Czytając jubileuszowy numer „Polityki”

Zacznę może od tego, że jest to bardzo ładne, bardzo estetyczne wydanie. Złoty front i wielka liczba 60 zachęcają do sięgnięcia. Do podtytułu „60 lat złudzeń, wiary i uporu” też właściwie nie sposób się przyczepić. Podobnie jak do przewodniego, przewijającego się przez większość tekstów – zarówno wspomnieniowych, jak bieżących – hasła numeru: „Od PRL do PRL-PiS”. Gdy brnę przez kolejne strony, narasta we mnie towarzyszące mi chyba zawsze przy lekturze tego tygodnika wrażenie spójności, jakiejś takiej elementarnej szczerości, nie udawania, że się jest czymś innym, niż się faktycznie jest.

Trzy kluczowe, wytłuszczone na okładce pojęcia chyba rzeczywiście oddają istotę fenomenu „Polityki”. Ale też – tak sobie teraz myślę – w jakiś sposób definiują jej tragizm. Złudzenia najpierw co do komunizmu, a potem do stanowiącej jego przewrotne przedłużenie liberalnej demokracji. Wiara w każdy z tych systemów, mimo widocznych w nich oczywistych pęknięć i ciosów, które szczególnie komunizm ludziom związanym z tym środowiskiem  nie raz i nie dwa wymierzył. I wreszcie upór – kategoryczny, graniczący z fanatyzmem – by do upadłego przy nich trwać. Po części z przekonania o ich dziejowej słuszności, a po części ze strachu, że przyjdzie zła prawica. I to wszystko tam jest jak na dłoni.

Złośliwość? Bynajmniej. „Polityka” to również kawałek mojego życia. Przez dobrych parę lat regularnie ją czytywałem. Zacząłem wprawdzie dosyć późno, bo chyba gdzieś w okolicach dwa tysiące czwartego roku, i jeszcze przez jakiś czas trwałem przy niej po utracie resztek złudzeń co do innych mediów z tzw. „salonu”. Nawet gdy moje poglądy zaczęły ewoluować w odmiennym kierunku, uważałem „Politykę” za idealny przykład tego, jak komunikować różną od mojej wizję świata tak, bym mógł z nią obcować bez poczucia, że ktoś chce mnie zetrzeć z powierzchni ziemi.

Nawet nie zgadzając się, i to fundamentalnie, z Jackiem Żakowskim, wciąż ceniłem jego styl prowadzenia wywiadów i byłem zdania, że mogę się od niego w tym zakresie wiele nauczyć. Nie sposób było też nie uszanować konsekwencji Janiny Paradowskiej w jej obstawaniu przy swoim stanowisku czy nie docenić naprawdę wysokiego warsztatowo poziomu działu kultury. Podczas gdy inni stopniowo wyzbywali się hamulców – zwłaszcza po Smoleńsku, a później przed wyborami dwa tysiące jedenastego roku, kiedy to zasada „wszystkie ręce na pokład, bo Kaczor wróci” wypłukiwała z redaktorskich głów ostatki przyzwoitości – „Polityka” jednak trzymała standardy, pozwalając mi wierzyć, że pluralistyczny dyskurs jest możliwy. Myślę, że byli w tym szczerzy, i za to zawsze będę odczuwał do nich niekłamaną wdzięczność.

Możliwy oczywiście nie jest i być nie może. Nie może, gdyż wmontowany w demoliberalną doktrynę totalitarny potencjał zakłada go tylko w określonych przez nią ramach. Zasługą, ale i – jak sądzę – diabolicznością „Polityki” (zamierzoną lub nie, tej kwestii nie rozstrzygniemy) było to, że wielu takich jak ja, ideowo niesprecyzowanych, aksjologicznie migotliwych, stan ten uważało za normalny. Można by więc przewrotnie rzec, iż „Polityka” podarowała mi kilka dodatkowych miesięcy złudzeń. Za to też wypada jej podziękować.

Teraz to uczucie wciąż się we mnie tli, choć słabo. Wszyscy przekroczyliśmy pewne granice, zza których nie ma powrotu. Czas wymaga jasnego opowiedzenia się, nawet jeśli się tego nie chce. Ale „Polityka” jak najbardziej chce. I robi to w charakterystyczny dla siebie sposób – jednoznacznie, bez półcieni, uczciwie, za to z domieszką radykalizmu, którego niegdyś albo naprawdę było na jej szpaltach mniej, albo po prostu mój słuch nie był na niego wyczulony.  Stawiam na obydwa, co też poniekąd znajduje odzwierciedlenie w treści. Bo przecież wtedy pewne sprawy były oczywistością. Dziś już tak nie jest. Dziś to, co jeszcze dziesięć lat temu wydawało się marginalne, zaczyna kształtować główny nurt. Trudno więc nie bić na alarm.

Czytam tekst Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki o tym, że Kaczyński knuje, jakby tu podzielić Polaków, i nagle coś sobie uświadamiam. Dociera do mnie, kiedy zapaliły mi się pod czaszką pierwsze iskierki podejrzeń, że całe to prawienie o złej IV RP i nienawistnych prawicowcach może być jedną wielką lipą i zajadłą obroną status quo. Po prostu chyba nikt nie może być aż tak podły, zepsuty i do szpiku zły, jak w setkach tekstów, które te paręnaście lat temu wchłaniałem, przedstawiano Kaczyńskiego. Kaczyński to był jakiś demiurg, ciemna moc, jakiś stwór nieomalże nadludzki. Czytam i po prostu… śmiać mi się chce.

