Charles Manson jako przestroga dla polityków

Ciekawy zbieg okoliczności: czytam książkę o bestiach w ludzkiej skórze i niedługo potem jeden z jej najsłynniejszych bohaterów umiera. Koszmarne i o wiele bardziej poplątane niż wielu mogłoby przypuszczać życie Charlesa Milesa Mansona dobiegło końca 19 listopada, dokładnie tydzień po jego 83 urodzinach. W lakonicznym komunikacie przekazano jedynie, że zmarł z przyczyn naturalnych. Jego ciało – o ile nie zgłosili się żadni krewni, którzy mieli na to dziesięć dni – najprawdopodobniej zostało skremowane, a prochy rozrzucone, by nie tworzyć miejsca kultu.

Największy paradoks dotyczący Mansona polega na tym, że choć funkcjonuje on jako ikona amerykańskiego seryjnego mordercy i odsiadywał karę dziewięciokrotnego dożywocia m.in. za słynną masakrę w posiadłości Romana Polańskiego, nigdy nikogo nie zabił. A w każdym razie konsekwentnie tak utrzymywał. Podobno nawet podczas jednego z wywiadów wściekł się na prowadzącą go dziennikarkę za to, że śmiała go nazwać mordercą. Ale jednocześnie zawsze powtarzał, że niczego nie żałuje. Co oczywiście jest pojęciem nadzwyczaj szerokim i na dobrą sprawę może oznaczać wszystko.

Tyle jeżeli chodzi o ciekawostkowe ujęcie, jakie można znaleźć w większości powszechnie dostępnych źródeł. Ja jednak chciałbym ponownie wrócić do książki Johna Douglasa, który poświęcił Mansonowi kilka nadzwyczaj interesujących stron. Ich lektura nie tylko pogłębia i rozszerza wiedzę o tym człowieku, ale przede wszystkim skłania do refleksji nieco bardziej ogólnej natury. Choćby o tym, do jakiego stopnia tkwiące w nas zło wynika z uwarunkowań zewnętrznych, ale również i o tym, że rozpętując je, dość łatwo możemy zostać przez nie pożarci.

Przypadki łowcy umysłów

Manson był jednym z pierwszych osadzonych, jakich Douglas i jego ludzie badali w ramach raczkującego programu nauk behawioralnych w drugiej połowie lat 70. Szczególną uwagę Douglasa zwrócił ze względu na niesłychaną umiejętność manipulowania innymi. Douglas i jego partner Bob Ressler spotkali się z Mansonem w małej salce konferencyjnej w głównym bloku więzienia San Quentin. Był niższy i drobniejszy niż sobie wyobrażali. Mierzył najwyżej 160 centymetrów. Miał jednak szalone, roziskrzone spojrzenie i niepokojące ruchy. Już na początku spotkania wdrapał się na krzesło i usiadł na oparciu, dzięki czemu mógł patrzeć na rozmówców z góry, a więc z pozycji dominującej.

Podobnie jak w większości tego typu przypadków, początki jego „kariery” sięgały okrutnego dzieciństwa. Urodziła go szesnastoletnia prostytutka. Nazwisko Manson dała mu po jednym z licznych kochanków, który, jak sądziła, mógł być jego ojcem. Co rusz trafiała do więzienia, a mały Charlie – do fanatycznie religijnej ciotki i sadystycznego wuja, którzy przezywali go maminsynkiem, a w pierwszym dniu szkoły kazali mu założyć dziewczęce ubranie. Jako 10-latek żył na ulicy, pomieszkując w schroniskach i domach poprawczych, w których na ogół nie wytrzymywał więcej niż kilka dni.

