Publicystyka

Co w szerszej perspektywie można wywnioskować z afery Dekana?

„Wiadomości” poinformowały o… właściwie nie wiem, jak to nazwać… instrukcji? liście? okólniku? szefa koncernu Ringier Axel Springer Marka Dekana do polskich dziennikarzy pracujących w podległych mu mediach. Kilka portali opublikowało jego pełną treść. Zrobiło się, co zrozumiałe, duże poruszenie, bo choć tekst nie ma formy otwarcie instruktażowej – stąd moje problemy z jednoznacznym przystaniem na proponowane przez oburzonych prawicowych publicystów nazewnictwo – nie sposób zaprzeczyć, że zawiera pewien rodzaj wytycznych, jak należy przedstawiać miejsce Polski w UE i stosunek doń obecnego rządu.

Całość w zasadzie dałoby się zsumować w kilku punktach. Reelekcja Donalda Tuska była nie tylko jego osobistą wygraną, ale zwycięstwem części Polski, która odczuwa dumę z należenia do Unii. Wartości europejskie wygrały z populizmem, a sama Europa ma już dość cackania się z maruderami i malkontentami. Nie warto zabiegać o jedność za wszelką cenę. Rozsądni pójdą w awangardzie, a kto się waha, niech zostanie w tyle. Ma to kluczowe znaczenie dla Polski, która będzie musiała w końcu wybrać, czy – jak to obrazowo ujmuje Dekan – wjedzie na pas szybkiego ruchu, wolnego, czy może zboczy na parking. Bo i takowe mają się pojawić. I tu wkraczają… wolne media.

Wolne, czyli jednoznacznie opowiadające się za integracją europejską. Tu w zasadzie pojawia się najwyraźniejszy ton nakazu. Dekan pisze bowiem: „Pamiętajmy, że większość naszych czytelników i użytkowników należy do tej miażdżącej większości, która popiera członkostwo Polski w UE. Podpowiedzmy im, co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu (…) Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń.” A jest o co grać: odsetek niechętnych Unii szczególnie wzrasta w grupie wiekowej 18 – 24 lata. Wszystkiemu winni są populiści, którzy obrzucają Unię błotem, i niektóre media kreujące fałszywy negatywny obraz wspólnoty pogrążonej w kryzysie. „Są to kwestie, na które UE powinna zwrócić większą uwagę.”

Zacznijmy od tego, że – jak chyba wie już każdy – media mają swoje tzw. linie polityczne. Czy to jest dobre, czy złe, to temat na osobną dyskusję. Zresztą moim prywatnym zdaniem nie należy tego w ogóle w takich kategoriach rozpatrywać. Ani mitologizować pluralizmu. Pomijając wszelkie inne aspekty, spójrzmy na zagadnienie z czysto pragmatycznego punktu widzenia: lepiej, gdy w redakcji siedzą ludzie o mniej lub bardziej zbieżnych poglądach. A tego, że szef daje im pewne wskazówki, też bym się nie czepiał.

Problem w tym konkretnym przypadku leży oczywiście gdzie indziej, na co też już zdążyło zwrócić uwagę kilku komentatorów. To jest problem nadreprezentacji obcego kapitału w nominalnie polskich mediach. Problem tego, że siły zewnętrzne, uosobione w panu Dekanie, ingerują w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa. Że w sposób nawet niezbyt mocno zawoalowany usiłują narzucić pewną konkretną agendę, niekoniecznie zbieżną z tegoż państwa żywotnymi interesami. W tym kontekście nigdy zresztą dość przypominania, że wszak nie kto inny jak właśnie Niemcy, do których częściowo należy RASP, kilkanaście lat temu jak lwy bronili dziennika „Berliner Zeitung” przed zagranicznym przejęciem. Z kolei we Francji – przedstawianej nam jako rdzeń owej Europy szybkiego ruchu – istnieją ustawowe ograniczenia, wedle których udział zagranicznego kapitału w rynku medialnym nie może przekroczyć 20 procent.

