Dossier

Człowiek, który pożegnał Che

Félix Rodríguez, pytany o to w wywiadach, ma tylko jedną krótką odpowiedź. Kim był Che? Zwykłym mordercą. Pozbawianie ludzi życia sprawiało mu przyjemność. Miguel Sanchez, doświadczony instruktor wojskowy, który szkolił w Meksyku Guevarę oraz Fidela i Raula Castro, nim wyruszyli obalić reżim Fulgencio Batisty, opowiadał kiedyś Rodríguezowi, że Che najbardziej interesowało, jak to jest, gdy własnoręcznie się kogoś morduje i widzi się krew wypływającą z martwego ciała. Nie wiadomo, ile dokładnie ofiar zginęło z jego ręki. Rodríguez spekuluje o setkach, które Che zabił sam, i tysiącach, na które wydał wyrok.

Coś takiego jak śledztwo, dowody, sąd, wszystkie te żmudne procedury, to – jak mówił Che podkomendnym w fortecy La Cabana, której dowódcą Castro mianował go w styczniu 1959 roku – burżuazyjne wynalazki. To jest rewolucja. Celem procesu ma być skazanie wrogów ludu. Che jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy spotykał się z innymi sędziami i nakazywał im, jaki mają wydać wyrok. „Oficer śledczy ma zawsze rację” – pouczał. Egzekucje zwykle odbywały się wieczorami, bo wtedy – jak uważał Che – ofiary były mniej skłonne do oporu. Część z nich odbywała się zresztą w miejscach publicznych, na przykład na stadionach, i przybierała formę spektakli, na które zapraszano również dziennikarzy.

Rodríguez przytacza zwłaszcza jedną, szczególnie wstrząsającą, historię. Pewnego dnia bezpieka Castro aresztowała piętnastolatka, który malował na murach antyreżimowe hasła. Chcieli z jego egzekucji zrobić przykład. Jego matka stawała na głowie, by spotkać się z Che. Kiedy w końcu udało jej się do niego dostać, zaczęła go błagać, by wypuścił chłopaka, bo jest jeszcze bardzo młody, a ona dopilnuje, by już nigdy więcej nie zrobił czegoś takiego. Wtedy on spytał o imię jej syna i datę egzekucji. Gdy je podała, zawołał adiutanta i nakazał mu przyprowadzić więźnia. Po czym dodał: „Zastrzelcie go natychmiast, żeby nie musiała czekać do piątku.”

Bliski krewny Ernesto Guevary, Alberto Benegas Lynch, wspominał w książce „Mój kuzyn Che”, jak jeszcze za czasów młodości w Argentynie przyszła ikona popkultury i symbol romantycznego idealizmu lat 60. czerpał sadystyczną przyjemność ze znęcania się nad zwierzętami. Podczas meksykańskich „treningów” podobno z lubością podrzynał gardła psom i dokonywał makabrycznych eksperymentów na ciężarnych kotkach, które łapał na ulicach Mexico City. Cóż, w końcu miał zostać lekarzem. Kiedy z braćmi Castro znalazł się na Kubie, mógł wreszcie spożytkować zdobyte doświadczenie, walcząc o sprawiedliwość społeczną.

Czyli, upraszczając, był podręcznikowym psychopatą z sadystycznymi skłonnościami, który – podobnie jak Wasilij Błochin w ZSRR – znalazł doskonałe ujście dla swoich zbrodniczych instynktów pod sztandarem totalitarnego terroru i jego ideologii. Może zresztą to po części tłumaczy jego obłąkańczy fanatyzm, który, koniec końców, doprowadził do jego spotkania z Félixem Rodríguezem w prowincjonalnej szkole w boliwijskiej wiosce La Higuera.

Rodríguez zgadza się z powszechnie panującą opinią, że Fidel Castro chciał się po prostu pozbyć coraz bardziej szalonego Che. Po obaleniu reżimu Fulgencio Batisty rewolucyjny żar musiał ustąpić miejsca politycznemu pragmatyzmowi. Jego wyrazem był między innymi sojusz ze Związkiem Radzieckim. Guevara niestety tego nie rozumiał. Był tak zaślepiony ideą wyzwalania mas, że – jak to przy rewolucjach bywa – stała się ona dla niego wartością samą w sobie. Po prostu nie wiedział, kiedy wcisnąć hamulec, a punktem krytycznym, który przypieczętował jego los, stał się kryzys kubański w 1962 roku.

