Czy zawsze warto rozmawiać?

Tekst o takim tytule ogłosiłem już kiedyś na jednym ze starych blogów. Nieźle mi się wtedy w prywatnej rozmowie oberwało od kogoś, kto poczuł się bezpośrednio dotknięty użytym w nim porównaniem ludzi gotowych w dialogicznym zapale zrezygnować z własnych zasad do kobiet lekkiego prowadzenia się. Później nawet tej frywolności trochę żałowałem i w jakiejś mierze nadal żałuję, choć niestety czas pokazał, że w odniesieniu do środowiska, z którego ów ktoś się wywodził, miałem rację. Ale mniejsza z tym. Było, minęło. Nie chcę tu rozliczać starych spraw. Dlaczego więc do tematu powracam?

Ano dlatego, że od niedawna tak zwane zawodowe obowiązki zmuszają mnie do codziennej lektury portali informacyjno-publicystycznych w znacznie większych ilościach, niż zwykłem ostatnimi miesiącami czynić. I w związku z tym tytułowe pytanie znowu mocno mnie nurtuje. Ma ono poniekąd związek z tym, co w notce o 60-leciu „Polityki” napisałem o pluralizmie. A też, częściowo, na bardziej symbolicznym planie, z fragmentem ewangelii o kuszeniu Jezusa przez diabła na pustyni, które w minioną niedzielę odczytywano na mszach. Wbrew pozorom sięganie tak wysoko wcale nie jest w tym kontekście od czapy, jeżeli dobrze się w tę biblijną historię wgryźć.

Przecież dzieją się w niej rzeczy wprost niezwykłe. Jezus robi coś więcej niż tylko oparcie się pokusie. On nie dość, że gardzi ofertą złego, to jeszcze, by tak kolokwialnie rzec, spławia go. Nie wchodzi z nim w żadną polemikę ani teologiczny spór, nie argumentuje odmowy. Rzuca, jakby od niechcenia, garść cytatów będących odpowiedzią na cytaty, których zły użył przeciw niemu, i na tym kończy się wymiana zdań. Dziwny jakiś ten Jezus, prawda? Nietolerancyjny, utwardzony w swej ciasno pojętej tożsamości. Można by wręcz posunąć się do stwierdzenia, że głęboko pod maską nieugięcia ukrywa lęk, że gdyby wdał się z tamtym w dyskusję, ów by go – znów pozwolę sobie użyć kolokwializmu – zagiął, nadkruszył jego pewność.

Znacznie rozsądniej zachowali się bohaterowie poprzedniego czytania, czyli Adam i Ewa. Co prawda zapłacili za to cenę wygnania z Raju, lecz przynajmniej wykazali się otwartością. Coś stracili, jednak kto wie, czy nie zyskali czegoś innego, równie cennego – ot na przykład nowej perspektywy patrzenia na świat. W konfrontacji z nimi Jezus jawi się jako straszny, zakuty w swoim światopoglądzie fundamentalista. A co, jeżeli przez to stracił niepowtarzalną szansę na przekonanie oponenta?

Wróćmy do tu i teraz. Przeglądam sobie więc te różne portale, media społecznościowe, blogi, podczytuję komentarze, niekiedy sam też włączam się do wymiany opinii, jakoś tam się w tej przysłowiowej wojnie polsko-polskiej sytuuję. A kiedy to robię, walczy we mnie jakby kilka instynktów. Najsilniejszy jest oczywiście ten jezusowy, żeby się okopać, nie ustępować ani o krok. Ale ponieważ jestem tylko zwykłym człowiekiem, dopuszczam ewentualność, że mogę się przecież mylić. Poza tym każdy posiada prawo do własnych poglądów i nawet jeśli ich nie podzielam, tolerancja nakazywałaby szacunek. Zawsze mogę zignorować, nie śledzić, odciąć się. No tak, tylko czy to też nie byłby jakiś rodzaj nietolerancji?

Ale zaraz rodzi się kontra. Bo czy naprawdę w imię pluralizmu mam obowiązek uznawać to, co uważam za szkodliwe, złe albo po prostu głupie, za równorzędne wobec moich własnych przekonań? Nie po to je wypracowywałem, żeby teraz – dajmy na to z obawy przed zarzutem stronniczości – wykonywać krok w tył. Zwłaszcza gdy widzę, że druga strona bynajmniej nie zamierza zrewanżować mi się tym samym. Czy w takiej sytuacji dialog w ogóle ma sens? Czy nie jest aby jedynie czczym złudzeniem?

Pluralizm, tolerancja, otwartość, gotowość wysłuchania drugiej strony… niby brzmi to bardzo szlachetnie. Szafując tymi pojęciami, czujemy się tacy cywilizowani, demokratyczni, ludzcy. Ale nie sposób przejść obojętnie nad nieuniknioną konstatacją, że demoliberalna ortodoksja, którą wszyscy nauczyliśmy się oddychać jak powietrzem, uczyniła z nich coś w rodzaju pałki do dyscyplinowania. Że sobie je poniekąd przywłaszczyła i zawęziła ich znaczeniowy zakres do ściśle zdefiniowanych przez siebie ram. Ten, kto się w nich nie mieści, kto je kontestuje, zostaje wykluczony jako fundamentalista, radykał czy co tam jeszcze.

