Publicystyka

Co wolno mówić o „Idzie”

Aż mi się dłonie zatrzęsły nad klawiaturą, kiedy wklepałem tytuł tego tekstu. No bo znów się, króliczku, pakujesz w jakieś afery. I to w imię czego? No w imię czego? – pytam. Tych paru, paruset, dodatkowych UU? Abo to warto z polemistami się handryczyć i fikołkami wątroby przypłacać otwarcie bloga i odkrycie, że już są, że kipią? Co to za interes, króliczku? I żebyś jeszcze ten film widział. Ale nie, zabierasz się do niego z pół roku i wciąż wam czemuś nie po drodze. Bo zawsze coś pilniejszego – nowy kanał na YouTube, któremu koniecznie trzeba dać suba, nowy odcinek podcastu z tygodniowego must-listen-or-die. Miałeś napisać o disco polo! Ale skoro na własne życzenie szukasz guza…

No dobrze, umizgi umizgami, ale sprawa jest rzeczywiście poważna i chyba jednak warta, by poświęcić jej kilka zdań mimo wciąż nieobejrzanego filmu i ryzyka najazdu. „Ida” to jeden z tych fenomenów, przy którym dyskusja toczy się zarówno o nim, jak i wokół niego. Również sam, traktowany na poziomie meta, problem, co i jak wolno mówić, co pewien czas wywołuje gwałtowne spory. Ot, chociażby ostatnio, gdy pewna pisarka ogłosiła, że zamierza pozwać do sądu blogera niewybrednie krytykującego jej twórczość. Kwestia niby wydaje się prosta aż do bólu. Można wszystko! Co kto chce i jak chce. Mamy wolność słowa – jeden z fundamentów zachodniej cywilizacji. Tak jest oczywiście tylko w teorii, bo praktyka, jak to ma w zwyczaju, coś jakby z lekka szwankuje. Przy „Idzie” ów zgrzyt słychać wyjątkowo mocno.

Film Pawlikowskiego chyba faktycznie musi mieć zadatki na arcydzieło, jeżeli każdy bierze z niego, co mu wygodne, i zarzeka się, że on i tylko on odczytał właściwie ukryty szyfr. Z lewa popłynęły głosy oburzenia, że reżyser chrystianizuje – a więc zawłaszcza (płachta na każdego lewaka) – holokaust, a z prawej – że kolejny przykład pedagogiki wstydu, bo brak Niemców, no i znów biedni Polacy w roli oprawców i złodziei żydowskich majątków. Idealny przepis na Oscara.

Jednak najzabawniejsze, że w całej tej kakofonii to ludzie, którzy mienią się umiarkowanymi i otwartymi, i którzy bez przerwy pouczają nas, wstrętnych jątrzycieli, jak powinna wyglądać kultura dialogu, najchętniej gardłują, jak ma brzmieć jedynie słuszna wykładnia „Idy”. Bo oto znany dziennikarz – znany m.in. z żarliwych nawoływań tu i tam do umiaru i ważenia racji – co prawda, w myśl wyznawanej przez siebie filozofii, dystansuje się od skrajnych poglądów, lecz rychło przechodzi do udowadniania, że te konserwatywne więcej mu niemiłe. To zresztą w ogóle ciekawy paradoks tzw. orientacji centrowej, wywodzącej się z tej części dawnych elit opozycyjnych obdarzonej miękkim podbrzuszem. Z reprezentującymi ją ludźmi wspaniale się toczy ezoteryczne dysputy, lecz gdy sytuacja wymaga jasnego zajęcia stanowiska, lewa noga może liczyć na ich większe wsparcie.

Jak każdy porządny polski centrysta, dziennikarz ów – okej, przyznaję się, chodzi o Jerzego Sosnowskiego – nie byłby sobą, gdyby przy takiej okazji nie wyciągnął z narodowej szafy czarnego luda antysemityzmu. Konstatuje na swoim blogu: „liczba otwarcie antysemickich wpisów, które leją się obecnie pod informacjami o sukcesie filmu, zapiera dech w piersiach, nawet jeśli ktoś wie, że to zjawisko się w ostatnich latach bardzo wzmogło.” Szczerze? Ja nie wiem, po prostu nie wiem, co z tym fantem począć.

