Być jak Lee Child, być jak Marek Nowakowski

Jeden zmarł cztery lata temu. Odszedł zupełnie zapomniany, jeśli nie liczyć szeroko pojętej prawicy, do sympatyzowania z którą popchnęła go surowa ocena polskiej rzeczywistości po okrągłym stole. Prawica, pomimo coraz bardziej sprzyjających jej wiatrów, w 2014 roku była jednak wciąż w kulturowej i medialnej defensywie, toteż i nie dziwota, że poza jej obiegiem ograniczono się jedynie do lakonicznych notek informacyjnych. Dzisiaj autor „Księcia nocy” doznaje spóźnionej pośmiertnej rehabilitacji. Mówi się i pisze o nim w mediach, TVP Kultura poświęca mu weekendowe pasmo, a Iskry wydają zbiór jego najlepszych opowiadań, który chyba sobie kupię.

Drugi tworzy, choć może bardziej adekwatne byłoby określenie „produkuje”, bestsellerowe kryminały, tłumaczone na wiele języków i sprzedawane w milionowych nakładach. Stanowi kwintesencję wszystkiego, czym tabuny polskich (i zapewne nie tylko polskich) grafomanów snujących się po sieci pragnęłyby być, lecz nigdy nie będą. Ostatnio przemknął przez nasz kraj w ramach promocji swojej najnowszej powieści „Nocna runda”. Z tej okazji udzielił kilku wywiadów, w których z asertywnością charakteryzującą ludzi sukcesu opowiadał, że wie, co kręci czytelników, i że po wyrzuceniu z telewizji żona dała mu rok na rozpoczęcie kariery, co w różnych wariantach – u Deana Koontza było to, zdaje się, pięć lat – już słyszeliśmy.

Lubię obu. Choć oczywiście każdego z innych powodów. Childa czytuję – tak, przyznaję się – gdy chcę odpocząć od trudnych spraw. Przy okazji muszę się przyznać, że w kryminałach i sensacji – których to gatunków, przynajmniej w wersji książkowej, jakoś nigdy szczególnie nie poważałem – zacząłem tak naprawdę gustować dzięki pracy w radiu. I proszę się tutaj absolutnie nie dopatrywać żadnego drugiego dna albo ukrytych sugestii, że marzyło mi się ukatrupienie kogoś. Po prostu potrzebowałem odskoczni. A że z fantastyki wyrosłem i mój akcent przesunął się ku realizmowi – tak, zdaję sobie sprawę z umowności tego pojęcia w odniesieniu do rzeczonej literatury – kryminały przyszły jak znalazł.

Nowakowskiego „liznąłem” w szkole i później, nieco szerzej, na polonistyce. W podręczniku do klasy maturalnej były fragmenty „Raportu o stanie wojennym”. Na studiach omawialiśmy jeszcze kilka innych rzeczy, lecz już dokładnie nie pamiętam co. Dla siebie Nowakowskiego odkryłem dopiero po jego śmierci. Sięgnąłem wówczas – zupełnie na chybił trafił – po „Dwa dni z aniołem” i… wsiąkłem na dłużej. Zachwycił mnie minimalizm formy przy równoczesnej bystrości spojrzenia i prymat artyzmu nad obecnym tam pierwiastkiem publicystycznym. W różnych okresach twórczości Nowakowskiego różnie z proporcjami tych czynników bywało, ale niezmiennie stanowiły rdzeń jego pisarstwa.

A skąd tak nagle wzięło mnie na tego typu zestawienia? Poniekąd chyba wynika to z moich powracających co jakiś czas dywagacji o napięciu między eskapizmem i zaangażowaniem. Child i Nowakowski w pewnym sensie symbolizują te przeciwstawne aspekty mojej duszy. Są jak gdyby obrazem toczącego się w niej konfliktu. Podczas gdy jeden kładzie nacisk na rozrywkę i wręcz ostentacyjnie odżegnuje się od czegokolwiek ponad nią, drugi całą swoją postawą – tak twórczą, jak i życiową – wskazuje, że literatura ma rację bytu jedynie wtedy, gdy nie zamyka się na rzeczywistość i nie zatraca na nią wrażliwości.

Przy czym – żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie idzie mi tu o jakiś postulat programowego zaangażowania pisarza w komentowanie i analizowanie świata wokół niego. Na przykład w takim ujęciu, jak swojego czasu formułowali to niektórzy lewicowi krytycy, dla których nawet kolor skarpet czy to, co jadłeś na śniadanie – o twórczości już nie wspominając – jest polem walki o lepszy świat. Pamiętam zresztą taką dyskusję wiele lat temu we Wrocławiu, w której Jerzy Sosnowski bronił autonomii pisarza – i literatury w ogóle – przed zakusami pragnącej wciągnąć ją za wszelką cenę do wojny Kingi Dunin.

Nowakowski z pewnością taki nie był. Choć może po części był, bo jednak – z racji na czas, w jakim debiutował, tudzież środowisko tzw. pokolenia „Współczesności”, w jakim się wtedy obracał – wyczulenie na rzeczywistość oraz potrzeba jej portretowania zapewne stanowiły dla niego ważne kryterium. Nawiasem mówiąc, na ironię losu w tym kontekście zakrawa, iż twórca pojęcia „Pokolenie Współczesności” Jan Błoński zarzucał wchodzącym w jego skład artystom bezideowość i tejże współczesności mitologizowanie. Lecz w gruncie rzeczy nie o to mi idzie.