Po wycofaniu przez Chruszczowa pocisków nuklearnych Guevara przeżył rozczarowanie wielbionym dotąd bolszewizmem. Nie obchodziło go, że sprowadzając na Kubę broń atomową, sowieci narazili mityczny „lud”, za który przelewał krew, na zagładę. Ba, nie obchodziła go tak przecież wynoszona na piedestał przez lewicowców Ludzkość, która wtedy rzeczywiście znalazła się na skraju unicestwienia. Dla niego ważne było to, że Chruszczow okazał się zbyt miękki i tchórzliwie uległ amerykańskim imperialistom. Według Che powinien był odpalić rakiety, by na gruzach zniszczonego świata mogło się narodzić lepsze i sprawiedliwsze społeczeństwo. Oczywiście komunistyczne.

W jednym z wywiadów zresztą otwarcie przyznawał, że gdyby miał dostęp do czerwonego guzika, nacisnąłby go bez najmniejszego wahania. Tak czy inaczej nowym obiektem jego miłości stał się maoistowski Pekin, którego władze w imię budowania nowego wspaniałego świata zdążyły już wykończyć około osiemdziesięciu milionów „reakcjonistów”, a nad resztą ostro pracowały w obozach reedukacyjnych, gdzie prostowane były ich zwichrzone ideowe kręgosłupy. Dla Castro tego już było za wiele.

Kiedy więc znudzony kolejnymi rządowymi posadami Che zapragnął „pouszczęśliwiać” inne narody i rozpętać „kolejne Wietnamy”, El Comendante go nie zatrzymywał. Zaczęło się od afrykańskiego Konga, gdzie wraz z oddziałem kubańskich ochotników Guevara postanowił wesprzeć tamtejszą marksistowską partyzantkę. Także i tu ciągnął się za nim ślad zbrodni. Rebelia została jednak stłumiona, a Che, uznawszy, że Afryka to dziki kontynent, który nie dorósł do komunistycznych ideałów, przeorientował się na Amerykę Południową. Warto tu zaznaczyć, że w każdym z tych przypadków nie otrzymał żadnego realnego wsparcia od Hawany. Cała broń, jaką miał, pochodziła z Chin, a gdy ruszał do Boliwii, dostał od Fidela zepsuty nadajnik radiowy.

W tym czasie 26-letni Rodríguez był już mocno zaangażowany w działalność opozycyjną. W czerwcu 1967 roku z kilkoma innymi Kubańczykami pracującymi dla amerykańskiego wywiadu wylądował w Boliwii, gdzie mieli pełnić rolę doradców armii w walce z czerwoną guerillą, w której pierwsze skrzypce grał już Che. Pierwszego dnia po przylocie zabrano ich do rezydencji prezydenta Rene Barrientosa, gdzie otrzymali papiery kapitanów boliwijskiej armii. Następnie Rodríguez, pod fałszywym nazwiskiem Ramos, wyruszył na południe, do Santa Cruz de la Sierra. Właśnie w tamtej części kraju działał Che i jego ludzie.

Podstawowym celem było oczywiście zneutralizowanie guerilli, ale wobec Che Waszyngton miał inne plany. Rodríguez dostał od CIA instrukcję, że w razie gdyby udało się pojmać Che żywcem, miał zrobić wszystko, aby nie dopuścić do jego zabicia przez Boliwijczyków. USA chciały w jakiś sposób wykorzystać jego konflikt z Castro. Przełom nastąpił we wrześniu, gdy najpierw udało się dywizji, w której służył Rodríguez, zabić kilku partyzantów, następnie zaś dwóch pojmać żywcem. Zidentyfikowali oni zabitych, podali nazwiska reszty członków grupy i jej pozycję w terenie. Potwierdzili też, że dowodzi nią Guevara.

