Czy Wojciech Wencel zasłużył się dla polszczyzny?

Zanim przejdę do głównego tematu, pozwolę sobie na małą refleksję poboczną pozornie go niedotyczącą. Otóż czytam sobie właśnie jubileuszowy numer „Polityki” wydany z okazji jej sześćdziesięciolecia. Poza zwyczajowymi przestrogami, że złe PiS knuje, jątrzy, niszczy i dzieli, spomiędzy linijek poszczególnych tekstów wyłania się pewien wyraźnie zauważalny lejtmotyw, a mianowicie, że oświecone elity przegrały bitwę o rząd dusz. Przegrały wbrew sprawiedliwości dziejowej. Przegrały z populizmem, nienawiścią oraz stanowiącymi nośnik triumfującej dziś postprawdy emocjami.

Miarą tej klęski ma być, jak rozumiem, między innymi przyznanie tytułu Zasłużonego Dla Polszczyzny poecie i publicyście Wojciechowi Wenclowi. I to pomimo protestów członków Rady Języka Polskiego, którzy – jak można się dowiedzieć z artykułu Justyny Sobolewskiej na portalu „Polityki” – nie znaleźli wypowiedzi kandydata, które dotyczyłyby języka, które by go popularyzowały i wskazywały na jego rolę w życiu społecznym. Udało im się natomiast znaleźć bardzo zaangażowane politycznie teksty, które zaprzeczają idei etyki słowa, a użyty w nich język zamiast łączyć, dzieli oraz jest nacechowany pogardą wobec osób myślących inaczej niż autor.

Czyli, można rzec, wenclowy standard. Bo z Wenclem – jak już chyba kiedyś nadmieniałem – jest permanentna chryja od prawie dwudziestu lat, od czasów jego poetyckiego debiutu i od słynnej „Zamieszkać w katedrze”, w której to – słusznie lub nie, a już na pewno w niektórych wypadkach na wyrost – pogonił kota całej ówczesnej wierchuszce polskiej kultury. Pamiętam nawet wypowiedzi różnych krytyków z tamtych lat, że pytanie o polską poezję dziś – znaczy wtedy – to tak naprawdę pytanie o… Wojciecha Wencla. Świadczyłoby to o jego niezwykłym statusie, jak również tym, że udało mu się uderzyć w jakiś nerw. Ba, pamiętam nawet, że był czas, kiedy – mimo tych wszystkich kontrowersji – drukowały go „Zeszyty literackie”.

To, że koniec końców został publicystą politycznym zaangażowanym po stronie PiS, wcale mnie nie dziwi. To jest naturalna konsekwencja całej jego drogi twórczej i zapisanej w niej duchowej ewolucji, której mistycznym – tak, mistycznym, bo Wencel to w gruncie rzeczy mistyk i konserwatywny neoromantyk, a nie polityk – ukoronowaniem stała się katastrofa smoleńska. Polityka dla niego to tylko nakładka, widzialna manifestacja nadprzyrodzonej wojny duchów, tudzież jej swoiste niedoskonałe narzędzie.

Wymądrzam się, jakbym był niesamowicie obeznany w jego pisarstwie. Rzeczywiście swego czasu trochę go czytywałem, zdarza mi się śledzić jego blog i felietony. Nie jest to bohater mojej baśni, choć nie mogę powiedzieć, bym niektórych jego diagnoz nie podzielał. Ale to, jak mówią, insza inszość. Tak naprawdę też wcale nie kwapię się do udzielenia odpowiedzi na pytanie zadane w tytule. Tego typu wyróżnienia, choć rozumiem ich funkcję utrwalającą i wyznaczającą trendy, zawsze mnie śmieszyły, zawsze widziałem w nich jakieś nabzdyczenie, w które – jak widzę na wenclowym blogu – czcigodny laureat zanurza się bez reszty, puchnąc z dumy jak purchawka. Też nie mój klimat.

Tym, co mnie w całej sprawie zaciekawiło, są reakcje na nią. Znamienne, że od razu pojawiły się zarzuty, iż tytuł dostał, bo jest propagandzistą obecnej władzy. Znamienny jest rytualny wstyd i potępienie, które posypały się w komentarzach na fb Sobolewskiej pod linkiem do jej artykułu. Przy czym właśnie pojęcie „rytualne” uznałbym tu za kluczowe. Sam nie chciałbym popadać w rytuał i powtarzać wyświechtanych frazesów, ale trudno rozpatrywać to w innych kategoriach niż fiksacja ludzi dotąd uważających się za arbitrów dobrego i złego, której niesamowite nasilenie obserwujemy, odkąd ich monopol na sądy o rzeczywistości zaczął się kruszyć.

Charakterystycznym przykładem jest choćby wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka – jednego z protestujących przeciw uhonorowaniu Wencla członków RJP – udzielona portalowi NaTemat. Pomijam banalny fakt, że to wstyd publikować wywiad z językoznawcą najeżony od błędów interpunkcyjnych, bo pod tym akurat względem ogół polskiej portalozy powinien uderzyć się w pierś. Istotna wydaje się pewna, że tak ujmę, wyłaniająca się ze słów Bralczyka zasadnicza sprzeczność.

