W chaszczach z Grzegorczykiem

Surfując ostatnio po bibliotecznym katalogu, trafiłem na nie najnowszą już – wydaną w roku bodaj 2010 – powieść Jana Grzegorczyka „Chaszcze”. Grzegorczyk jest kojarzony przede wszystkim chyba z cyklu o księdzu Groserze, którego pierwszy tom narobił sporo szumu. Mnie się średnio podobał. Dobrze się go czytało – akcja wartka, bohaterowie pełnokrwiści i wiarygodni, odmalowana w fabule polska rzeczywistość na tyle bliska, że można było się z nią utożsamić – ale, jak na mój gust, był zbyt publicystyczny. Za bardzo ślizgał się jedynie po powierzchni, nie penetrując wymiaru duchowego.

Pisano wówczas, że ta książka to odpowiedź na głos Czesława Miłosza, który dziwił się, że w kraju takim jak Polska – tak bardzo katolickim – nie powstała dotąd żadna dobra powieść o Kościele. „Adieu” rzeczywiście można było za taką odpowiedź uznać, co stanowi zarówno jej zaletę, jak i koronną wadę. Na plus Grzegorczykowi na pewno wypada zaliczyć ruszenie kilku tematów zazwyczaj pomijanych milczeniem – jak choćby alkoholizm wśród księży, nie zawsze wzorowe relacje w tym środowisku, seks, pieniądze itp. Grzegorczyk na rzeczy się zna, więc trudno mu zarzucić, że wyssał historię z palca. A że sam wierzący – od czego się zresztą nigdy nie odżegnywał – nie sposób było podejrzewać go o antyklerykalizm.

Niestety tak bardzo przejął się swoją rolą zwierciadła przechadzającego się po gościńcu, że trochę zapomniał o sednie. Oczywiście wiara oraz związane z nią dylematy i pytania się w książce pojawiają, lecz ma się nieodparte wrażenie, że są tam jakby doklejone na siłę, że też w sumie grzęzną w publicystycznej doraźności. W kolejnych odsłonach cyklu proporcje stopniowo się zmieniały – aż do najlepszej według mnie „Perły” – choć podczas lektury cały czas towarzyszyło mi uczucie spłaszczenia, utknięcia w banale. A może to w ogóle problem mówienia o wierze?

Mimo to polubiłem Grzegorczyka. Polubiłem go, bo jest idealnym przykładem tzw. literatury środka, która nie epatuje pustym artyzmem czy intelektualnym nabzdyczeniem, a zarazem daje się czytać bez urągania inteligencji odbiorcy. Grzegorczyk umie też realistycznie pisać o Polsce tu i teraz. Nie jest to ani wizja przeczerniona, ani przesłodzona. Jego bohaterowie nie są kryształowo czyści, lecz przy tym nie stanowią siedliska szeleszczących gazetowym papierem z „Dużego Formatu” patologii. To wszystko odnajdujemy również w „Chaszczach”.

Jest to spisany w pierwszej osobie pamiętnik niejakiego Stanisława Madeja – dobijającego do pięćdziesiątki starego kawalera z Poznania. Madej pracuje w wydawnictwie jako tłumacz i redaktor. Wiele lat temu sam przejawiał literackie ambicje, czego efektem był debiutancki zbiór opowiadań. Po jego ukazaniu się Madej otrzymał list od czytelnika o dokładnie takich samych personaliach – a więc trochę jakby od siebie samego, czy też od własnego cienia – w którym ten zmiażdżył książkę oraz zagroził, że jeśli Madej odważy się jeszcze cokolwiek wydać, zniszczy go.

Młody prozaik wziął sobie tę przestrogę głęboko do serca. Zamknął się na całe lata, kryjąc się za słowami innych. Możemy domniemywać, że ta porażka miała też o wiele dalej idące reperkusje. Być może nawet rzutowała na całokształt jego życia, złamała je już u korzenia. A jakby i tego nie było dość, mamy wcześnie owdowiałą matkę, która niby wypycha syna w świat, lecz w gruncie rzeczy – co uświadamia mu koleżanka z pracy – więzi go przy sobie. I tak Madej stopniowo się otorbia, hibernuje.

Punktem zwrotnym staje się śmierć matki. Po pogrzebie Stanisław postanawia wyjechać na urlop do kupionego na tzw. spontanie domku na obrzeżach puszczy noteckiej. Wkrótce też odkrywa w sobie żyłkę ornitologa amatora i fotografa. W trakcie jednej z wypraw zupełnie przypadkowo znajduje powieszonego na drzewie samobójcę. Szybko wychodzi na jaw, że jest nim zaginiony kilka miesięcy wcześniej mieszkaniec Torunia. Znalezisko, choć mocno makabryczne, sprawia, że Stanisław po raz pierwszy od dawna wystukuje na laptopie kilka własnych, a nie zapożyczonych od kogoś słów.

