Czy wierzę w NWO?

Zanim przejdę do odpowiedzi, a tym bardziej zanim ujawnię, skąd w ogóle ten temat mi się wziął, chciałbym się podzielić pewną obserwacją. Otóż od dawna wiadomo, że internet i tak zwane media tradycyjne, głównego nurtu, czy jak tam jeszcze je nazwiemy, to dwa zupełnie różne krwiobiegi, które rzadko się stykają. Zwykle to, co krąży w sieci, pozostaje kompletnie niezauważone albo jest postponowane. Zwłaszcza gdy za mocno narusza usankcjonowaną ortodoksję. Przykładem reportaż TVN o sprawie Magdy Żuk, w którym internetowi tropiciele zostali odsądzeni od wszelkiej czci, a z niej samej zrobiono wariatkę.

Lecz czasem – ostatnio chyba coraz częściej – zdarza się, że echa z sieci przenikają także i poza nią. Dla mnie dobrym tego przykładem jest między innymi kwestia Altiero Spinellego. Wszak to nie gdzie indziej jak właśnie w internecie garstka zapaleńców, których TVN i jemu podobni zapewne uznaliby za opętanych spiskową manią paranoików, rozpoczęła dyskusję o jego rzeczywistym wkładzie w budowę Unii Europejskiej. Ba, przypuszczam, że niektórzy w ogóle o jego istnieniu dowiedzieli się z internetu, mimo iż w Brukseli znajduje się budynek pod jego patronatem, przy PE działa grupa propagująca jego idee, a europejscy przywódcy składali kwiaty na jego grobie na wyspie Ventotene.

Dzisiaj zaczyna się o nim coraz głośniej mówić. Pyta się o niego polityków i tzw. poważnych publicystów. I mniejsza o to, że w przeważającej mierze jest to zasługa dziennikarzy, którzy z sieci przeszli do mainstreamu, zabierając nabyty tam bagaż. Liczy się, że temat rezonuje, że coraz więcej ludzi słyszy to nazwisko i że utrwala się ono w powszechnej świadomości. W dniu, w którym TVN zrobi epatujący mgłą oraz mroczną muzyką reportaż z Krzysztofem Karoniem w roli nawiedzonego świra, będzie można uznać, że szklany sufit został przebity. Podobnie zaczyna być z NWO.

Muszę przyznać, że nieco zdębiałem, kiedy w jednej z audycji na kanale wRealu24 Marcin Rola zapytał Pawła Lisickiego o jego stosunek do NWO. Niezwykle znaczący jest już sam fakt, że redaktor naczelny dużego opiniotwórczego tygodnika przyjął zaproszenie od osoby stanowiącej dla co poniektórych ikonę internetowego pseudodziennikarstwa, a co dopiero że zabrał głos w sprawie, którą na ogół ekscytują się twórcy i konsumenci najrozmaitszych kanałów czy stron poświęconych sensacjom, teoriom spiskowym, przepowiedniom itp. Co prawda Lisicki wybrnął z tematu cokolwiek pokrętnie, ale z drugiej strony ja postąpiłbym tak samo. I właśnie to zainspirowało mnie do określenia własnego stanowiska wobec NWO.

Zacznijmy od podstaw. A więc od zdefiniowania, czym w ogóle jest NWO. Czytelnicy, którzy są z zagadnieniem obyci, mogą tę sekcję opuścić. NWO to akronim angielskich słów „New World Order” czyli „Nowy Porządek Świata”. Tak naprawdę pod tym pojęciem kryją się dwa zazębiające się ze sobą znaczenia. Pierwsze – to bardziej oficjalne – odnosi się do zmian, jakie nastąpiły w globalnej skali po I Wojnie Światowej. Można tutaj zaliczyć między innymi program pokojowy prezydenta Thomasa Willsona, zwany również „Czternastoma punktami Willsona”. Dla Polski kluczowy był punkt 13 mówiący o stworzeniu niepodległego państwa z wolnym dostępem do morza i integralnością terytorialną.

W dalszej perspektywie ten termin obejmuje również układ sił, jaki ukształtował się po 1945 roku. Po zakończeniu zimnej wojny był on stosowany choćby przez Michaiła Gorbaczowa i George’a Busha seniora, lecz także wiele innych wpływowych person skupionych w Klubie Bilderberg. I tu powoli wkraczamy w strefę cienia, gdzie pojawiają się tak osobliwe byty jak rząd światowy, który – zależnie od koncepcji – albo już istnieje i z ukrycia steruje światem, albo ma dopiero powstać, czy też znajduje się w trakcie tego procesu. Wielu zwolenników takiego poglądu uważa, że rządem tym może być właśnie grupa Bilderberg.

