się nas lekturowego wygodnictwa i pustego estetyzmu.

Powiem herezję: naprawdę nie każdy musi czytać. A jeśli zwieńczeniem lekturowych doznań ma być kubek z herbatą, to może naprawdę lepiej włączyć sobie jakiś dobry serial. Ich twórcy przynajmniej nie udają, że chcą nam sprzedać coś innego, niż faktycznie chcą. A że przez to jeden czy dwóch pisarzy nie wyjedzie na półroczne wakacje do Berlina? No i co z tego? Czy wszechświat się przez to zawali? Może prawdziwa przygoda z literaturą zaczyna się dopiero tam, gdzie kończą się roszczenia. Tylko kto – i siebie bynajmniej nie wyłączam – ma odwagę przekroczyć ten próg i dać nura w toń?


Fot. Ina M./Facebook

Polecam również

  • Pingback: Książkowa bańka spekulacyjna z dziewczyną w tytule | Marcin Królik()

  • Ludzkość niedawno przeskoczyła takie „kolanko” na krzywej wzrostu; za gówniarza, pamiętam, rodziło się na świecie mniej więcej tyle samo ludzi, co umierało (czyli mniej więcej jedna osoba na dwie sekundy). Teraz mamy pi x oko 4 narodziny na sekundę, a na każdego trupa przypada średnio prawie dwa i pół noworodka (tak swoją drogą „pół noworodka” brzmi dość makabrycznie). A skoro jest nas takie mrowie, to też i coraz więcej ludzi pisze (lub próbuje pisać), a więc pojawia się o wiele więcej książek, z których ciężko wybrać coś sensownego. Proporcje są bardzo niekorzystne: powódź chłamu z nielicznymi perełkami dobrej literatury. I nic lepiej nie będzie, tendencja się utrzyma. Zresztą to nic nowego, pisał o tym staruszek Lem już w połowie zeszłego wieku.

    No i w tym wszystkim pojawia się nagle Internet, z nieprzebranymi zasobami i możliwościami pozyskiwania książek za darmochę. Nawet tych, za które kiedyś trzeba było płacić! Wchodzi człowiek na takiego chujomika (pardon, ale inaczej nie umiem) a tam wszystko do ściągnięcia, jak leci.

    Znajomy pisarz przejechał się na tym dość solidnie. Dopóki wydawał wyłącznie na papierze, miał z tego jakąś tam kasę. Może nie wystarczyłoby na utrzymanie rodziny, ale zawsze to parę groszy do pensji było. A potem wydał to samo w wersji elektronicznej, parę kopii trafiło na chujomika – i po rybach. E-book sprzedał się w mniej niż dziesięciu egzemplarzach, potem już tylko nieustające batalie z administracją chujomika, która niby stawała frontem do klienta, ale to jest jak walka z hydrą.

    Dlatego też pisanie książek jako jedyny sposób zarobkowania w dzisiejszych czasach jest niemożliwe. Z wyjątkiem oczywiście tych nielicznych, którym się udało. A co za tym idzie pisarz musi mieć jakiś tam pełny etat (niekoniecznie związany z pisarstwem), żeby mieć co włożyć do garnka, a pisze po godzinach, zarywa nocki i weekendy. Żadna frajda.