Co po latach zobaczyłem w „Zmiennikach”

Szukałem jakiegoś filmu na sobotni wieczór. Kilka razy przetrząsnąłem całą płytotekę, ale nic mi nie pasowało. Wreszcie trafiłem na nagranych na dwóch płytach „Zmienników”, których kiedyś podarował mi znajomy. Żadne tam oryginalne wydanie – zresztą nawet nie wiem, czy takie w ogóle istnieje – po prostu zapis z TV Polonia z anglojęzyczną listą dialogową. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu „Zmiennicy” chyba dość często lecieli w telewizji, na ogół właśnie na TV Polonia. Pomyślałem: w sumie czemu nie. No to urządziliśmy sobie z lepszą połówką małą podróż sentymentalną przez dwa weekendy.

A jak „Zmiennicy”, to, ma się rozumieć, i Stanisław Bareja. Mi jakoś nigdy nie było z nim po drodze. Nie to, żebym go nie cenił czy nie lubił. Mam kilka jego filmów, a niektóre jeszcze w latach 90 oglądałem w telewizji. Tyle że wtedy jego poetyka nie zgrywała się z moim gustem ukształtowanym przez amerykańską papkę, a kiedy na przełomie wieków potencjalnie byłem w stanie zrozumieć, o co w niej szło, odstręczył mnie panujący wówczas wokół Barei swoisty kult, którego wyrazem była między innymi książka Wojciecha Łuczaka. Już tak mam. Z tego powodu na przykład długo wzdragałem się przed zobaczeniem „Rejsu”. „Misia” – o, zgrozo! – nie widziałem do dziś, choć powoli dojrzewam, by ten seans odbyć.

Ze „Zmiennikami” było inaczej. Kiedy pod koniec lat 80 pierwszy raz pokazała ich telewizja, byłem już wystarczająco, powiedzmy, duży, by zezować dorosłym zza pleców, a zarazem na tyle wciąż niepopsuty różnymi Szwarcenegerami, Vandamami czy Stalonami, aby rodzimych produkcji nie traktować jako z definicji gorszego sortu. Również dlatego do dziś cieplej myślę o „Zmiennikach” niż o emitowanych niewiele wcześniej „Alternatywach 4”, choć jest raczej ogólna zgoda, że „Zmiennicy” to już jedynie recykling, samopowtarzanie się schyłkowego i wypalonego Barei, który zresztą niedługo po ukończeniu zdjęć do tego serialu zmarł.

Ale jest – jak przypuszczam – jeszcze jeden czynnik, który sprawił, że „Zmiennicy” zajęli tak szczególne miejsce w moim sercu i pamięci. To serial, by tak rzec, bardzo, a wręcz na wskroś, warszawski. Ja wtedy akurat codziennie dojeżdżałem do Warszawy do szkoły, więc po prostu to, co oglądałem na ekranie telewizora, stanowiło moją, przeniesioną niemal w stosunku jeden do jednego, współczesność. Na czele z podróżą, jaką Jacek Żytkiewicz musiał każdego ranka odbywać, by dotrzeć do pracy w WPT. No, może poza przeprawianiem się łódką przez rzekę. I zawsze później przede wszystkim chyba tej Warszawy z przełomu dekad poszukiwałem. Jej frenetycznej atmosfery, jej na poły przaśnego, a na poły nowoczesnego wizerunku. Z biegiem czasu coraz bardziej jako tak dobrze znanego mi w dzieciństwie świata, który już przeminął.

No i, rzecz jasna, ludzie. Te charaktery, które dziś wydają się tak groteskowe. Ta kolejkowo ciułacza mentalność. Znałem ich. Byli wszędzie wokół. Byli naszymi znajomymi, sąsiadami, współpasażerami w pociągu, klientami w sklepie. Naprawdę nie wydawali mi się aż tak znów przeszarżowani. Podobnie, nawiasem mówiąc, jak sytuacje, w których brali udział. Docent z teczką pełną kremów Nivea? Czemu nie. Babki, które w taksówce rozmawiają o braniu kartek na zmarłego męża? Słyszałem takie dialogi na żywo. Małżeństwo, które kupuje przemysłowy ekspres do kawy, bo tylko to jest na składzie? Moja mama też chomikowała różne rzeczy, bo akurat były.

Ciekawym doświadczeniem, i dla mnie chyba w pewien sposób granicznym dla postrzegania tego serialu, było oglądanie jednego z jego odcinków w towarzystwie dwóch Brytyjek. Było to właśnie na TVP Polonia, więc przynajmniej rozumiały, co się mówi. Oczywiście dla nich największe zaskoczenie stanowiło to, o czym Bareja prawdopodobnie w ogóle nie myślał, a więc fakt, iż w ustroju komunistycznym filmowcy podejmowali tak ważkie dla mieszkańców zachodniego świata kwestie jak transseksualizm czy dyskryminacja ze względu na płeć. Dość były rozczarowane, gdy im tłumaczyłem, że raczej nie do końca o to szło.

Nie wiem i nie podejmuję się rozstrzygać, jak szerokie były faktyczne horyzonty oraz intencje Barei, ale wspominam o doświadczeniu z Brytyjkami, bo uczucie, że zawarł w fabule więcej niż zamierzał, wyjątkowo się we mnie podczas tej ostatniej powtórki natężyło. Sentyment był, owszem, ale jakby mniej. Dominowała refleksja, że mam do czynienia z niezwykle gorzkim – i będę się upierał, że akcent ów właśnie w „Zmiennikach” wybrzmiał szczególnie – portretem społeczeństwa zniszczonego przez totalitaryzm.

