Co się stało z Jonną L

Byłem smutnym, zakompleksionym i wściekłym czternastolatkiem. Kompleksy powodowała tusza, smutek i wściekłość – śmierć dziadka rok wcześniej. Od kilku lat kochałem się na zabój w pewnej dziewczynie. Nigdy nie odważyłem się wyznać swych uczuć. Po pogrzebie dziadka zakochałem się w mroku. Zacząłem nosić czarne ubrania, słuchać ciężkiej muzyki i hurtowo oglądać horrory. Im więcej flaków, tym lepiej. A szczególnie upodobałem sobie te o zombie. Postać żywego trupa budziła we mnie paraliżujące przerażenie zarówno przez sam fakt, że to, co było już martwe, nagle wstaje i zaczyna mordować, jak i poprzez to, że zanim umarło, było zwykłym człowiekiem. Psycholog miałby tu nienajgorsze pole do popisu.

To był początek lat dziewięćdziesiątych – istny raj dla takich dzieciaków jak ja. Po rozpadzie komunizmu zachodnia popkultura, przedtem ledwie ciurkająca, dosłownie nas zalała, psując nasze młode umysły. Lawinowo wydawano amerykańskie bestsellery, jak również od groma śmiecia w taniutkich, źle przetłumaczonych, rozlatujących się broszurkach. Takie nazwiska jak Guy N. Smith i oficyny wydawnicze w rodzaju Phantom Pressu do dzisiaj u wielu z nas budzą dreszcz nostalgii. Nie ma co, piękne doświadczenie pokoleniowe. No i te filmy! Na kasetach z osiedlowych wypożyczalni, w sobotnim kinie nocnym.

Mieszkańcy Warszawy i okolic mieli coś, czego nie miał nikt inny. W naszych telewizorach zagościł Top Canal. Wszedł zarówno do kablówek, jak i do nadawania naziemnego, znacznie przyczyniwszy się do rozkwitu handlu antenami siatkowymi, które najlepiej go odbierały. Ci, którzy dziś nazywają go piracką stacją, plamią się niewybaczalnym grzechem ahistoryzmu. W tamtym półdzikim świecie badziewia z łóżek polowych i wibratorów sprzedawanych jako lek na ból głowy i dolegliwości reumatyczne pojęcie praw autorskich najzwyczajniej nie istniało. Top Canal wyemitował sporo filmów zaraz po ich kinowej premierze, okraszając je fatalnymi przekładami i jeszcze bardziej kiepsko brzmiącymi lektorami. Podejrzewam, że puszczali je z VHS.

Większość horrorów obejrzałem właśnie tam. A którejś nocy zobaczyłem ją – roześmianą i… martwą. „Kiedy wybije północ” było jeszcze jednym produkcyjniakiem skręconym w połowie poprzedniej dekady przez ABC na halloweenowy wieczór. Grupa licealistów recytuje dawne zaklęcie, zombiaki wstają z grobów i rozłażą się po sennym prowincjonalnym miasteczku. A wśród nich ona.

Sandi Mathews wcale nie chciała dusić i gryźć. Nietknięta rozkładem, ubrana w wintydżowy strój cheerliderki ze złotych lat rock’n’rolla, pragnęła jedynie zakochać się i zatańczyć ostatni raz. Jak to w takich bajeczkach bywa, najładniejsza dziewczyna w liceum w końcu odnajduje namiętność w ramionach klasowego kujona. Nie mogło być inaczej i tu. Nic to, że po ulicach wałęsają się hordy upiorów, a halloweenowa impreza z minuty na minutę przeradza się w bal głodnych osocza sztywnych – oni musieli się spotkać. Nazwij to kismet, dziecino. Wybranek Sandi do końca się nie orientuje, kim jest tajemnicza blond piękność, a ona, w akcie heroizmu i poświęcenia, pomaga mu odwrócić działanie klątwy. Widział ktoś chusteczki?

