Zapiski czytelnika

Czyja racja jest bardziej czyjsza

W bieżącym numerze „Do rzeczy” ukazał się zabawny artykulik. Nie w sensie, że śmieszny sam w sobie, kuriozalny lub coś w tym stylu. Zabawne – przynajmniej na pozór – były przykłady, jakie autor przytoczył, by zilustrować opisywany przez siebie temat. Chodzi mi mianowicie o tekst Jacka Przybylskiego pt. „Dwie Ameryki”. Mowa w nim jest o głębokim, fundamentalnym podziale, rozłamującym amerykańskie społeczeństwo na przeciwstawne obozy. „Wiem, że żyjesz we własnym świecie” – rozpoczyna Przybylski cytatem ze słów Hillary Clinton skierowanych do Donalda Trumpa podczas niedawnej debaty.

Clinton, jak rozumiem, chodziło nie tyle o to, że jej kontrkandydat ma zaburzony kontakt z rzeczywistością w sensie psychiatrycznym – choć o to pewnie trochę też – ile raczej o to, że należy do innego plemienia, kierującego się innymi wartościami, radykalnie odmiennie niż jej plemię postrzegającego polityczne, kulturowe i społeczne kwestie. Biorąc poprawkę na to, co się często słyszy o labilności poglądów Trumpa i tym, jak w gruncie rzeczy jest nie w smak partii, która dała mu nominację, jest to chyba stwierdzenie dość kontrowersyjne i pasowałoby bardziej na przykład do Bena Carsona, ale nie czepiajmy się – liczy się tu pokazanie, jak ostro rysują się granice barykad.

Dalej dowiadujemy się, że sympatie do Demokratów albo Republikanów są od pokoleń tak głęboko wrośnięte w świadomość poszczególnych ludzi, a nawet całych rodzin, iż wpływają na tak, wydawałoby się, apolityczne obszary życia jak zawód, rodzaj preferowanego humoru, kulinarny gust czy… woń. Jak bowiem dowodzi Przybylski, powołując się na opinię pewnego naukowca z Penn State University, przedstawiciele jednej lub drugiej opcji politycznej są w stanie „wywąchać się”, nawet jeśli używają dokładnie tych samych kosmetyków co oponenci.

Właściwie doskonale to znamy, nieprawdaż? Choć przykład z zapachem może rzeczywiście budzić rozbawienie, to oznaczanie posesji tabliczkami informującymi, na jaką partię głosują jej mieszkańcy, czy badanie przed wprowadzeniem się, która opcja dominuje w danej okolicy, nie powinno nikogo dziwić. Amerykańska antynomia jest legendarna. Stała się elementem tamtejszego folkloru. Przeniknęła również do kultury masowej. Ileż to widzieliśmy filmów, zwłaszcza komedii, w których konflikt wynika z pojawienia się w rodzinie synowej lub zięcia z „tamtej strony”. Zresztą, jak donosi Przybylski, mimo iż takie „mieszane” pary się zdarzają, to stanowią zaledwie 30 procent ogółu, zaś ich wspólne pożycie rzadko kiedy trwa długo i szczęśliwie.

Faktem – i to wynikającym ponoć z twardych danych, a nie jedynie z obserwacji – jest też to, iż owe nieraz naprawdę dramatyczne antagonizmy stale zaostrzają się od lat sześćdziesiątych. Dość powiedzieć, że kampania prezydencka roku 2012 była pierwszą, gdy umownie przyjęta przez obie partie kolorystyka – niebieski dla Demokratów i czerwony dla Republikanów – po raz pierwszy zaczęła być oficjalnie stosowana do oznaczania upodobań konkretnych stanów. Poza tym taki stopień radykalizacji i okopywania się skutkuje jeszcze jednym – graniczącym niekiedy z fanatyzmem zaangażowaniem, a co za tym idzie – coraz większym wpływem tych osób na amerykańską codzienność.

A ja tak sobie czytam ten artykuł i czytam i… Nie, nawet nie to, że doszukuję się analogii do Polski. Przybylski, nawiasem mówiąc, pociesza, że do tego, co dzieje się w USA, jeszcze nam daleko. Nakreślony przez niego mechanizm jest chyba w gruncie rzeczy uniwersalny – w każdym razie w społeczeństwach demokratycznych. Nie, mnie zajmuje coś zupełnie innego, a mianowicie czy „życie w innym świecie” stanowi ostateczny kres i czy naprawdę nie istnieją żadne transcendentne pryncypia, do których można się odwołać. Wiem, ciut mętnie to brzmi, ale postaram się uściślić.