Zostawmy już słynne absurdy PRL zmuszające ludzi do tak osobliwych z dzisiejszego punktu widzenia zachowań jak wylewanie benzyny, udawanie, że się pracuje, w myśl świętej zasady „czy się stoi, czy się leży”, karkołomne kombinacje mieszkaniowe. Pomińmy tak znamienne dla każdej dyktatury życie w permanentnym rozdwojeniu między oficjalną wykładnią a tym, co robisz, mówisz i myślisz za zamkniętymi drzwiami. To są rzeczy raz, że oczywiste, a dwa – mimo wszystko mniej lub bardziej charakterystyczne dla każdego ustroju. Machnijmy ręką na banalny fakt, że ludzie się na to godzą, a nawet traktują to poniekąd jak sytuacje naturalną. Prawdziwym źródłem koszmaru jest to, że mamy do czynienia ze społeczeństwem złamanym, zatomizowanym, rozbitym.

Ma to szczególne znaczenie w kontekście czasów. Jest końcówka lat 80, panuje wielka smuta po spacyfikowanym przez stan wojenny karnawale Solidarności, ludzie skarleli, wycofali się do swoich prywatnych nisz. I, o dziwo, w serialu jest na ten temat kilka wzmianek. W jednej ze scen dawny zmiennik Jacka wspomina, że „chłopaki z zakładowej Solidarności” pomagali mu remontować wóz. W innej dyrektor państwowego wydawnictwa jakby półgębkiem mówi asystentce o „podejrzanym” drugim obiegu. Co ciekawe, zaraz potem pada z jego ust zdanie, że potrafi wszystko zapomnieć, co bardzo się dziś przydaje.

Najwymowniejszą metaforą duchowej dewastacji dokonanej przez komunizm jest tutaj pałac Radziwiłłów w Zatorach, w którym Jacek wynajmuje kąt. Zrujnowany, zamieniony w melinę przez zarządcę Mastalerza, symbolizuje dokonany przez władzę ludową gwałt na historycznej ciągłości, przecięcie więzi z konstytuującymi wspólnotę korzeniami. Znamienne jest ponadto, że dopóki pałac pozostaje państwowy, Mastalerz nie dość, że ma go, kolokwialnie mówiąc, w dupie, to jeszcze sam pomaga mu ginąć, ale gdy tylko przechodzi na jego własność, świńskie oczka od razu mu rozbłyskują i każe z powrotem zakładać zerwane wcześniej dachówki.

Zresztą podejście do historii w ogóle jest w „Zmiennikach” nader intrygujące. Z jednej strony mamy do czynienia z jej faktyczną amputacją, z drugiej widać jakieś ogromne jej łaknienie. I to zarówno przez system, który stara się wprząc ją do swojej propagandowej machiny, czego wyraz stanowi przewijający się w serialu wątek kręcenia filmu o Jagielle, jak i przez samych ludzi. Kiedy Jacek zabiera Kasię do Zatorów, zamiast prawić jej komplementy, robi wykład z historii, zaś w odpowiedzi na rzuconą przez nią niby półżartem uwagę, że musi lubić historię, wygłasza sentencję, że wszyscy musimy. A na dodatek kulminacją randki bynajmniej nie jest pocałunek, lecz odkopanie skrzyni z dobrami rodowymi Radziwiłłów.

Wszystko to składa się na poczucie utkwienia w jakimś zbudowanym z paradoksów klinczu. Dodatkowo pogłębione tym, że cementujący go ustrój de facto znajduje się w fazie rozkładu, że trwa wyłącznie siłą własnej inercji. Nikt już w nic nie wierzy, poczynając od taksówkarzy, a na przedstawicielach nomenklatury kończąc, mimo to każdy odtwarza wyuczone schematy – jedni, bo im się taki układ najzwyczajniej opłaca, inni, bo po prostu inaczej nie umieją. Tak wygląda u Barei koszmar spełnionej utopii, której ideologiczny rdzeń już dawno zgnił, a jego zatrute opary paraliżują wolę.

No ale – jak to w czołówkowej piosence – coś być musi, do cholery, za zakrętem. Jakaś nowa rzeczywistość powoli majaczy, rysuje się. Jej zapowiedzią są dolary płynące obficie w niemal każdym odcinku. Jacek i Kasia niedługo zderzą się z brutalną machiną kapitalizmu i jeżeli nie odkryją słodkiej tajemnicy fotela kierowcy w ich nowym fiacie 125p, może być z nimi raczej krucho. Uwłaszczony na „panach” Mastalerz zostanie krezusem hotelarstwa. No a najlepiej na swoje zapewne wyjdą narkoprezes Kłusek oraz towarzysz Michalak aka Ciapulek. Niebawem awansują na Europejczyków pełną gębą.

Za jakieś 20 lat może odnajdziemy ich w szeregach Platformy Obywatelskiej, a później – kto wie – może nawet mężnie wypną pierś w obronie demokracji. I tylko szkoda, że nie znajdzie się drugi Bareja, który by to in statu nascendi przyszpilił.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Nie do wiary ! Mam teraz wątpliwości czy aby na pewno jesteś Polakiem…