Ta ostatnia zwykła rodzina

ostatnia-rodzina-ilustracja-tekstu-1000x600

Co ja właściwie sobie myślałem, wsiadając w to słoneczne niedzielne popołudnie do pociągu? Że się ostatnio pojawiło trochę polskich filmów, które naprawdę chciałbym obejrzeć, nie musząc czekać, aż wejdą na rynek wtórny, i że nie bardzo mam gdzie, bo już od paru ładnych lat kino w moim rodzinnym mieście straszy jako zamknięty na głucho pustostan i jakoś się nie zanosi, ażeby miało to w najbliższej przyszłości ulec zmianie. Objazdowe efemerydy, które lokalna prasa reklamuje jako wielkie kulturalne wydarzenia, sprawy jednak nie załatwią. Warszawa niby niedaleko, ale sporo nadprogramowego czasu trzeba wygospodarować.

Zresztą nieważne. Ten tekst nie ma być krytyką niczyich poczynań. O trudnościach z dostępem do dóbr dziesiątej muzy wspominam tu, ponieważ stały się integralną częścią mojego doświadczenia z filmem Jana P. Matuszyńskiego, a po prostu lubię takie z pozoru trywialne smaczki rejestrować. Poza tym… no cóż, od czego są prężne instytucje kultury w ościennych miejscowościach? Gdzie jedni niedomagają, inni zyskują. Piętnaście minut osobowym – trochę ponad dwadzieścia, licząc dojście z dworca, zakup biletu i zostawienie kurtki w szatni – i oto siedziałem w niedużej, lecz bardzo klimatycznej salce, a do tego wypełnionej praktycznie po brzegi. Coś tak czuję, że w najbliższych miesiącach mocno się w niej zadomowię.

Co jeszcze sobie myślałem już odnośnie samego filmu, kiedy zaczęły gasnąć światła? Chyba to, że eksploduję, jeśli „Ostatnia rodzina” okaże się kolejnym dusznym rodzinnym dramatem w rodzaju „Placu Zbawiciela” czy „Pręg”, lub groteskową wiwisekcją polskich patologii rodem z „Wesela”. To tak a propos mojej smarzofobii i „Wołynia”, na który niebawem się wybieram – zresztą do tej samej salki – poniekąd też, by owemu uprzedzeniu stawić czoła. Myślałem, że będę wył, jeżeli grany przez Dawida Ogrodnika młody Beksiński okaże się toksycznym, rozhisteryzowanym bucem, który przez dwie godziny nie robi nic poza zasrywaniem starym życia, a na końcu łyka prochy.

(więcej…)

Gadowski na tropie kalabryjskiego diabła

kalabria1

Zmarły kilka dni temu watykański egzorcysta ojciec Gabriele Amorth napisał kiedyś na Facebooku, że „wszystko wydarza się najpierw na poziomie duchowym, dopiero później urzeczywistniając się na tej ziemi.” A choć zdanie to odnosiło się do Państwa Islamskiego, można je chyba śmiało uznać za ogólną zasadę rządzącą zarówno dobrem, jak i złem. I to bez względu na to, czy jesteśmy ludźmi wiary. Bo nawet jeśli nimi nie jesteśmy, a „poziom duchowy” zastąpimy na przykład „sferą idei” czy jakimkolwiek innym pojęciem obrazującym niematerialne mechanizmy ludzkich poczynań, musimy przyznać Amorthowi rację.

Właśnie ta myśl coraz wyraźniej klarowała mi się podczas oglądania pierwszego odcinka dokumentalnego cyklu „Łowca smoków” autorstwa Witolda Gadowskiego, który 14 września pokazała TVP. Film nosił tytuł „Diabeł zatrzymał się w Kalabrii” i opowiadał o jednej z bardziej tajemniczych włoskich organizacji mafijnych – ’Ndrànghecie. Nie jestem wybitnie zorientowany w tych sprawach – skojarzenia z terminem „mafia” mam mniej więcej takie jak większość z nas – jednak dokument Gadowskiego śledziłem naprawdę z przysłowiowym zapartym tchem. Bynajmniej nie z powodów czysto poznawczych lub dla mrożących krew w żyłach opowieści.

