Ciszej nad tymi spojlerami

Spojlery nigdy nie stanowiły dla mnie problemu. Obcując z tekstami kultury, zwracam uwagę na inne aspekty niż to, kto zabił lub kto okazał się nie tym, za kogo początkowo się podawał. A choć rozumiem ludzi, którzy spojlerów jednak wolą unikać, trudno nie zauważyć, że walka z nimi urasta niekiedy we współczesnym świecie do rozmiarów absurdu. Dowodem na to jest choćby podany przez Onet news o zbieraniu we Włoszech podpisów pod petycją wzywającą do uznania ujawniania zakończeń filmów i seriali za przestępstwo. Przyznam, że czytając go, przecierałem oczy ze zdumienia.

A jeszcze bardziej zdziwiło mnie – by nie powiedzieć przeraziło – stwierdzenie, iż „taki apel wielu telewidzów i kinomanów od dawna chciało podpisać, ale nikt nie miał dotąd odwagi, by z nim wystąpić”. Gdyby faktycznie miało się to okazać prawdą, oznaczałoby, że osiągnęliśmy kolejny poziom charakterystycznej dla zachodniej cywilizacji manii regulowania wszystkiego za pomocą najrozmaitszych bzdurnych przepisów i dyrektyw. A w praktyce równałoby się po prostu cenzurze, którą można stosować na przykład wobec takich ludzi jak ja, dokonujących na swoich blogach czy gdziekolwiek indziej ciut głębszych interpretacji wytworów kultury masowej.

Czasem, by powiedzieć o książce lub filmie coś więcej, niż tylko kanoniczne „podobało się / nie podobało się”, trzeba wejść w szczegóły historii. Gdyby więc włoska propozycja jakimś cudem znalazła odzwierciedlenie w prawie – a nie daj Bóg w prawie unijnym – potencjalnie za choćby mój tekst o „Innych” mógłbym dostać grzywnę. A licho wie, czy sąd nie nakazałby mi go usunąć. No, chyba że wprowadzono by jakieś okresy ochronne, na przykład trzy lata od premiery. Dobra, hamuj! Nie podsuwaj im pomysłów!

Nie twierdzę, że problem nie istnieje. W zalewającym nas codziennie potoku informacyjnych szumów, w tym wirującym bez przerwy wirtualnym maglu, w którym wszyscy, chcąc lub nie, uczestniczymy, nie sposób cokolwiek ukryć. Tak czy siak każda rzecz gdzieś wylezie, potem zostanie udostępniona przez fanów albo skopiowana przez zapierdzielającego na śmieciówce mediaworkera i zaczyna żyć własnym życiem. Problem spojlerów jak najbardziej jest, tyle że – powiedzmy sobie szczerze – sam w sobie jest tak naprawdę marginalny i nie byłby w ogóle wart poruszania, gdyby nie pewne implikacje, jakie ewentualne próby ręcznego ukrócenia go ze sobą niosą.

Oczywiście doskonale wiemy, czym kieruje się przemysł rozrywkowy. Jest to rządza zysku, a takie prawodawstwo wyśmienicie zabezpieczałoby interesy wytwórni, studiów i wydawnictw. Byłby to więc jeszcze jeden krok w kierunku totalnego urynkowienia kultury. Już nie tylko na etapie, by tak rzec, produkcyjnym, ale i w mentalności jej odbiorców. Co zresztą i tak już się dzieje. Kilka lat temu głośna była sprawa właścicieli pubu o nazwie Hobbit w Southampton, straszonych przez prawników z Hollywood pozwami o rzekome pogwałcenie praw autorskich poprzez nielegalne użycie znaku towarowego. Jeśli podobne projekty jak ten z Włoch zyskają aprobatę, w przyszłości nikomu nawet nie przemknie myśl o tak potwornej zbrodni.

Mogę też sobie z łatwością wyobrazić akademickich badaczy popkultury, którzy nieopatrznie – w pracy doktorskiej czy na konferencji – ujawnią zakończenie najnowszej części sagi „Star Wars”. Co ich czeka? Też grzywna? Obcięcie stypendium? Wydalenie z uczelni? Tak, wiem, że przesadzam, lecz kompletna groteskowość, jaką pachnie ten koncept, sama mi to narzuca. A może – że puścimy wodzę fantazji na całego – trzeba będzie wykupywać specjalne licencje na wykorzystanie objętych ochroną szczegółów fabuł, tak jak dzisiaj wykupuje się prawo do publicznych emisji filmów lub muzyki. Jak szaleć, to szaleć.

Ten temat ma jednak jeszcze inny wymiar. Bardziej antropologiczny. Zatrącający o to, co robi z nami rozwój mediów. W ciągu ostatnich kilkunastu lat radykalnie zmienił się sposób, w jaki konsumujemy kulturę. Zanim film wejdzie do kin, właściwie już wszystko o nim wiadomo, a niekiedy zdarza się wręcz, że publikowane w Internecie teasery i trailery sprzedają nam go w pigułce w taki sposób, że potem już właściwie nie ma sensu go oglądać. Albo przeciwnie: tak dalece go zakłamują, że gdy już obejrzymy, czujemy się zawiedzeni. Coraz trudniej oddzielić również widoczne na ekranie postacie od kreujących je aktorów. Wiemy, jakie mają nałogi, poglądy polityczne, w jakie akcje charytatywne się angażują. I nie tylko wiemy – musimy to wiedzieć, to jest jak gdyby integralny składnik produktu, wszyty weń.

Jako nastolatek doskonale obywałem się bez wiedzy, kim jest Schwarzenegger. Nie była ona mi potrzebna do cieszenia się „Terminatorem”. Coś tam się o gwiazdach słyszało, plotki bądź kulisy realizacji były obecne w telewizji i gazetach, ale nie występował element presji. Mimo wszystko ważniejszy był sam film oraz swoboda wchodzenia z nim w interakcję. Niby miało się świadomość, że za bohaterami kryją się realni ludzie, a za bardziej efektownymi scenami – technika, ale to egzystowało w zupełnie innym świecie, który w ostatecznym rozrachunku nie był niezbędny do szczęścia.

Jasne, że byliśmy ciekawi. Również tego, kto zabił. A im szerzej otwierały się medialne okna, tym bardziej ta ciekawość rosła. Aż w końcu wahadło wychyliło się na przeciwny biegun i zapanował przesyt. Poniekąd – z czysto ludzkiego punktu widzenia – rozumiem próby tamowania go. Tylko że pewnych zmian się nie zatrzyma. Dynamiczny rozwój technik komunikacyjnych wymusza wypracowywanie adekwatnych modeli zachowań. Ale powątpiewam, czy najodpowiedniejszym jest zawracanie Wisły kijem.

Polecam również