Cudowni chłopcy w poszukiwaniu Wielkiej Amerykańskiej Powieści

Gdyby nie nadzwyczajne okoliczności związane z premierą sztuki na podstawie scenariusza Williama Goldmana do „Misery”, mój mały przegląd filmów o pisarzach rozpocząłbym od „Cudownych chłopców”. Choć tak po prawdzie zupełnie nieświadomie zainicjowałem go już blisko rok temu tekstem o znakomitym „Capote”. Szkoda, że nie wpadł mi wtedy do głowy pomysł na cykl. Potraktujmy więc historię powstawania „Z zimną krwią” jako nieoficjalny prolog.

A wziąłbym na pierwszy ogień właśnie „Cudownych chłopców”, bo kiedy przywołuję hasło „film o pisarzach”, ten tytuł z 2000 roku jak naprawdę mało który mi je ucieleśnia. Stanowi wręcz modelowy niczym wzorzec metra przykład tego, co pod tym pojęciem rozumiem. Nie tylko dlatego, że literalnie rozgrywa się w środowisku pisarzy i jedyne widoczne na ekranie postacie nieparające się tym zdradliwym zajęciem to drugoplanowi bohaterowie tła. Ani też nie ze względu, że – jak wyznawałem w tekście o powieści Roberto Bolano – po prostu takie uniwersytecko-artystowskie klimaty lubię. Głównym powodem jest fakt, że w filmie Curtisa Hansona literatura rzeczywiście coś znaczy.

Z innych pozycji z tego worka, jakie mam w planach na najbliższy czas, fabularnie podobne jest choćby „Morderstwo 101”. Tam też akcja rozgrywa się w hermetycznej bańce uczelni, też są warsztaty pisarskie i grupka ludzi borykających się z różnymi osobistymi problemami. Tyle że „Morderstwo 101” to wystylizowany aż do granic teatralnego manieryzmu kryminał, gdzie zdarzenia oraz uwikłani w nie bohaterowie mają jedynie służyć popychaniu intrygi do przodu. Literatura, proces jej tworzenia oraz cała jego otoczka, też zostały w zasadzie sprowadzone do  czysto dekoracyjnej funkcji.

W „Cudownych chłopcach” na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z analogiczną sytuacją. Jest to zasługa pozornie lekkiej komediodramatycznej formuły. Jednak im głębiej w las, tym wyraźniej widać, że zarówno kwestia pisarstwa, jak i życiowych bolączek, z jakimi mierzą się główni bohaterowie, są nam serwowane na serio. Owszem, bez zbędnego patosu, ale też i bez szeleszczenia papierem, o co w tego rodzaju historiach byłoby przecież nietrudno. Ów balans między nieprzekraczającym linii śmieszności komizmem i egzystencjalnym ciężarem stanowi pokłosie powieści Michaela Chabona, na której oparto scenariusz i której błyskotliwy duch w filmie został idealnie zachowany.

Wydarzenia śledzimy z perspektywy Grady’ego Trippa, który także w książce był narratorem. Grady to notorycznie upalony trawą autor kultowej powieści „Córka podpalacza”, a zarazem wykładowca creative writing na uniwersytecie w Pitsburghu. Właśnie opuściła go żona, a pani rektor, z którą ma romans, oświadcza mu, że jest z nim w ciąży. Pikanterii dodaje fakt, że jej mężem jest dziekan wydziału anglistyki, czyli bezpośredni przełożony Grady’ego. Jakby tego było mało, na jego zajęcia uczęszcza antypatyczny James Leer, który pisuje mroczne, budzące wstręt reszty grupy opowiadania, w plecaku nosi naładowany rewolwer i wyraźnie przejawia skłonności samobójcze. Na dodatek uwielbia stare kino.

Tymczasem na uczelni rozpoczyna się tzw. Festiwal Słowa – coś w rodzaju literackiego spędu połączonego z giełdą młodych talentów, na którym można tęgo popić, posłuchać napuszonych oracji pisarskich celebrytów i zawrzeć jakże niezbędne u zarania kariery znajomości. Grady – stary wyga – jest tym wszystkim trochę znudzony, a też i nieco sfrustrowany, gdyż z Nowego Jorku ma przyjechać jego redaktor, by rzucić okiem na nową powieść.