Dwadzieścia lat później postanowiłem odnaleźć aktorkę, która ją grała. Nie wiem, czy jest to sprawa wieku, czy utraty rodziców – a może jedno i drugie pospołu – ale coraz chętniej robię wycieczki w przeszłość. Tak jakbym chciał odnaleźć zerwaną łączność z tamtym sobą lub po prostu jeszcze raz przylgnąć do dni, które najbardziej kojarzą mi się z mamą. Pełno jej w tych wspomnieniach. I w artefaktach tamtej epoki, których niewiele mi już zostało. Jednym z nich jest właśnie ten słabiutki film.

Kiedy zacząłem przeczesywać Internet – anglojęzyczny, bo w polskim nic interesującego nie znalazłem – spotkało mnie kilka zaskoczeń. Okazało się, że nie tylko ja szukam Jonnny Lee. W latach osiemdziesiątych była dość popularną „girl of the week” w kilku serialach, które i ja musiałem widzieć, jednak jakimś cudem utkwiła mi w pamięci w roli dobrej upiorzycy. I nie tylko mnie! Przecierałem oczy ze zdumienia, znajdując na kilku forach i blogach zaciągające tęskną nutą recenzje „The Midnight Hour”. Wie może ktoś, co się stało z Jonną Lee? – pytano na jednym z nich. Zniknęła, przepadła jak kamień w wodę.

Moje śledztwo nie trwało długo, a rozwiązanie tajemnicy było na wyciągnięcie ręki. Chcesz wiedzieć, co się stało z Jonną Lee? Zajrzyj do Wikipedii. Jonna Lee ma w niej swój biogram. W Sandi wcieliła się, mając 22 lata. To akurat nie dziwota. W takich produkcjach nastolatków na ogół kreują dorośli aktorzy. A pod hasłem – a niech mnie – linki! Do jej strony domowej i Facebooka.

Po rozstaniu z Hollywood Jonna Lee została rzeźbiarką. Na swojej witrynie pisze, że w 1989 roku spłynęło na nią olśnienie. „Moją prawdziwą miłością była sztuka! Odrzuciłam skrupuły i złożyłam podanie do Otis College of Art. Przyjęli mnie. Harowałam ciężej niż podczas moich najdłuższych, dwudziestosześciogodzinnych sesji na planie.” Jej zainteresowania skierowały się ku rzeźbie. Później zapragnęła rodziny. Wyszła za mąż za swoją szkolną miłość. Urodziło im się dwoje dzieci. Zamieszkali w Burbank w stanie Kalifornia, gdzie Jonna Lee rozwijała karierę artystyczną. Na stronie są zdjęcia kilku jej dzieł. Nie wiem, co o nich sądzić.

Swój profil na Facebooku Lee aktualizuje rzadko. Lecz z tych nielicznych postów wyłania się obraz osoby nader charakternej. Na jej osi czasu jakieś petycje, odezwy, bojowe wezwania do walki. Zdjęć niedużo. Na jednym Lee jest z kilkuletnią córeczką. Chyba wyprawia ją na jakiś bal maskowy. Zastanawiam się, czy w jej rysach rozpoznałbym Sandi, gdybym trafił na jej profil, nie wiedząc wcześniej, kim jest. Podobny problem mam zresztą z jej fotką na stronie.

Nieomalże automatycznie najeżdżam myszką na przycisk „Wiadomość”. Otwiera się okienko czatu. Cholera, co ja miałbym jej napisać? Oto dylemat, przed jakim staje każdy fan, jeżeli nie chce wyjść na idiotę i producenta frazesów. Poza tym cała postawa Lee wskazuje, że zerwała z dawnym życiem i raczej nie chce do niego wracać. A tu nagle jakiś wariat z dalekiej Polski wtrynia się z buciorami, wyciąga jakieś sprawy sprzed lat, o których zdążyła już zapomnieć. Zamykam pocztę, ale po namyśle znów ją otwieram i klepię w klawisze. Nic oryginalnego. Że widziałem, że pamiętam. Oczywiście dołączam standardowe przeprosiny, że tak ni w pięć ni w dziewięć. Wysyłam. Poszło.