Po prostu jakoś ciężko mi pogodzić się, że to, jaki kształt przyjmuje zbiorowość, zależy tylko od szeregu uwarunkowań determinujących decyzje czy upodobania zanurzonych w nich ludzi. Rozpatrywanie politycznych, a nawet aksjologicznych imponderabiliów od strony socjologii lub biologii – bo i takie rzekomo całkiem poważne próby są podejmowane – samo w sobie na pewno może fascynować. Na przykład na jednym z paneli tegorocznego Blog Forum Gdańsk prof. Jerzy Vetulani – jakby nie patrzeć neurobiolog – mówił, że z jakichś tam badań jakoby wynika, iż na posiadanie prawicowych lub lewicowych poglądów ogromny wpływ ma to, czy w dzieciństwie otaczaliśmy się szerokim gronem przyjaciół, czy też się izolowaliśmy.

Ja naprawdę jestem w stanie przyjąć, że takie czynniki mogą mieć znaczenie. Domyślam się, że Vetulaniemu chodziło o to, iż kontakt od najmłodszych lat z dużą ilością ludzi uwrażliwia społecznie, czyni bardziej tolerancyjnym, otwartym itp., a z kolei samotnictwo w większym stopniu kieruje umysł ku abstrakcyjnym ideom. Pojmuję też zależność między wyznawanym światopoglądem a zawodem – konserwatysta istotnie raczej zostanie księdzem, szeryfem albo biznesmenem, a liberał – tak, wiem, że z tym słowem jest semantyczny zgryz, i lewicowcy się obrażają, kiedy się im je przypina – artystą lub filozofem.

Nie mogę się natomiast pogodzić, że tak kluczowe kwestie jak prawo, obyczajowość, kultura czy wykładnia ludzkiej godności zależą od tego, kto dysponuje w danej chwili większą siłą rażenia. Słynne: „moja racja jest bardziej mojsza niż twojsza”. O ile dotyczy to tego, czy ktoś woli lody, czy szarlotkę, wszystko jest w porządku – siadamy przy stole i pięknie się różnimy – lecz gdy takie rozchwierutanie, od wyborów do wyborów, od demonstracji do demonstracji, zaczyna mieć realny wpływ na rzeczywistość, robi się niewesoło.

Oczywiście – istnieje coś takiego jak etyka, czyli świecki zamiennik moralności. Tyle że ona, właśnie przez to, że jest świecka, a więc nie oparta na metafizycznym fundamencie, też może być, zależnie od potrzeb tej czy innej grupy, renegocjowana. Czasem trwa to kilka miesięcy, znów kiedy indziej wiele lat, lecz jak uczy historia, w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do środków perswazji oraz stopnia determinacji, żeby „swojszy” sztandar zatknąć na gruzach przeciwnika. To jednak w dłuższej perspektywie dość słaby grunt pod budowę.

Wniosek? Pragnąc być tu konsekwentni, musimy – no po prostu, psiakrew, musimy! – dotrzeć do tak zwanych – aż mi się palce pocą – obiektywnych kryteriów. I już naprawdę pal to sześć, czy zakorzenionych w transcendencji rozumianej religijnie, skodyfikowanych przez uprzednie wobec kultury prawidła naturalne, czy w bólu i znoju wypracowanych przez wieki zmagania się z egzystencją. Tak czy owak, od jakiejś formy metafizyki nie uciekniemy. Będziemy się o nią zawsze potykać. Może zatem wszystkie nasze kłótnie i podziały w istocie sprowadzają się do mozolnego odsłaniania jej zasad.

Albo jest właśnie tak, albo… faktycznie żyjemy w różnych, mających ze sobą niewiele, lub zgoła nic, wspólnego światach i dla własnego dobra oraz bezpieczeństwa byłoby rozsądniej wznieść jak najwyższy mur, a na jego flankach ustawić strażników. Nie, to nie jest puenta ani aluzja do konkretnych spraw. Tak sobie luźno dywaguję. Przecież sam poruszam się we mgle niepewności.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również