Sęk wszelako w tym, że powieść, a raczej POWIEŚĆ, powstaje od siedmiu lat i nie dość, że rozrosła się do liczącego grubo ponad dwa tysiące stron maszynopisu, to jeszcze końca ani widu, ani słychu. Nawiasem mówiąc Chabon motyw z gigantycznym manuskryptem podobno wziął z autentycznej historii jednego ze swoich profesorów ze studiów. Miał on też służyć za pierwowzór Grady’ego. Tak czy inaczej w przypadku Grady’ego przymiotnik „upalony” jakoś tak niebezpiecznie rezonuje z „wypalonym”, co poniekąd jest przyczyną jego alienacji wśród koleżeństwa po klawiaturze, nie wspominając o studentach, przed którymi coraz trudniej mu odgrywać rolę autorytetu. Czas leci, wypadałoby ją potwierdzić, a tu… papierowy klops.

A kiedy na to wszystko do akcji wkracza James Leer, ślepy pies dziekana (który serdecznie nienawidzi Grady’ego) oraz żakiet Marylin Monroe, rezultat może być tylko jeden: szalona weekendowa odyseja, po której nic już nie będzie takie samo, a porwani w jej wir dowiedzą się o sobie czegoś nowego, co sprawi, że w poniedziałek obudzą się w innym świecie. Tylko czy lepszym? Cóż, zależy jak patrzeć.

Ale zanim o ludziach, jeszcze trochę o literaturze. I o tychże ludzi wplątaniu w nią. Myślę, że nie od parady byłoby pod tym względem skonfrontować „Cudownych chłopców” właśnie z „Misery”. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te dwa filmy przyswajane równolegle ciekawie ze sobą korespondują. Bo jeśli w „Misery” kluczowym problemem był kicz kultury masowej i jego niszczycielski wpływ na twórcę, to tu mamy do czynienia z czymś pozornie biegunowo przeciwnym. Pozornie, bo na końcu drogi czeka dokładnie to samo: pustka.

Tu obcujemy z intelektualistami, a przynajmniej z ludźmi, którzy dla takich wyrobników jak Paul Sheldon mają co najwyżej pogardliwe wzruszenie ramion. Nigdy nie zarobią takiej kasy – no może poza Q, który chyba jako jedyny przybywa na imprezę w glorii sławy i bogactwa – lecz to ich mógłby drukować „New Yorker”, to oni potencjalnie rokują nadzieję na National Book Award, a być może i Nobla, i to przebywania w ich gronie Philip Roth nie uznałby za despekt. To oni są inteligentni, oczytani, liberalni (gdyby akcja toczyła się dziś, najpewniej wśród towarzyskich umizgów rozdzieraliby szaty nad prezydenturą Trumpa), i to oni widzą wszędzie subtelne konteksty i nawiązania. Słowem: elita.

Wszystko w ich świecie jest wprost przepojone literackością. Począwszy od kowbojek jednej ze studentek Grady’ego, a skończywszy na psie dziekana, któremu na imię Poe. I oczywiście powieść! Lecz nie jakaś tam, zwykła, taka do łyknięcia w samolocie albo autobusie. Tylko ta Wielka – u Grady’ego w sensie jak najbardziej literalnym – Amerykańska, ów święty Graal, fetysz i mokry sen uczniów i ich nauczycieli na równi marzących, że kiedyś zostaną drugim Capote’em, Mailerem, Faulknerem czy Wolfem.

Ale jednocześnie widzimy, jak spod tej fasady wyziera nicość. Widzimy, że elita narodu to tak naprawdę rybki pływające w swoim bezpiecznym akwarium. Widzimy ich puste gesty, chore ambicje, zawiść, rekompensowanie kompleksów i potrzaskanego życia okrągłymi frazesami, z których nic nie wynika. Dziekan chełpi się rozprawą o amerykańskim micie wcielonym w małżeństwie Marylin Monroe, jednak w gruncie rzeczy jest zwykłym bucem niepotrafiącym uratować własnego małżeństwa. Nadęty jak balon Q prawi głodne kawałki o tym, jak odnieść sukces, a redaktor Grady’ego na przemian próbuje uwieźć Jamesa i kombinuje, jak zrobić z niego gwiazdę, by ocalić własną zagrożoną pozycję zawodową.

Grady swoim zblazowaniem i artystycznym wypaleniem ukazuje bez retuszu to, co oni starają się maskować. Oczywiście jest jeszcze jedną małpą na targowisku próżności i godzi się z tym, ale mimo wszystko budzi pozytywne uczucia. Budzi je również dlatego, że podobnie jak Paul Sheldon też kiedyś wierzył w sztukę i w międzyczasie gdzieś źle skręcił. W książce Chabona ten wątek jest znacznie bardziej rozbudowany. W filmie otrzymujemy tylko sugestie. Widząc, jak ważne miejsce w życiu Grady’ego zajmuje zioło, domyślamy się, że w młodości karmił się złudzeniami hipisowskiej kontrkultury o wolności i poezji.