W takim ujęciu zasadniczym celem NWO jest zunifikowanie i podporządkowanie sobie całej ludzkości. Ma to być osiągane między innymi poprzez stworzenie jednej globalnej religii – a więc i wyeliminowanie dotychczasowych, ze szczególnym naciskiem na chrześcijaństwo – wdrożenie powszechnej inwigilacji, bezgotówkowego obrotu pieniądzem i uwięzienie ludzi w ogromnych miastach-molochach. W tym kontekście mówi się też często o depopulacji, co ma oczywiście ułatwić kontrolę i zlikwidować problem nadmiaru niepotrzebnych jednostek, które wymagają opieki. To dlatego dziś tak silnie ma być promowana aborcja i rozwiązły styl życia, a zwalczany tradycyjny model rodziny, który nie tylko stymuluje dzietność, ale tworzy silne struktury społeczne. Społeczeństwo w doktrynie NWO ma być zatomizowane.

Są oczywiście różne interpretacje intencji osób bądź całych grup zaangażowanych w NWO. Najbardziej narzucająca się to nic innego jak wyzysk zniewolonych mas przez wąską elitę uważającą się za… „nadzwyczajną kastę”. W innych interpretacjach wskazuje się na pewne ideologie – chociażby stanowiące idée fixe George’a Sorosa tzw. „społeczeństwo otwarte”, czy różne tajemnicze, realne lub domniemywane, zakusy masonerii. Najczęściej jednak w opowieściach o NWO wszystkie te czynniki występują równocześnie, co biorąc pod uwagę ludzką naturę, ma chyba sporo sensu.

Najbardziej radykalni teoretycy NWO – a takich zarówno w ogólnodostępnej sieci, jak też i w darknecie, nie brakuje – posuwają się do stwierdzenia, że tą ideologią przesycona jest cała masowa kultura. Tajemnych symboli i znaków dopatrują się w piosenkach, filmach czy grach. Ba, powstały całe skomplikowane analizy gestykulacji papieża Franciszka, kiedy po wyborze wyszedł przywitać wiernych. Ma to być coś w rodzaju przechwałki według zasady „patrzcie, jesteśmy tu, a wy nic nie możecie zrobić” – jak wiadomo, każdy totalitaryzm ma w sobie domieszkę czystej pychy – jak i swoista technika zbiorowego prania mózgów.

I tak to w najogólniejszym zarysie wygląda. Żadna nowość. Mówi się o tym od dawna. Ja po raz pierwszy zetknąłem się z tym jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Internet jedynie nadał temu nową dynamikę. Czy wierzę? W jakim zakresie wierzę? Cóż, jak zaznaczyłem, moja odpowiedź będzie mocno pokrętna. O teoriach spiskowych jako takich – o tym, czemu powstają i do czego są potrzebne – już pisałem. Postawiłem wówczas tezę, że ich paliwem jest przede wszystkim brak zaufania do rzeczywistości i niepewność, czy to, co się widzi, w co każe nam się wierzyć, jest prawdziwe, czyli mówiąc kolokwialnie: czy nie kryje się za tym jakieś „drugie dno”.

Doskonałym tego przykładem jest kryzys imigracyjny w Europie. Kiedy się któryś raz z kolei obserwuje kompletnie urągające logice i bezpieczeństwu posunięcia polityków, trudno sobie nie zadać fundamentalnego pytania, czy to wciąż tylko głupota i ideologiczne zaślepienie – które akurat jest faktem bezspornym – czy jednak celowe działanie. A jeśli celowe, to jaki ów cel jest? Może – jak sugerują odważniejsi – naprawdę chodzi o użycie muzułmańskich hord w charakterze taranu do rozbicia tradycyjnej cywilizacji i wzniesienia na jej gruzach innej – być może tej z marzeń Spinellego?

Takie przykłady można by zresztą mnożyć w nieskończoność, podstawiając najróżniejsze zjawiska. Tylko czy da się to potraktować jako dowody? No nie, co najwyżej jako poszlaki. Mocne poszlaki – w niektórych aspektach wręcz niepokojąco mocne – ale niestety dopóki nie wypłynie nagranie ze spotkania Bilderbergu, choćby strzęp jakiegokolwiek dokumentu mogącego świadczyć, że politycy z premedytacją działają przeciwko własnym obywatelom, po prostu cokolwiek, jesteśmy zmuszeni poruszać się w labiryncie domysłów.

Czy w takim razie spisek nie istnieje? Też nie. Z pewnością są rzeczy, które się przed nami ukrywa. Pojawia się coraz więcej doniesień świadczących, że napływ migrantów do Europy jest doskonale skoordynowaną akcją przemytniczą, nie zaś żadną spontaniczną wędrówką ludów. Tak naprawdę kluczem jest właśnie ten przymiotnik – skoordynowany. Nie czy, lecz na ile skoordynowane są działania, które meblują nam codzienność? Jak wiele jest centrów decyzyjnych i kto w nich zasiada? I to są pytania o wiele ważniejsze niż to, co symbolizuje piramida z okiem na banknocie dolarowym.

Polecam również