Nie spodziewam się odpowiedzi, toteż nie czuję rozczarowania, kiedy po czterech miesiącach nadal nie nadchodzi. Zdziwię się, jeśli pewnego dnia Jonna Lee jednak się odezwie. Wcale na to nie czekam. W gruncie rzeczy nie o to chodziło. Może zresztą w ogóle nie odebrała mojej wiadomości. Biorąc pod uwagę częstotliwość jej bywania na Facebooku, jest to możliwe. Ale może kiedyś ją przeczyta. Może nawet melancholijnie się uśmiechnie. A może popuka się w czoło. Nieważne. Nazwij to kismet, dziecino.

Polecam również

  • Marcin Królik

    Małe postscriptum. Nie, nie dostałem odpowiedzi od Jonny Lee. Jednak wklejając linki do tekstu, odkryłem, że jest na Facebooku poświęcony jej fan page. Nie wiem, czy prowadzi go ona sama, czy ktoś inny, lecz jeśli to pierwsze, to chyba znaczy, że też wspomina dawne czasy z czułym sentymentem. O Sandi też tam jest.

  • Paweł

    Też pamiętam tamte czasy 🙂 ech fajnie wtedy było 🙂 czytało się i oglądało te wszystkie śmieci. Film, o którym piszesz też kojarzę – jest zresztą w całości na YT. Strasznie mi się śmiać chciało z tego frajera w okularkach, że do końca się nie pokapował z kim ma do czynienia. Ja też bym tej dziewczyny nie skojarzył z innymi filmami czy serialami, a podobno np wystąpiła w Airwolfie.
    Pozdrawiam 🙂

    • Marcin Królik

      Dziękuję, Panie Pawle, za odwiedziny. Na razie straszne puchy tu panują. Pan dostąpił niewątpliwego zaszczytu bycia pierwszym komentatorem. Ja też – tak jak napisałem – Jonny Lee nie mogę skojarzyć z żadnego serialu. A takiego „Airwolfa” oglądałem namiętnie. Teraz wracam do tamtych starych czasów, ale właśnie po to, by wskrzesić klimat epoki, wzmocnić wspomnienia. Potrzebuję tego psychicznie. Również pozdrawiam.

  • Mirka

    Będzie, gdzie wpaść:) Fajnie tutaj.

    • Marcin Królik

      Jeśli ktoś mi tak pisze ledwie po tygodniu od otwarcia strony, to jest duże zobowiązanie. Postaram się nie zawieźć. I oczywiście proszę wpadać. Planuję w miarę regularne dostawy świeżego towaru.

      • Kasia

        Panie Marcinie.
        Trzymam Pana za słowo i będę z niecierpliwością czekać na Pana świeżuteńki towar. To dopiero Pana początek na nowym SWOIM MIEJSCU, a ja już na dobre się tu u Pana zadomowiłam, będę czytać regularnie bo mamy takie coś jak subskrybowanie, więc na pewno nic mi nie umknie, no chyba, że net mi padnie, Pozdrawiam Pana serdecznie.

        • Marcin Królik

          A to nagle komentatorami sypnęło! No miło, miło. Rzeczywiście zachęcam do subskrypcji. Na razie chęci są duże, a jak to będzie iść, czas pokaże.

  • Aneta

    Słodkie 😉 odpisała ?

    • Niestety nie. Ale tak jak pisałem, odpowiedź chyba zniszczyłaby czar, więc może niech lepiej milczy.

  • Pingback: Staro- i noworocznie – Marcin Królik()

  • Pingback: Otwieracz pamięci – ZAPISKI POJEMNE()