Niebawem na progu jego i tak już naruszonego azylu zjawia się żona wisielca. To rozkręca spiralę zdarzeń, w których miesza się kryminał, romans, intensywne poszukiwanie samego siebie, powolne wyłuskiwanie się ze skorupy stagnacji, słowem: wszystko, co do tego typu historii można wpakować. Oczywiście przy okazji poznajemy też całą plejadę barwnych i – jak to u Grzegorczyka – dźwigających rozmaite życiowe garby postaci. Jest prowincjonalny prokurator, zabawiający się w domorosłego poszukiwacza Sensu, jego leciutko zdewociała żona, która wszystkim rozdaje wodę z Lourdes, i dzierżący klucze do tajemnicy ksiądz. Jest wreszcie sama zagadka, która krok po kroku się odsłania.

Oczywiście nie ona stanowi clou, więc nie wszystkie węzły zostaną rozplątane, a częściowo skazani jesteśmy na snucie domysłów. Tytułowe chaszcze to metafora błądzenia w gąszczu nieoczywistości w znaczeniu ściśle detektywistycznym, ale też – a raczej w głównej mierze – żmudnego przedzierania się przez kolce istnienia, które potrafią cię zaskoczyć lub zranić. Pytanie tylko, czy się odważysz dać w nie nura, czy wytłumiony i wygaszony Stanisław ową odwagę w sobie znajdzie. Bo – tak jak już podkreślałem – jest to przede wszystkim powieść o odkrywaniu siebie, budowaniu się na nowo, ale także o tym, że wbrew pozorom nigdy nie jest na to za późno.

No tak, tylko że Grzegorczyk to Grzegorczyk, więc i temat Boga musi się pojawić. Jest on tu obecny w inny sposób niż w powieściach o Groserze. I na pewno nie chodzi jedynie o to, że głównym bohaterem nie jest ksiądz. Mamy, jak już wspomniałem, wyjętą jak gdyby prosto z inteligenckich utyskiwań na ludowy katolicyzm panią prokuratorową, co to prawie z Lourdes nie wyjeżdża, a do ogrodu kupuje gipsową figurę padre Pio. Jest również nawrócony pijak, a jego historia brzmi jak tysiące innych opowiadanych przez członków AA. Lecz nawet oni dzięki empatii Grzegorczyka objawiają nam metafizyczną głębię.

Bóg w „Chaszczach” to muśnięcie, delikatny powiew, dyskretny, zarazem czujny towarzysz, który choć nigdy nie wysuwa się na pierwszy plan, to co i rusz mignie, dając ci znać, że po prostu jest. Niby nie wywiera bezpośredniego wpływu na fabułę, a jednak gdyby Go z niej wyciąć, straciłaby logikę i całą siłę rażenia. Nie tchnie tym irytującym odium publicystyki, jak miało to miejsce w powieściach o Groserze. Przebijają niekiedy groserowe akordy – choćby w scenie koncertu Kantykiewicza – ale natychmiast są neutralizowane właśnie tą zwiewną delikatnością.

Co zaś tyczy się Jego nieusuwalności, to manifestuje się ona na kilku poziomach. Przede wszystkim w stanowiącej jądro fabuły kwestii rozumianego po chrześcijańsku przebaczenia. Zarówno przebaczenia za grzech samobójstwa – ten wątek nie jest efektywnie rozwinięty, a szkoda – jak też przebaczenia win, które do owego samobójstwa doprowadziły. To z kolei prowadzi do pytań o możliwość odkupienia. Pod tym kątem ciekawym – i niepozbawionym, jak to u Grzegorczyka, nutki prowokacji – zabiegiem jest wprowadzenie motywu Judasza.

Grzegorczyk nie podsuwa nam prostych odpowiedzi ani nie moralizuje. Nie robi też jednak za taniego rozmontowywacza doktryny, o co niekiedy się go posądza. Jego refleksje nie są toruńskie, ani krakowskie, ale też nie sytuuje się w opozycji do żadnego z tych nurtów. Stoi z boku. Jeśli już coś robi, to przypomina o tyleż banalnej, co nader oczywistej konstatacji, iż Bóg potrafi stawiać proste litery na krzywych liniach ludzkiego losu. A również że nikogo nie pozostawia samemu sobie, choć przy tym się nie narzuca. Po prostu robi ci przestrzeń. Dla takiej optyki warto po tę powieść sięgnąć.

A jeśli już nawet nie, to choćby dla najlepszego znanego mi – nie tylko w polskiej literaturze – opisu parcia na pęcherz. Ten u Grzegorczyka jest epicki! Konkurować z nim może chyba tylko sikanie żyletkami w „Zielonej mili”. Odnajdzie się w nim każdy, komu choć raz w życiu krytycznie się chciało i wiedział, że przynajmniej przez godzinę nie będzie mógł sobie ulżyć.

Polecam również

1 thought on “W chaszczach z Grzegorczykiem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.