Wieczorem 7 października zwiadowcy dowiedzieli się, że banda Guevary stacjonuje około 7 kilometrów na północ od wsi La Higuera. Natychmiast rzucono tam dwustu żołnierzy, którzy otoczyli teren. Rankiem doszło do walki. Rodríguez na jej rozstrzygnięcie oczekiwał w bazie boliwijskich sił powietrznych w miejscowości Vallegrande. Właśnie tam usłyszał przez radio hasło: „Ojciec jest zmęczony”. Oznaczało ono, że przywódca został pojmany żywcem. Do spotkania doszło nazajutrz. Po latach wspominał, że przydzielono mu miejsce w śmigłowcu tylko dlatego, że Kubańczycy bardzo pomogli w rozbiciu guerilli.

To, co zobaczył w szkolnej klasie, gdy wysiadł z helikoptera, przeraziło go. Guevara leżał związany na podłodze. Wyglądał jak żebrak. Był brudny, na głowie miał potarganą szopę. Zamiast munduru miał na sobie jakieś przypadkowe łachmany, a na stopach coś, co jedynie przypominało buty. Był wycieńczony jedenastoma miesiącami w dżungli oraz czerwonką. Dodatkowo we znaki dawała mu się astma, na którą chorował od dzieciństwa. Pozbawiony leków, ostatnie tygodnie spędził przywiązany do muła, wypróżniając się w spodnie i na całe godziny tracąc przytomność. To jeszcze bardziej podkopało i tak już nadwyrężone morale jego ludzi i pośrednio przyczyniło się do ich klęski.

Choć tak naprawdę głównym powodem była niechęć samych Boliwijczyków. Niestety byli oni kolejną tępą hołotą, która najwyraźniej nie dojrzała do szczęścia, jakie na bagnetach postanowił jej przynieść Argentyńczyk o płomiennym sercu. Nie potrzebowali wolności, bo kilkanaście lat wcześniej boliwijski rząd przekupił ich przyznaniem im ziemi na własność. Szeregi wyzwoleńczej i niosącej postęp guerilli zasilali jedynie niecieszący się szacunkiem tamtejszych chłopów boliwijscy komuniści oraz sfanatyzowani Kubańczycy.

Kiedy schwytano Guevarę, zaczął wywrzaskiwać, że jest więcej wart żywy niż martwy. Dla Rodrígueza to stanowiło ostateczny dowód jego tchórzostwa. Guevara podobno często mawiał, że prawdziwy rewolucjonista nie może sobie pozwolić na schwytanie żywcem przez wroga. Swoim podkomendnym zawsze powtarzał, żeby ostatnią kulę zachowali dla siebie. W momencie schwytania miał w karabinie jeszcze jeden nabój, a w pistolecie – cały magazynek.

Rodríguez spróbował zadać mu kilka pytań, ale nie chciał odpowiadać. Nie zanosiło się, by Boliwijczycy zamierzali oszczędzić kogokolwiek z aresztowanych partyzantów, z Guevarą na czele, więc za pomocą jedynego w La Higuera telefonu Rodríguez skontaktował się z Amerykanami i przekazał im, że jeśli chcą Che żywego, powinni jak najszybciej porozumieć się z prezydentem Barrientosem. Rozpoczęło się nerwowe czekanie. Tego dnia w okolicy wojsko toczyło jeszcze ostatnie walki z niedobitkami komunistycznej guerilli, więc całe lokalne dowództwo było w terenie. W pewnej chwili ktoś przybiegł z wiadomością, że najwyższy stopniem ma podejść do telefonu. Tak się akurat złożyło, że najwyższy rangą był właśnie Rodríguez.

W słuchawce usłyszał tylko lakoniczny kod: „Pięćset, sześćset”. Był to wcześniej umówiony operacyjny szyfr, w którym „pięćset” oznaczało „Che”, „sześćset” – „martwy”, a „siedemset” – „żywy”. Niedługo potem do La Higuera wrócił dowodzący obławą na Che pułkownik Joaquin Zenteno. Rodríguez próbował go przekonywać, by mimo wszystko wydał więźnia Stanom Zjednoczonym. Był już gotowy transport powietrzny, aby przerzucić Guevarę do Panamy na przesłuchanie. Ale Zenteno odparł, że nie może zlekceważyć rozkazu prezydenta i że do drugiej Rodríguez ma mu dostarczyć zwłoki Che.