Niestety dziś jego serce bije z przyzwyczajenia. A jest to – jak trafnie zauważa James Leer – serce, które dawniej pobudzało innych, w tym również Jamesa, skłaniając go do aplikowania na uczelnię, na której wykłada Grady, a teraz nie jest w stanie pobudzić nawet samego siebie. I to zarówno do literatury, jak i do podjęcia wyzwania ojcostwa. Wymownym symbolem tego duchowego stuporu staje się ów manuskrypt gargantuicznych rozmiarów.

Ale oto Grady nieoczekiwanie dostaje od losu szansę. Jest nią właśnie James Leer. Mamy tu do czynienia z klasycznym motywem adepta i mistrza, który stopniowo przeistacza się w alegorię o poszukiwaniu zastępczego ojca i dojrzewaniu do bycia nim. James, tak jak każdy outsider, pragnie akceptacji, której nie otrzymuje w rodzinnym domu. Konfabuluje na potęgę, by zwrócić na siebie uwagę Grady’ego, a Grady, początkowo niechętny narzuconej mu przez chłopaka roli opiekuna i mentora, uczy się, czym jest odpowiedzialność za innego człowieka. Epizod z Jamesem stanowi dlań jakby kurs przygotowawczy do życiowego egzaminu, który niebawem przyjdzie mu zdać.

Ale James to oczywiście również młody pisarz, dla którego książki wciąż coś znaczą wbrew tyranii rzeczywistości. I oczywiście, jak to w takich historiach bywa, stanowi zwierciadlane odbicie Grady’ego z czasów, gdy on sam jeszcze widział sens literatury. Jemu jeszcze chce się chcieć, a jego ekscentryzm nie jest jedynie mitomańską pozą czy kamuflażem dla strachu przed odrzuceniem. Niestety wszyscy wiemy, jak zazwyczaj kończą udręczeni geniusze, jeśli nie uda im się zejść przed trzydziestką. I to, przy całej sympatii dla Jamesa, kładzie mi pewien cień na jego rozpoczętą w ramionach redaktora Grady’ego świetlaną przyszłość.

No ale, jak to mówią, póki życia, póty nadziei. Hemingway przetrwał zgubienie przez Hadley kufra z opowiadaniami, a nadwątlone od skrętów serce Grady’ego nie padło na zawał, gdy do edycji jego opus magnum wziął się wiatr, więc może i James się nie pogubi. Literatura jest – jak naucza Grady – sztuką dokonywania wyborów, co zbliża ją do życia, które przecież także jest nie lada tańcem na cienkiej linie.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Artur Boratczuk

    Mnie „Cudowni chłopcy” rozczarowali. Sztampa i nudziarstwo. W ogóle filmy o pisarzach, choć kuszą mnie tematyką, z reguły rozczarowują wykonaniem i rozwinięciem tematu. Zawsze to idzie w gruncie rzeczy w jakąś przewidywalną stronę. Jest tylko jeden jedyny wyjątek. Spośród ośmiu milionów filmów o pisarzach można odpuścić wszystkie i nic się nie straci, ale jeden trzeba oglądnąć. „Henry Fool”. Cudeńko, arcydzielicho. Zdaje się, że w żadnej polskiej telewizji tego nie pokazywali, łajdaki! Ale jest u gryzonia wersja z napisami, o jest, i to gładzi grzechy wszystkich piratów. Oglądajszen!

    • Ja „Cudownych chłopców” pierwszy raz zobaczyłem jakoś zaraz po ich powstaniu i wtedy nie wydawali mi się sztampowi. Wręcz przeciwnie. To było dla mnie coś zupełnie odkrywczego. Mnie fascynuje życie takich zamkniętych społeczności. Choć oczywiście zgoda, że są pewne motywy, które w tego typu historiach się powtarzają. Ale polecam ci książkę Chabona, jeśli nie czytałeś. W niej jest o wiele bardziej rozwinięty wątek Grady’ego. Zabawne, że tam etos pisarza uosabia facet, który wynajmował pokój u babki Grady’ego i produkował groszowe czytadła, bo potrzebował kasy na, zdaje się, chorą żonę czy coś w tym stylu. Później popełnił samobójstwo. Grady często go wspomina. Mi na przykład brakuje naprawdę porządnego filmu / serialu / powieści o polskich lyteratach w czasach komuny. To byłby temat! Gdybym umiał pisać powieści, sam bym się za taką wziął. Dzięki za polecenie filmu. Zobaczę w najbliższym czasie. Słyszałem też, że fajnie i nieszablonowo kwestię pisania i bycia pisarzem traktuje „Paterson” Jarmusha z ubiegłego roku. Trzeba będzie sprawdzić.