Gadowski, choć w swej pracy często sprawia wrażenie pospiesznego czy wręcz niechlujnego, ma zaskakującą i wcale nie tak częstą u dziennikarzy cechę. Potrafi sięgać do korzeni zjawisk. Nie w sensie dogłębnego rozeznania tematu i zebrania jak największej ilości danych – choć i tu większość pałętających się po różnych studiach i redakcjach wyjaśniaczy rzeczywistości mogłaby brać u niego korepetycje – lecz po prostu wykazuje się intelektualną żarliwością, która koniec końców musi doprowadzić go, a z nim również nas, do metafizyki.

(więcej…)

Dziwne lata 80 braci Duffer

strangerthings

Cóż… przyznaję się, wsiąkłem. I na pewno nie mogę powiedzieć, że wbrew własnej woli. Gdyby nie ograniczony czas i przepustowość synaps, łyknąłbym „Stranger things” za jednym przysiadem, ale niestety musiałem sobie tę blisko ośmiogodzinną przyjemność rozdzielić na dwa popołudnia. Im zaś więcej dni upływa od oglądania, tym usilniej zastanawiam się, o co był ten cały szum, i czy aby przypadkiem nie dałem się zwieść machinie marketingowej. Bo trzeba przyznać, że zarówno obstrzał medialny, jak i strumień pochwał tych, co już widzieli, był naprawdę duży.

Z drugiej strony nikt mi przecież lufy do potylicy nie przykładał i nie wrzeszczał, by odpalać kolejne odcinki. Bo jednak mimo że netflixowy hit stworzony przez Matta i Rossa Dufferów nic nie oferuje duchowo, sprawia autentyczną radość. A do tego – jak zdążyli zauważyć już chyba wszyscy – bezczelnie jedzie na nostalgii za „złotymi latami” naszego dzieciństwa. No, może nie do końca naszego, ale ponieważ jesteśmy wychowankami amerykańskiej popkultury i świecimy nią jak blaskiem odbitym, spokojnie możemy się utożsamiać. Czyż bowiem dzieci chcące ułatwić sympatycznemu kosmicie połączenie z domem nie są dla nas równie realne jak kumple z szarego późnopeerelowskiego podwórka?

„Stranger things” wpisuje się w coraz ostatnio popularniejszą modę na retro, lecz zarazem jest produkcją na wskroś współczesną, i to zarówno co do formy, jak i konstrukcji postaci. Czynię to zastrzeżenie, bo przeklikując się przez istne morze zachwytów, zacząłem się irracjonalnie bać, że będzie to po prostu zdjęta jeden do jednego kalka kina z tamtej epoki. A nie zniósłbym kolejnego wcielenia E.T. zmiksowanego z wczesnym Carpenterem i co bardziej kuriozalnymi ekranizacjami Kinga. Te obawy się na szczęście nie ziściły.

(więcej…)

xfiles

Nowe lęki, stare Archiwum

Okej, skoro już weszliśmy w temat seriali, pozostańmy jeszcze trochę w tej orbicie. A w tym przypadku słowo „orbita” chyba wyjątkowo pasuje. Nie wspominając już, że powinienem był ten wpis przygotować na przykład na 2 lipca, czyli na 69 rocznicę domniemanej katastrofy pozaziemskiego statku pod Roswell. Byłoby cholernie zabawnie. Zwłaszcza że po latach posuchy w ufologicznym interesie znowu panuje ożywienie – Hilary Clinton zarzeka się, że jeśli zostanie wybrana na prezydenta, to ujawni prawdę o UFO, a przewodniczący Komisji Europejskiej ponoć ubolewa, że losem Europy zaniepokojeni są przywódcy innych planet.

Żarty żartami, ale tak zupełnie serio – ja wierzę w istnienie rozumnych istot w kosmosie. Przemawia za tym rachunek prawdopodobieństwa oraz banalny fakt, że ja te słowa piszę, a wy je czytacie. A jeśli gdzieś w ogonie jednej z przypadkowych galaktyk w przypadkowym zakątku wszechświata powstały warunki umożliwiające rozwinięcie się życiu, nic nie stoi na przeszkodzie, by takie samo zjawisko powtórzyło się gdzie indziej. Być może nawet w wielu miejscach. To, czy przedstawiciele tych gatunków faktycznie nas odwiedzili – a może wciąż to robią – stanowi osobną kwestię. Jestem jak najdalszy od wyśmiewania się z ludzi, którzy te sprawy badają.

„Archiwum X” miało niewątpliwie kolosalne zasługi w rozpropagowaniu tego zagadnienia. W Polsce lat dziewięćdziesiątych trafiło pod tym względem na podatny grunt, bo panował wówczas istny boom na zjawiska nadprzyrodzone. Było sporo poświęconych im programów telewizyjnych – choćby kultowa „Strefa 11” – wychodziło kilka czasopism i trochę książek. Były także seriale – m.in. świetna „Ziemia: ostatnie starcie” – jednak żaden z nich nie zdołał pobić „Archiwum X”.