Wtedy należało traktować takie diagnozy jak prawdy objawione, jeśli chciało się należeć do elity. Nie wolno było ich kwestionować nawet przed samym sobą, nawet gdy jakiś uporczywy głosik podpowiadał ci, że ktoś tu najzwyczajniej w świecie chyba robi sobie jaja, że jakiś tutaj ostry bombast odchodzi. Taki był klimat. Tak, od tego się zaczęło. Od tych dwóch albo trzech zdań za dużo, za emfatycznie wyartykułowanych, co poskutkowało wzbudzeniem nieufności w czyste intencje ich autorów. Trochę jak w tej anegdotce, że ktoś tyle razy na próżno wołał „pożar!”, że gdy naprawdę zaczęło się jarać, już nikt mu nie uwierzył.

A przecież „Polityka” znów chce krzyczeć, że pożar. I to jaki! No bo już nie tylko ten straszny Kaczyński. Doszedł Orban, Trump, zaraz dołączy Le Penn. I czytam, dajmy na to, wywiad z profesorem Andrzejem Friszke o tym, że PiS chce ponownie zainstalować w Polsce PRL. I co? Ano to, że jakkolwiek niektóre jego tezy wydają mi się trafne – choćby analogia między odwoływaniem się przez komunistów do ludu i ustawicznym podkreślaniem przez premier Szydło, że chodzi jej o zwykłych Polaków lub suwerena – nie mogę wyzbyć się tego poczucia ściemy.

Zwłaszcza że nic się tu nie dodaje. Friszke mówi, że Kaczyński, choć deklaratywnie odrzuca PRL, w swej strategii jedzie na tęsknocie za nim. Tylko czyjej tęsknocie? Przecież do zmiany politycznego wektora w Polsce doprowadzili głównie ludzie, którzy tamtych czasów w ogóle nie pamiętają albo, tak jak ja, załapali się na sam ich schyłek. Zaś ci pamiętający widywani są dziś na marszach KOD. I takich kiksów naprawdę jest tam pełno. Jak więc mam uwierzyć w ten mityczny pożar?

W całościowym rozrachunku była to niestety bardzo smutna lektura. Smutna, bo z artykułu na artykuł coraz wyraźniej widziałem wyzierające spod liter pretensje, że my, ciemny zagubiony lud, ośmieliliśmy się przestać słuchać tych, którzy lepiej od nas wiedzą, co dla nas dobre. Na to wszystko pół fejsa ekscytowało się zatrzymaniem w Anglii Jacka Międlara, a w programie Wildsteina prof. Krasnodębski opowiadał, że w trzewiach unijnych instytucji już zupełnie na serio pojawiają się pomysły, że zagrożeniem dla demokracji mogą być… wybory. Jakoś mi się to wszystko łączyło w zaiste przykry węzeł.

Radykalizm? Populizm? Grożąca nam katastrofa? Właściwie mógłbym się nawet spróbować z tym zgodzić. Może nie jest to tak całkiem pozbawione sensu. Tylko dlaczego u tych ludzi nie widać nawet śladu refleksji, że mogą ponosić za to współodpowiedzialność? Czemu dominuje w nich wciąż ta buta właścicieli jedynie słusznej prawdy obrażonych na głupi plebs? Międlara mi szkoda. I bynajmniej nie mam tu na myśli zatrzymania. Tylko dlaczego Jerzy Baczyński, Andrzej Friszke czy Jacek Raciborski nie przyznają, że poniekąd sami go w ten radykalizm wepchnęli, odmawiając bliskim mu wartościom prawa do istnienia, nazywając je faszyzmem?

No wiem, wiem, próżne to utyskiwania. Tolerancja owszem, ale bez przesady. Gdyby się tak daleko posunęli w swej otwartości, zakwestionowaliby spójność własnego świata, powstałby w nim niebezpieczny wyłom. A przecież o to wszystko się tu rozbija: o zachowanie spójności. O tym tak naprawdę jest cały numer. Znamienne, że za synonim działań obywatelskich jego autorzy uważają czarne protesty, ale już nie zbieranie podpisów na rzecz ustawy zakazującej aborcji. I to wyczekiwanie, że przecież naród musi się obudzić, że bunt już kipi, że właściwy stan prędzej czy później musi, po prostu musi, zostać przywrócony.

W tym sensie jest to również opowieść o inflacji słów. O tym, że jeśli nawet język liberalnej demokracji ociera się o prawdziwe problemy, jeśli mniej lub bardziej celnie je werbalizuje, to w ostatecznym rozrachunku bynajmniej nie służy ich rozwiązaniu. Bo tak naprawdę jest tylko wrzaskiem rozkapryszonego dziecka, które uparło się, że chce samolocik, a mama nie chce mu go kupić. I to też poniekąd pokazuje prawdziwe niebezpieczeństwo. Bo kiedyś faktycznie może wybuchnąć pożar, ale my zlekceważymy bicie w dzwon. No bo przecież to znowu tylko ci odsadzeni od sterów histerycy robią awanturę.

Gdyby nie wykopany z przepastnych archiwów „Polityki” felieton Zygmunta Kałużyńskiego o afirmacji brudu, byłaby to, summa summarum, krańcowo depresyjna przygoda. A przecież jakiś sentyment do nich jednak mam wbrew obecnym podziałom. Kwilą jakieś nutki dawnej rzeczywistości i żalu, że wszyscy po trochu ją spieprzyliśmy. Może i nie jestem jak Passent, który dokądkolwiek wyruszał, umiał trafić tylko do „Polityki”, ale, kurde, czytało się. I były to fajne chwile. Ach… było, minęło.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również