Dla mnie te, powiedzmy, pięć-sześć lat temu było to zaiste szokujące odkrycie. Długo sobie z tą sprzecznością nie mogłem poradzić. No bo jak to właściwie jest? To w końcu mogę zgłosić votum separatum, lecz tylko do pewnego stopnia? A jeśli tak, to gdzie ta otwartość, którą mi się bez przerwy wpaja? Potem zrozumiałem. Sprzeczność nie tkwi w samej zasadzie, lecz w zakłamaniu – czasem świadomym, czasem nie – jej liberalnych koryfeuszy. Bo oni też mają swoją wizję świata, której gotowi są bronić jak lwy.

Pół biedy, gdy trwa homeostaza. Wtedy panuje spokój. Można się pięknie bądź mniej pięknie różnić, a mimo to nie wyrzucać się wzajemnie ze znajomych na fb. Ale gdy ów stan zostanie zakłócony, szańce natychmiast ostro się zarysowują i od razu zaczyna obowiązywać kodeks plemienny. W takiej sytuacji rozmowa traci sens nie tylko dlatego, że nikt nikogo nie zechce wysłuchać, ale też dlatego, że komunikaty powstają wyłącznie w celu utrwalenia stanowiska. Dobrze pokazuje to ostatni przykład z „Klątwą”. Aby prowokacja mogła być skuteczna, musi poczochrać pod włos tych, do których została skierowana, a raczej trudno o tym mówić, jeżeli na widowni siedzą głównie ci, którzy w spektaklu szukają jedynie utwierdzenia.

Ostatnio hitem był wywiad Roberta Mazurka z Magdą Jethon. Tak, trzeba przyznać, dziwny, że aż po prostu nierealny. Niektórzy zresztą podejrzewali, że to fejk. Zwolennicy KOD czytali go z zażenowaniem, ich przeciwnicy ryczeli ze śmiechu i pisali o historycznej kompromitacji krytyków PiS. Tylko że przy całej kuriozalności Jethon wyraziła tam jedną niezmiernie ważną rzecz. A mianowicie, że nie chodzi o żadną symetrię, lecz o prosty schemat swój – obcy, oni – my. Dialog zaś kończy się tam, gdzie wspólne stanowisko.

Jej eks-trójkowy kolega Jerzy Sosnowski wyraził to na swoim blogu o wiele trafniej. Centrum zniknęło. Po prostu już go nie ma. W takiej sytuacji idziemy tam, gdzie nam ideowo bliżej. W wypadku Sosnowskiego do TOK FM. Chciałoby się powiedzieć: w końcu! Bo już naprawdę nudne robiły się te jego szpagaty i próby utrzymania, może też przed sobą samym, oczywistej fikcji. Fikcji również tego, że owo centrum w ogóle kiedykolwiek istniało. O tym, jak bardzo Sosnowski nawet w lepszych czasach był otwarty na opinie wykraczające poza akceptowalny dla niego margines, wolę się nie wypowiadać, bo naprawdę nie chcę prać brudów.

Co nie zmienia faktu, że wiary w owo centrum mu nie odbieram. Wszyscy w nie wierzyliśmy. Tyle że każdy wyobrażał je sobie ciut inaczej. Na przykład dla piewców liberalnej demokracji stanowiło coś w rodzaju aplikowanej samemu sobie wymówki, że w przeciwieństwie do tych złych wyrażają gotowość do dialogu. A że w ostatecznym rozrachunku ich i tak musi wyjść na wierzch? To już, panie, insza inszość. Z kolei dla ludzi nastawionych bardziej tradycyjnie był to pewien rodzaj zgniłego kompromisu, na który warunkowo się godzą, by funkcjonować w debacie. Mimo to zaręczam, że w zaciszu domowych pieleszy każdy trwał przy swoim.

Sosnowski utrzymuje, że centrum zabrała mu obecna władza. Ale można także wysnuć inny wniosek, mnie osobiście bliższy. Sytuacje konfliktów, napięć, załamania się pewnego status quo, mogą coś psuć, jednak równie dobrze mogą odsłaniać stan rzeczy taki, jakim faktycznie on jest, i jakim zawsze był. Takie trochę „uderz w stół, a nożyce się odezwą” albo „panowie, policzmy głosy”. I żeby była w tej materii pełna jasność: ja nie postrzegam tego jako zła. Jest to zdrowsze i uczciwsze od bałamutnego udawania, że wszyscy możemy beztrosko jodłować przy wspólnym ognisku.

Poza pewną granicą, którą każdy sam chyba musi nauczyć się rozeznawać, otwartość na inne poglądy to już ciskanie pereł przed wieprze. Jezus tego nie robił. Podstawowa różnica między nim a wieloma z nas polega jednak na tym, że on nie kierował się przy tym pogardą. Milczał, gdy Piłat indagował go o prawdę, ale nie z nienawiści do rzymskiego namiestnika – przecież na krzyż miał iść również za niego – tylko z szacunku dla prawdy.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również