O co więc? O to samo, co zawsze – o powód, dla którego wkręcasz kartkę do maszyny lub odpalasz edytor. W to, że pisarz coś MUSI, że ma jakąś dziejową, poruczoną przez Historię powinność wobec ludzkości, Nowakowski chyba nigdy nie wierzył. Jednak wierzył, że może pokazać świat wokół siebie. Tylko znowu – nie dlatego, że ktoś mu ten obowiązek włożył na barki niczym jarzmo, ale dlatego, że sam chciał, że to wypływało wprost z jego osobowości i takich, a nie innych warunków, jakie ją ukształtowały. Child to zupełnie inna bajka. On chce umilać ci czas w pociągu, sprawiać, byś choć na chwilę odleciał od bolączek codzienności. I to też jest w porządku, a moje naświetlenie obu strategii nie jest próbą ich wartościowania.

Trudno tu zresztą o idealne wyważenie. Dla mnie osobiście niedościgłym wzorem pod tym względem i tak pozostanie Stanisław Lem, któremu – jako jednemu z niewielu znanych mi autorów – udało się skutecznie połączyć walory czysto komercyjne z warstwą filozoficzną. Niby mówi się, że współczesne kryminały też zdradzają jakieś pretensje komentatorskie, a i ja jestem zdania, że w popkulturze nie powinno się uciekać od poważniejszych spraw, ale z drugiej strony nic na siłę. Child sprawdza się jako złodziej czasu i nie wymagajmy od niego szat mędrca czy reportera, tak jak od Nowakowskiego nie oczekujmy rozrywki.

Istnieje wszak coś, co ich łączy i pod czym obaj by się podpisali – jeden zupełnie otwarcie, z tym swoim niewiarygodnie przeszywającym wejrzeniem marketingowca, drugi skrycie, jak stropiony klient agencji towarzyskich, który każdej niedzieli przy konfesjonale przyrzeka, że nigdy więcej. A tym czymś jest mianowicie pragnienie sławy. Pokażcie mi pisarza, który się nim nie cechuje, a bez marudzenia wypije cały zapas tej wstrętnej herbatki, co to Luba mi ją sprawiła na obniżenie cholesterolu. Zwrócił na to uwagę Krzysztof Masłoń we wstępie do wspomnianego wyboru opowiadań Nowakowskiego, zauważając, że czego jak czego, ale akurat sławy zaznał on w stopniu raczej ograniczonym.

Po prostu, kolokwialnie ujmując, niewygodny był. Komentowali go głównie krytycy związani z prawicą, co zarówno tych kilka lat temu, jak i na dobrą sprawę teraz równa się wilczemu biletowi na Olimp. Z kolei ci związani z tzw. Salonem, który choć stracił nieco rezon, wciąż ma decydujący głos przy namaszczaniu – zwłaszcza poza granicami Polski – w najlepszym razie łaskawie odnotowywali kolejne tomy prozy Nowakowskiego, nie omieszkując przy tym wytykać mu różnych kiksów. On sam ze swoim nieprzejednaniem też przecież nie pomagał.

I to prowadzi mnie do kolejnej komparatystycznej konstatacji, tym razem dotyczącej czysto ludzkiego wymiaru losów pisarzy i nierównych szans, jakie daje nam geografia. Dobrze ujął to niegdyś Big Cyc w piosence o Woodym Allenie. Jak to dokładnie leciało? „Woody Allen to miał szczęście, że urodził się w tych Stanach, bo nad Wisłą chlałby czystą i miał tylko jeden krawat.” No tak, Lee Child – a właściwie, by być precyzyjnym, Jim Grant („Child”, jak mówił w wywiadach, to po to, by w bibliotekach się ludziom wygodniej sięgało) – urodził się w UK, ale brak bariery językowej błyskawicznie zrobił z niego Amerykanina.

A co by było, gdyby Nowakowski urodził się w Chicago, Los Angeles albo Nowym Jorku? Mówiono by na niego nie „Marek”, lecz „Mark”, a jego bohater nie miałby na imię Benek, tylko Ben. Ben The Flower Dude. Czujecie tę moc? Czujecie, jak to światowo brzmi? Od razu chce się czytać! Oczywiście gdyby tam pisał tak, jak pisał tu, też nie miałby poklasku i kasy porównywalnych z Childem, ale być może stawiano by go w jednym szeregu z… bo ja wiem? Raymondem Carverem? A jakiś Robert Altman czy Gus van Sant kręciliby na bazie jego opowiadań filmy, które robiłyby furorę w Sundance i zachwycaliby się nimi w „Polityce” i „Wyborczej”. A tak? Dupa.

Z drugiej strony weźmy takiego Childa. Gdyby był Polakiem i opublikował kryminał z akcją umiejscowioną w Stanach Zjednoczonych oraz bohaterem nazywającym się Jack Reacher, wszyscy pękliby ze śmiechu. Z kolei gdyby swojego bohatera nazwał Jacek Sięgalski czy jakoś tak, a amerykańskie bezdroża zamienił na Mazury, to może nawet zrobiłby jakąś tam mini karierę, może nawet coś na miarę Zygmunta Miłoszewskiego, ale nikt poza Polską nie chciałby tego tknąć. Po co, skoro mają tylu własnych?

Niby mówi się, że każdy przychodzi na świat tam, gdzie się najlepiej spełni, ale ja myślę, że to nie zawsze jest prawda. Czasem tę cholerną grę obsługuje ślepy lub wyjątkowo złośliwy krupier. Czasem życie to po prostu zwykła tania dziwka – bynajmniej nie świadcząca usług w luksusowym apartamencie podnajmowanym od prominentnego posła i do tego zarażona syfem.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.