Gdy ten argument zostaje wyłożony na stół, zawsze ogarnia mnie bezradność. To tak, jakby ci ktoś rzucił w twarz „jesteś głupi”. I jak tu się odnieść? Jak odpierać? Udowadniać, że nie jest się wielbłądem? Coraz trudniej mi rozgraniczyć, na ile owa zmora polskiej duszy jest realna – bo internetowych trolli biorę jednak troszkę w cudzysłów – a na ile pełni role batoga, którym liberalni intelektualiści od lat z niezłym skutkiem ćwiczą zakompleksiony ciemnogród. Jeżeli Polak ma położyć uszy po sobie, świśnięcie mu przed nosem antysemityzmem zwykle kończy sprawę. Zwłaszcza gdy „to zjawisko się w ostatnich latach bardzo wzmogło”. Jakie dane poza sieciowym hejterstwem, obnażającym jaskiniowy potencjał rodaków na absolutnie wszystkich poziomach, o tym świadczą, raczej się z wpisu Sosnowskiego nie dowiemy. Tak jest i już.

Nie jestem antysemitą. Nigdy nim nie byłem ani nie zamierzam nim zostawać. Jeden z moich ulubionych wykładowców na studiach był Żydem. Ale to i tak bez znaczenia, bowiem w myśl światłej doktryny, której hołduje Jerzy Sosnowski, jako Polak jestem nim w domniemaniu, na wszelki wypadek. Gdybym więc obejrzał „Idę” i doszedł na przykład do wniosku, że fałszuje obraz stosunków polsko-żydowskich, ryzykuję postawienie się w jednym szeregu z netowymi frustratami. Kiepska perspektywa. Lepiej siedzieć cicho.

„Idę” w ogóle nie za bardzo wolno mi czytać w kontekście historycznym, a już – nie daj Bóg! – politycznym. Kategorycznie, pod groźbą wykluczenia z grona rozsądnych, zabrania mi tego pewien bloger, który uświadamia, że „Ida” to przecież dzieło sztuki. A, jak ogólnie wiadomo, dzieł sztuki nie kala się rzeczywistością. Pomieszały nam się, drodzy państwo, dyskursy, gdyż do jedzenia zupy podchodzimy z widelcem. Naprawdę? Zarysowany tu podział na brzydkie tu i abstrakcyjne, wysmakowane Tam – a więc przestrzeń Kultury – mógłbym nawet spróbować uznać za przejaw artystowskiego pięknoduchostwa, gdyby nie deklarowana przez rzeczonego blogera lewicowość. Czyż to nie jego intelektualni mistrzowie forsują – ba, wręcz nakazują – interpretowanie sztuki w kategoriach najściślej społecznych? W porządku, być może odrobinę się czepiam.

Bo jemu przecież chodzi nie o polityczność jako taką – dozwoloną, a nawet promowaną przez bliskie mu ideowo kręgi – lecz o „siermiężną (czytaj – prawicową) propagandę”. To wszystko wina „drugorzędnych publicystów”, którzy „potrafią ukierunkować uwagę”. Cóż tu się dziwić więc, że powietrze, w którym z „Idą” obcujemy, jest „zanieczyszczone, stęchłe i niepokojąco toksyczne”. Zatruwa je prawicowy obłęd.

Wiecie co? Odechciało mi się już tej „Idy”. Zabierajcie sobie waszą „Idę”! Zabierajcie sobie waszą wypindrzoną, nadętą, czarnobiałą „Idę”! Jeśli miałbym do niej siadać z całym bagażem przedsądów, których przecież nie pozbędę się ot tak, pstrykając palcami, to już wolę, by mnie ta „wytworna paplanina” ominęła. Wsadźcie sobie więc waszą „Idę”, skoro musiałbym się już na „dzień dobry” mitygować, co mi o niej wolno powiedzieć, by ten czy inny mi nie pogroził. Ot i przekleństwo jazgotu naszego powszechnego. O tak, zdecydowanie lepiej było napisać o disco polo. Może następnym razem. Idę… sobie. Pa.

Polecam również