(więcej…)

ash

Epicki camp, czyli Ash kopie tyłek martwemu złu

No cóż, ta chwila wreszcie musiała nadejść. A pomyślałem, że skoro już jestem w serialowym ciągu i do reszty rujnuję sobie opinię wykwintnego konesera kultury, równie dobrze mogę i to wziąć na warsztat. Przy czym pojęcie „bycia w serialowym ciągu” należy tutaj rozumieć jako fakt historyczny, bo serial, o którym chcę napisać, obejrzałem kilka ładnych miesięcy temu. Na bieżąco podzieliłem się jedynie wrażeniami z „11.22.63” i ostatnio z pierwszego odcinka „Strefy mroku”. Ale to i tak klimat retro, więc w sumie się nie liczy. Do „Asha” zaś wracam teraz, bo… wiadomo – lato, można ciut wyluzować.

Jednak zanim o potyczkach Asha ze złem AD 2015, pozwolę sobie na parę słów o oryginalnej trylogii „Evil Dead”. Trudno o tytuł bardziej ikoniczny dla ery VHS niż właśnie ten cykl. To jest wręcz, jeśli można tak powiedzieć, jej symbol. Każdy gdzieś kiedyś miał styczność albo z piracką wersją rozprowadzaną po znajomych, albo z kasetami z wypożyczalni, co, zwłaszcza w początkowym okresie działania tych przybytków, często wychodziło na to samo. Do mnie na piracie trafiła ostatnia część franszyzy, czyli „Armia ciemności” – znana także pod tytułem „Martwe zło 3”. Jedynkę z 1981 roku zobaczyłem w latach dziewięćdziesiątych w telewizji, a dwójkę, która była nie tyle kontynuacją, co poprawioną wersją jedynki z wyższym budżetem – ledwie kilka lat temu na DVD.

W przeciwieństwie do wielu miłośników serialowego rozwinięcia przygód Asha – a więc już zdradzam, że produkcja mi się podobała – nigdy nie byłem jakimś zagorzałym fanem serii, a remake’u z 2013 roku nie widziałem, więc wolę być cicho. Tak po prawdzie mój stosunek do pierwotnej franszyzy jest mocno ambiwalentny. Jedynka i dwójka zawsze nieco mnie nudziły. Dopiero „Armia ciemności” miała na tyle rozwiniętą fabułę, by mnie zainteresować. Tak, tak, wiem – znów herezja.

(więcej…)

strefamroku

Zimnowojenna strefa mroku

Niezmiernie ucieszyłem się na wieść o kolejnym podkastowym projekcie Jacka Rokosza. Fanom podkastingu dał się poznać kilka lat temu, kiedy z Patrykiem Tomiczkiem otworzyli „Sklepik z horrorami”. Audycja ta, choć z początku słaba technicznie, zawsze stała na bardzo wysokim poziomie merytorycznym, dzięki czemu w pełni zasłużenie zyskała sobie miano kultowej wśród wielbicieli tak zwanego kina klasy B. Teraz po dłuższej nieobecności w Internecie Jacek wrócił z podkastem poświęconym oryginalnej „Strefie mroku” w reżyserii Roda Serlinga.

Podkast Jacka i Patryka był pierwszym, jakiego zacząłem słuchać. Zachwyciło mnie nie tylko to, że odgrzebują przykurzone perły kinematografii, ale też to, że potrafili o nich opowiadać z pasją i znawstwem. Kiedy więc odkryłem, że Jacek upichcił coś nowego – Patryk od pewnego czasu ma odrębny program na YouTube – od razu postanowiłem po to sięgnąć. Tym bardziej, że niegdyś nosiłem się z zamiarem obejrzenia produkcji Serlinga. Pamiętam, że oglądałem w telewizji kilka odcinków jej remake’u nakręconego w latach osiemdziesiątych. Poza tym – co Jacek przypomina już we wstępniaku – wpływ „Strefy mroku” na popkulturę był gigantyczny i wciąż jest eksplorowana przez nowe pokolenia twórców jako źródło inspiracji.