Wtedy Rodríguez odbył z Che jeszcze jedną rozmowę, ale znów bez powodzenia. Kiedy tylko zadawał mu pytania istotne z wywiadowczego punktu widzenia, ten zmieniał temat. Pozostało już tylko dokładnie obfotografować pamiętniki Che. Rodríguez zrobił sobie też zdjęcie z nim samym. Che nie miał nic przeciwko temu. Wyprowadzili go więc przed szkołę, a Rodríguez dał swój aparat jednemu z boliwijskich żołnierzy. Tymczasem około wpół do pierwszej popołudniu radio podało, że Che Guevara zginął w walce. To zamknęło sprawę. Rodríguez już wiedział, że nie uda mu się wypełnić instrukcji z Waszyngtonu.

Gdy zakomunikował to odprowadzonemu już z powrotem do szkoły Che, tamten zbladł. Po chwili jednak się opanował. Potem dał Rodríguezowi swoją fajkę, a zapytany przez niego, czy ma coś do przekazania rodzinie, odparł rozgoryczony: Powiedz Fidelowi, że niedługo zobaczy, jak rewolucja triumfuje w Ameryce. W końcu poprosił Rodrígueza o przekazanie żonie, by powtórnie wyszła za mąż. A potem nastąpiło coś nieoczekiwanego. Uścisnęli się. To był – jak mówił później Rodríguez – wyjątkowy moment, moment zwykłego ludzkiego współczucia.

A potem Che – przekonany, że to Rodríguez go rozstrzela – zasalutował mu. Ten jednak odsunął się i czym prędzej wyszedł. Stojącym przed szkołą żołnierzom pokazał gestem dłoni, że należy mierzyć poniżej szyi, by wyglądało to tak, jakby zginął od ran odniesionych w walce. Do wykonania zadania zgłosił się młody sierżant Mario Terán. Wszedł do sali i posłał w kierunku Che dziewięć kul z amerykańskiego karabinu samopowtarzalnego M1 Gerand kaliber 7,62 mm.

Rodríguez obmył ubłoconą twarz zmarłego. Chciał też zamknąć mu oczy, ale powieki cały czas się otwierały. W momencie, gdy ładowano zwłoki do helikoptera, do grupy podszedł jeden z żołnierzy i powiedział, że pewien ksiądz chciałby pobłogosławić zmarłego. Zgodzili się, opóźniając lot o kilka minut. Duchowny przyjechał na mule. Podszedł do ciała Guevary i nakreślił mu na czole znak krzyża. Ironia losu – podsumowywał później Rodríguez. Ksiądz błogosławi człowieka, który tak zaciekle niszczył chrześcijaństwo. Rodríguez nie mógł się powstrzymać przed uwiecznieniem tej chwili.

Rodríguez nie ma tego zdjęcia. Podobnie jak zdjęć pamiętników Guevary. Po powrocie do USA skonfiskowało je CIA i prawdopodobnie do dziś znajdują się w ich archiwach. Oddali mu jedynie to sprzed szkoły, na którym stoi obok Che. Pozbawione dłoni ciało Guevary – te zostały odcięte i wysłane do Buenos Aires w celu analizy odcisków palców – pochowano na lotnisku w Vallegrande. Spoczywało tam zapomniane przez trzydzieści lat. Dopiero w 1997 roku dokonano ekshumacji szczątków.

W międzyczasie Ernesto Guevara – zwyrodnialec, sadysta i masowy morderca – urósł do rangi wielkiego marzyciela i bojownika o sprawiedliwość. Hollywoodzcy reżyserzy kręcą o nim hagiograficzne filmy, wydaje się znaczki pocztowe z jego podobizną, a w La Higuera stoi jego monumentalny pomnik. Che wielkim idealistą! – parska poirytowany Rodríguez zawsze, ilekroć jest pytany o to, co czuje, gdy widzi na ulicy kogoś w koszulce z twarzą, którą dawno temu obmył z błota. Zaiste… ironia losu. W pewnym sensie Che miał rację.

*

W pracy nad tekstem opierałem się na artykule Piotra Zychowicza Zbrodniarz, a nie idol oraz wywiadzie Piotra Włoczyka z Félixem Rodríguezem pt. Brałem udział w egzekucji Che – obydwu zamieszczonych w miesięczniku Historia Do Rzeczy nr 9/2013.

Polecam również