Jako dorosły dość szybko popadł w konflikt z prawem – kradzieże, stręczycielstwo. W 1967 roku, a więc w słynne „lato miłości”, po kolejnej odsiadce zamieszkał w jednej z oaz dzieci kwiatów w San Francisco, gdzie dosyć szybko przeistoczył się w charyzmatycznego guru zblazowanej, odurzonej narkotykami młodzieży. Rzeczywiście potrafił tym zbuntowanym hipisom zaimponować. Grał na gitarze, karmiąc ich mętnymi prawdami o życiu. Właśnie tak zaczęła się formować jego słynna Rodzina, która w szczytowych okresach podobno liczyła nawet około pięćdziesięciu osób. Pięćdziesiąt zagubionych dusz, zasłuchanych w kazania o nadciągającej apokalipsie i wojnie rasowej.

Po rzeźni w domu Polańskiego wyznawcy Mansona napisali krwią na drzwiach słowo „pig” (świnia). Miało ono wskazywać na udział w zbrodni czarnoskórych ekstremistów, którzy w taki sposób określali białych. Rasowy konflikt, który miało to jakoby sprowokować, Manson nazywał „Helter Skelter” od tytułu jednej z piosenek The Beatles, którą uznawał za coś w rodzaju proroctwa. W wyniku spowodowanego zamieszkami przewrotu zamierzał przejąć władzę w kraju. Przeliczył się jednak. Jedynym, co udało mu się osiągnąć, było oburzenie amerykańskiego społeczeństwa na brutalność, z jaką dokonano zabójstw. A warto dodać, że dzień po zabiciu Sharon Tate i jej gości Rodzina dopuściła się kolejnej makabrycznej zbrodni w innej części Los Angeles. Ich ofiarami padło małżeństwo LaBianca.

I tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Po gruntownym przebadaniu Mansona – co nie było łatwe, bo musieli wysłuchać wielu godzin jego filozofowania – Douglas i Ressler doszli do przekonania, że wcale nie zamierzał nikogo zabijać, a głównym motorem jego działań była władza, jaką osiągał nad ludźmi. Interesowała go sława, podziw i pieniądze. Zresztą nawet próbował zostać perkusistą. Douglas wysunął w swojej książce hipotezę, że gdyby kiedykolwiek wyszedł na wolność – co oczywiście nie oznacza, że powinien – najpewniej ograniczyłby się do skapitalizowania wątpliwej glorii.

Miał świadomość swojej hipnotycznej siły oraz wpływu, jaki potrafił wywrzeć na zagubione, naiwne, idealistyczne dzieciaki, którym imponował życiowym doświadczeniem i aureolą samozwańczego mesjasza. Podstawowe elementy dynamiki przywództwa w grupie, jakie opisał Douglasowi i Resslerowi – pozbawianie snu, kontrolowanie jedzenia, osłabianie woli przez narkotyki – zostały później wielokrotnie zaobserwowane w podobnych tragicznych sprawach. Choćby u wielebnego Jima Jonesa odpowiedzialnego za masowe samobójstwo członków jego sekty w Gujanie.

Manson szybko zrozumiał, że musi sprawować kontrolę 24 godziny na dobę, ponieważ w przeciwnym razie utraci autorytet. Kazania o apokaliptycznej wojnie stanowiły po prostu metodę utrzymania w ryzach umysłów wyznawców. Jednak w pewnym momencie coś się zaczęło psuć. Kiedy uczniowie powrócili z „akcji” u Sharon Tate i zaczęli się chwalić, że zapoczątkowali wieszczoną przez mistrza wojnę, nie mógł się już wycofać i wyjaśnić im, że potraktowali jego bredzenie zbyt dosłownie. Nie pozostało mu już więc nic innego niż dalej brnąć w rozpętany przez siebie koszmar.

Z rozmów oraz pozostałych informacji, jakie na temat Mansona zdobyli Douglas i Ressler, jasno wynika, że ukształtował on członków Rodziny zgodnie z własnymi potrzebami, ale oni także uformowali go podług własnych i zmusili do ich zaspokajania. I chyba warto, ażeby tę lekcję przyswoili sobie politycy – bez wskazywania na konkretne nazwiska – nim zaczną karmić elektorat mniej lub bardziej wiarygodnymi przekazami. Może się bowiem okazać, że rozniecą pożar, którego potem nie da się ugasić i który spopieli również ich.

Polecam również