Jacek – jak się okazuje, istny psychofan „Strefy” – podjął się zadania karkołomnego, bo chce omówić każdy epizod, co, jeśli utrzyma tygodniowe tempo, zajmie mu trzy lata. Pomyślałem, że to dobry kop motywacyjny, by posiłkując się jego wiedzą, „Strefę” wreszcie nadrobić. I tak poznałem już sześć odcinków. Spokojnie, nie zamierzam tutaj referować każdego z osobna – nawiasem mówiąc, niedługo przed startem podkastu Jacka powstał blog w całości poświęcony „Strefie” – ale o wrażeniach z kilku z nich z pewnością będę chciał napisać. Między innymi o pierwszym.

(więcej…)

nicniewidzialem

Głuchy słyszał, że ślepy widział

Po dłuższej przerwie znowu powracam do wspominków epoki VHS. Od tego filmu właściwie powinienem był zacząć, bo kaseta z „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”, była pierwszą, jaka zjawiła się w naszym domu zaraz po kupnie wideo. No może nie pierwszą w ogóle, ale pierwszą, którą mieliśmy na własność. Nie pamiętam, w jakich okolicznościach się u nas znalazła. Najprawdopodobniej odbyło się to w niezupełnie legalny sposób, o czym świadczy fakt, że na pudełku są oznaczenia wypożyczalni. Gdy teraz o tym myślę, coś mi niejasno świta, że wujek mógł ją nabyć za grosze od jakiegoś kolegi, który wcześniej ją wypożyczył, lecz głód substancji wyskokowych zaciemnił mu sumienie.

Kaseta szybko przeszła na mój osobisty stan posiadania. Ponieważ dość długo była jedyną w mojej obecnie spoczywającej w piwnicy kolekcji, katowałem ją do zdarcia taśmy, ciesząc się, że oglądam film dla dorosłych, a nie jakieś głupie bajki. W sumie chyba właśnie celebracyjny aspekt miał większe znaczenie, niż sama treść, którą w końcu tak sobie wbiłem do głowy, że nawet teraz, ponad dwadzieścia lat później, potrafię bez problemu przywołać całe sekwencje i dialogi.

(więcej…)

jestes_bogiem

Lata 90. w pigułce

Nie jest dla mnie do końca jasne, co takiego właściwie pragną upamiętnić ludzie wybierający się na marsz 4 czerwca. Rocznicę pierwszych wolnych wyborów, czy fakt, że triumfowali w nich komuniści, którzy trzy lata później, dokładnie w ten sam dzień, skutecznie zablokowali próbę lustracji. No ale nie bądźmy złośliwi. Bez względu na to, jak tamte wydarzenia oceniać, stanowiły one początek lat dziewięćdziesiątych, które wielu dorastających wtedy – w tym też autor niniejszych słów – wspomina z nostalgiczną łezką w oku. A mówiąc o tamtym okresie, mam na myśli nie tylko przedział dat, lecz także, a może wręcz przede wszystkim, pewien klimat.

Znajomy obrońca demokracji zachęcał mnie do wzięcia udziału w sobotniej imprezie. Ma się rozumieć przewrotnie, bo doskonale wiedział, że nie skorzystam. Gdybym miał chęć sobie powiecować, znalazłbym tysiąc innych okazji. Postanowiłem jednak mimo wszystko uczcić ów historyczny dzień. Wprawdzie nie występem ulicznym, ale nie mniej godnie, bo filmem. A skoro o latach dziewięćdziesiątych mowa, trudno mi wyobrazić sobie adekwatniejszy wybór niż „Jesteś bogiem”. Cztery lata temu byłem na nim w kinie. Niełatwo wyciągnąć mnie z domu, ale pamiętam, że przekonało mnie to, jak dzieło duetu Pisuk-Dawid podsumowała Paulina Wilk.

Stwierdziła – cytuję z pamięci – że historia Paktofoniki to rzecz o naszym pokoleniu. I to bez względu na to, czy hip-hopu słuchaliśmy, czy – jak w wypadku Pauliny Wilk i moim, a też, przynajmniej na początku, scenarzysty – kompletnie nie była to nasza bajka.

(więcej…)

dlugi_weekend

Niech się święci… długi weekend

Ciekawy był to czas, kiedy ten film zadebiutował w telewizji. Ciekawy dla mnie osobiście, bo akurat postanowiłem wyjechać z rodzinnych opłotków, niezbyt zamiarując wrócić. Przyszłość w tym względzie przyzna rację przysłowiu o rozśmieszaniu Boga opowiadaniem mu o swoich planach. Ciekawy dla kraju, bo właśnie w tych dniach spełniała się dziejowa sprawiedliwość i zjednoczona Europa zamknęła nas na dobre i złe w miłosnych unijnych objęciach, w efekcie czego Warszawa obrodziła błękitnymi paradami, na wspomnienie których dziś chce mi się co najwyżej sardonicznie parskać. Ogólnie rozpoczynało się wielkie grillowanie.