Oznajmia bowiem profesor coś takiego: „to wpisuje się w pewien rodzaj polityki nawet kulturalnej. Widoczny zamiar innego ustawienia, podejścia do ludzi nauki i kultury wydaje się spójny z polityką, którą nasze władze prowadzą. A ta spójność, która sama w sobie jest cnotą, w tym wypadku nie musi nam się podobać. Jestem zwolennikiem otwartości.” Czyli w dorozumieniu: zgadzamy się co do samej zasady spójności, ale co do tego, kto ma prawo ją stosować, a kto nie, już niekoniecznie. W tym wypadku zasada powinna być uchylona, gdyż posłużył się nią ktoś, kto nam się nie podoba, ktoś o innych zapatrywaniach. A przypominam, że zaraz potem padły słowa o byciu za otwartością. No to jak to w końcu jest? Otwartość, ale tylko dla niektórych? Tolerancja represywna? Selektywna.

Ja się oczywiście z profesorem Bralczykiem zgadzam co do tej spójności. Rzeczywiście jest w tej chwili forsowana pewna wizja państwa, czy wręcz wspólnoty, której wyróżnienie akurat Wencla, a nie kogoś innego, stanowi jasny wyraz. Ba, posunę się dalej! Widać w tym pewną nadgorliwość w nagradzaniu swoich. Nadgorliwość, gdyż jeśli za jedno z kryteriów przyjąć popularyzatorskie zasługi laureata w zakresie języka, to akurat w przypadku Wencla mogą być dyskusyjne. Chyba że za zasługę uznamy już sam fakt, że ktoś w miarę poprawnie pisze. Ale wtedy to ja też poproszę.

Tylko wracające jak bumerang pytanie, dlaczego, u licha, ta koherentność ma być zła. Tylko dlatego, że jej architektem jest obecnie PiS? No i co z tą mityczną otwartością? Skoro Wencel pogardza, wyklucza, dzieli, nienawidzi i co tam jeszcze, to jak na przykład należy rozumieć cenzorskie zapędy tych niewątpliwie uważających się za tolerancyjnych i otwartych, którzy chcieliby zakazywać – nawet prawnie – nieprzychylnego mówienia o imigrantach, czarnych, homoseksualistach? Albo mamy tę otwartość i gotowość zmierzenia się z różnymi głosami, albo nie.

I to praktycznie detonuje kolejną deklarację profesora, że gdyby dokonania Wencla na polu polszczyzny można było uznać za wzbogacające, to nawet jeśli on nie zgadzałby się z nim ideologicznie, chętnie by mu tę nagrodę wręczył. Detonuje, bo skoro za jedno z kryteriów tej nagrody uznaje się etykę, to nawet na tym polu nie będzie między panami porozumienia. Bo Wencel jest, jak widać, wyznawcą skrajnie innej etyki niż profesor i jego współtowarzysze w proteście. Ba, według nich i basującego im chóru zawodowych potępiaczy ekstrem chyba nie posiada w ogóle żadnej etyki.

I tu dochodzimy do kwestii propagandy. Jest więc Wencel tym propagandzistą czy nie jest? Jest zagrywką propagandową porównywanie Polski do dębu czy nie? W tego typu spór chciał mnie wczoraj wciągnąć Jacek Dehnel, który oczywiście uważa, że to jest propaganda. A ja powiem tak: Wencel jest przede wszystkim pisarzem. Tak samo jak Pan, Panie Jacku. Tak samo jak Pan realizuje pewną wizję artystyczną i tak się akurat złożyło, że stroi ona akurat z linią obecnej władzy. Czy gdyby Wencel pisał wiersze lub eseje afirmujące emancypację osób LGBT i dostał za to ważną nagrodę w czasach, gdy rządziła PO, też uznałby Pan ów werdykt za skandaliczny? I nie, wcale nie pytam zaczepnie. Naprawdę jestem ciekaw.

To raz. A dwa – tego typu dysputy są dziś kompletnie jałowe. Ja oczywiście mogę poczytać Michała Głowińskiego – do czego Jacek Dehnel chciał mnie nakłonić w nadziei, że dzięki tej lekturze zobaczę w Wenclu gomułkowskiego politruka – tylko co z tego ma niby wyniknąć? Dziś rzucanie oskarżeniami typu „propagandzista”, „jak za PRL” czy „rodem z Goebbelsa” potwornie staniało. Okładają się tym wszyscy i każdy celem takiego ataku może zostać. Ja, Dehnel – po prostu każdy. To tak samo puste i tak samo nic nieznaczące jak świętoszkowate pohukiwania w komentarzach.

Ja też mógłbym sobie to i owo poporównywać. Do takich „Małowiernych” Putramenta na ten przykład. Bo seans potępiania Wencla, który odbył się pod inkryminowanym postem Justyny Sobolewskiej, jako żywo przypomina mi opisaną w tej powieści scenę masówki, która miała na celu uświadomienie redaktorowi Ligenzie, jak potwornych wypaczeń i myślozbrodni się dopuścił. A przecież on był swój, więc co dopiero gadać o Wenclu, który swój nie jest?

A tak w ogóle uważam, że wszystkie nagrody trzeba znieść. Bo som gupie!

Foto PAP/Jacek Turczyk/polskieradio.pl


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również