Już samo to pokazuje, że tzw. Europa wielu prędkości nie jest żadną wytyczną na przyszłość, lecz praktyką stosowaną od lat. To bodaj najbardziej klarowne zanegowanie idei równości. Dążenie do integracji wcale nie zatarło starych podziałów na cywilizowany, niosący postęp i oświecenie zachód i peryferyjny wschód, traktowany trochę jak półdzika kolonia, którą to w imię humanizmu trzeba odrobinkę podciągnąć ekonomicznie i kulturowo, a raz na jakiś czas zdyscyplinować, żeby za dużo sobie nie myślała. Wszyscy to instynktownie czujemy. I oni, i my. Ta przepaść jest faktem, który coraz trudniej ukrywać pod polorem układności, zwłaszcza w obliczu obecnego przyspieszenia.

Ale to też nie stanowi sedna. Tkwi ono bowiem w iście bałwochwalczej wierze, że UE jest – jak w prostych żołnierskich słowach ujął Ryszard Petru, wzywając z trybuny sejmowej rząd do poparcia Tuska – najlepszym projektem politycznym w historii. Sceptyk i ironista zaraz by wbił tutaj szpileczkę, że niepierwszym i, znając skłonność naszego gatunku do bujania w obłokach, zapewne nieostatnim. Niemniej z tej perspektywy – pomijając oczywistą bzdurę odnośnie „wolnych” mediów – intencje Dekana wypada odczytywać jako z grubsza szczere. On i jemu podobni naprawdę są święcie przekonani, że Unia to propozycja bez alternatywy.

Mówi nam to coś ważnego zarówno o mentalności tych ludzi, jak i o kierunku, w jakim dziś zmierza zjednoczona Europa. A jest to kierunek ewidentnie totalitarny, oparty na utopijnych ideach, które dają podwaliny pod każde imperium, i które, paradoksalnie, chyba wcale nie są aż tak dalekie od „koncertu mocarstw”, na który integracja w pierwotnym zamyśle miała być antidotum. Koncert w istocie wcale się nie skończył, orkiestra zmieniła jedynie instrumenty i, chwilowo, tonację.

Zauważmy, co się dzieje z podstawowymi pojęciami, takimi jak właśnie Europa, wolność czy równość. Zostają całkowicie zawłaszczone. Ich pole znaczeniowe arbitralnie zakreśla projekt. Każde ich użycie poza zdefiniowanymi przez niego granicami jest nieuprawnioną uzurpacją, a ci, którzy się na to poważają, zostają natychmiast spostponowani jako populiści. Nawiasem mówiąc, ten termin zaczyna w europejskiej nowomowie robić zawrotną karierę. Wypiera już powoli „faszystów”, choć, rzecz jasna, cały czas spełnia dokładnie taką samą stygmatyzującą funkcję. I to nie jest dobry prognostyk.

Ale Dekan w swej bezgranicznej arogancji głosiciela jedynie słusznej drogi popełnia jeszcze jeden fundamentalny, i w jakiś sposób typowy dla totalitarnego myślenia, błąd. Bo gdy pisze, że większość Polaków popiera członkostwo Polski w UE, kompletnie ignoruje fakt, że w tej rzeczywiście dominującej grupie mogą się znajdować ludzie, którzy zapytani o opuszczenie Unii owszem wyraziliby się jak najbardziej negatywnie, niemniej wskazaliby na konieczność głębokich zmian. W dualistycznej optyce nie ma jednak na takie subtelne niuanse miejsca. Są tylko biorący wszystko „po całości” entuzjaści i wrodzy populiści.

Znamiennym odzwierciedleniem tego mechanizmu są usilne próby wykreowania narracji o antyeuropejskości PiS, mimo że trudno znaleźć na tzw. prawicy – nie tylko zresztą polskiej – bardziej prounijną partię. Trudno również polemizować z oczywistym twierdzeniem, że jako wspólnota jesteśmy lepiej przygotowani do stawiania czoła globalnym wyzwaniom aniżeli w pojedynkę. Choć niekoniecznie musi to równać się zbudowaniu superpaństwa pod dyktatem starych dyrygentów.

Tylko że dzisiejsi unijni ideolodzy – tacy jak między innymi Mark Dekan – już dawno stracili minimum zdrowego rozsądku, które dzieli pragmatyzm od fanatyzmu. Dla nich zjednoczona Europa nie jest już kwestią strategii, lecz swego rodzaju metafizyką, a wręcz – jeśli wczuć się w ton jego listu – eschatologią. I tylko pomyśleć, że on takie natchnione apostolskie elaboraty rzekomo wysyła swoim podkomendnym co tydzień. A nawet nie mieszka na terenie UE.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również