Bo był to początek mitycznej prosperity spowodowanej tym, że spece od słupków powiedzieli nam, że tak, jak najbardziej już można, że już skończyły się mordercze lata dziewięćdziesiąte i pora nieco rozluźnić pas. Życie było mniej więcej beztroskie, na rusztach bardzo przyjemnie skwierczały kiełbaski, milenijna pluskwa nie utopiła nas w pożodze atomowych grzybów, zaś rodzimi reżyserzy, mimo iż nadal wyśmiewali się z narodowych przywar, jakby ciut spuścili z tonu, jakby przejaśnieli, zdobywając się na wyrozumiałe pobłażanie. Aha – tak zwana opinia publiczna zbierała zęby po aferze Rywina, a w TVP, pod auspicjami której powstał zarówno „Długi weekend”, jak i cały cykl „Święta polskie”, niepodzielnie władali postkomuniści.

Czy wymienione powyżej okoliczności mają jakiekolwiek znaczenie dla interpretacji obrazu Roberta Glińskiego? Według mnie tak. A jeśli nawet nie, to co? Fajnie sobie przypomnieć to i owo, zwłaszcza gdy dzięki temu efektywniej tka się kontekstualną sieć, bez której każdy tekst kultury – choćby i błahy, a przecież nie ma co się oszukiwać, że „Długi weekend” jest jakimś arcydziełem – staje się o wiele uboższy. Skoro już decydujemy się na opcję ze zwierciadłem epoki, bądźmy konsekwentni.

(więcej…)

droznik_001

Na bocznym torze życia

Właściwie nie za bardzo wiem, jak określić tego typu filmy. I nie chodzi mi o żadne oficjalne nazewnictwo, lecz o taką moją zupełnie prywatną, intymną typologię. Filmy z duszą? Filmy z ubocza? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nie odczuwałem potrzeby ich klasyfikowania. Nie mogę też powiedzieć, bym jakoś wybitnie często po nie sięgał. Mimo to zajmują w moim sercu szczególne miejsce. Gdy już zdarza mi się je oglądać, celebruję duchowo ten fakt. Jest to dla mnie mała uczta ciszy i subtelnych wzruszeń. Chyba też zazwyczaj pozwalam sobie na nią, kiedy czuję, że napór tu i teraz zbliża się do punktu krytycznego. Dobrze wtedy sobie przypomnieć, że życie toczy się też na bocznych torach.

Po raz pierwszy zobaczyłem „Dróżnika” w telewizyjnym cyklu Grażyny Torbickiej „Kocham kino” i podobnie jak przy „Ukrytych pragnieniach” czy „Ale jazda” od razu zrozumiałem, że nie było to nasze ostatnie spotkanie. I bynajmniej nie szło tylko o to, że potrafiłem się wczuć w sytuacje Fina. Prawdę mówiąc ten akurat czynnik – do którego za chwilę wrócę – odgrywał najmniejszą rolę. Decydująca była właśnie owa specyficzna aura poboczności, która nawet w niezależnych autorskich projektach albo nie zawsze dobrze wybrzmiewa, albo po prostu nie stanowi clou opowieści. Potem długo polowałem na kolejną emisję „Dróżnika”, żeby móc go sobie nagrać na DVD. Płytkę zarzucam raz na dwa-trzy lata. A ostatnio znów jakoś tak mnie wzięło.

Wszelkie zachwyty krytyków i jak rzadko kiedy zgodnych z nimi widzów są w wypadku tego obrazu w pełni uzasadnione. Za pomocą naprawdę minimalnych środków Tom McCarthy dał popis magicznej poezji – niby eksplorującej codzienną banalność, ale przy tym nie osuwającej się w artystowski kicz. Uniknął też wpakowania się na inną niebezpieczną rafę, a mianowicie pchnięcia fabuły ku dydaktycznej rozprawce o tolerancji wobec odmienności. Ułomność Fina teoretycznie ma tu znaczenie, bo stanowi szkielet, na którym McCarthy buduje historię, ale w ostatecznym rozrachunku staje się całkowicie przeźroczysta.

(więcej…)