Echo pustyni [wersja audio]

„Echo pustyni” miało niedawno premierę na portalu BeGoodArt. Wejdzie też w skład zbioru opowiadań, który na pewno kiedyś wydam. Byłbym wielce rad uczynić to w okolicach Bożego Narodzenia, ale nie wiem, czy mi się uda. A na razie w ramach coraz śmielszych poczynań z multimediami postanowiłem nagrać audiobooka. Produkcji tej brakuje jeszcze trochę do ideału – między innymi umieściłem mikrofon zbyt blisko ust, a w toku obróbki nie wszystkie wynikłe z tego usterki dało się zredukować – ale, ujmując rzecz nieskromnie, chyba robię postępy i chyba słuchać się da. Oczywiście nadal na brzmienie własnego głosu cierpnie mi skóra, ale powiedzmy, że to wychodzenie poza tekst ma stanowić także element walki z kompleksami.

W najbliższym czasie pewnie pojawi się więcej takich słuchowisk. Będę też chciał rozwinąć aktywność vlogerską. A jeśli uważacie, że to, co robię, jest fajne, będę niezwykle wdzięczny za pomoc w propagowaniu. Każdy lajk, udostępnienie, łapka w górę czy choćby dobre słowo pozwala mi dotrzeć do nowych odbiorców. No i motywuje do dalszej pracy. Z góry wielkie dzięki.

Zapraszam więc do odsłuchu!

Tadeusz Różewicz – poeta, który otworzył żyły wierszom

rozewicz

W czasach mojej chmurnej i durnej młodości mówiło się, że w Polsce tylko pięcioro poetów może liczyć na naprawdę masową rozpoznawalność. A byli to: ks. Jan Twardowski, Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert i Tadeusz Różewicz. Poza wypadkiem ks. Twardowskiego, który istotnie pod wiele strzech się wdarł, były to chyba szacunki mniej lub bardziej przestrzelone, co jednak i tak dostarczało zastępom ówczesnych liryków in spe dawki złudnej nadziei, że i ich kiedyś zaczną pokazywać w telewizji.

Oczywiście kojarzyć jeszcze nie równa się czytać. Poza tym droga każdego z wymienionych wyżej twórców do świadomości mas była nieco odmienna. Szymborską i Miłosza najbardziej wywindował Nobel. Herbertowi pomógł status barda Solidarności – nienadkruszony, mimo iż po przepoczwarzeniu się PRL w III RP zaczął miewać niejakie kłopoty z demokracją, a ona z nim. Popularność ks. Twardowskiego to zjawisko mocno specyficzne i nie podejmuję się go analizować. Natomiast jeśli idzie o Różewicza, sprawa jest nieco poplątana. Pomijając jego obecność w podręcznikach do polskiego, największą realną sławę zyskał chyba wśród samych poetów – czy w ogóle artystów – i dopiero od nich niejako „przeciekł” dalej.

We wspomnianym tutaj okresie z całej piątki na łonie Abrahama spoczywał jedynie Herbert. Pamiętam, jak wiadomość o jego śmierci zaskoczyła mnie w dżdżysty lipcowy wieczór w Poznaniu. Dziś nie żyją już wszyscy. Różewicz zmarł jako ostatni wiosną dwa lata temu. Teraz kończyłby dziewięćdziesiąt pięć lat. Przytaczam te dane, bo fakt, że to właśnie on zgasił światło po – jak bywał też ów kwintet określany – Starych Mistrzach, wydaje mi się wielce znamienny.

(więcej…)

Czyja racja jest bardziej czyjsza

mojsza

W bieżącym numerze „Do rzeczy” ukazał się zabawny artykulik. Nie w sensie, że śmieszny sam w sobie, kuriozalny lub coś w tym stylu. Zabawne – przynajmniej na pozór – były przykłady, jakie autor przytoczył, by zilustrować opisywany przez siebie temat. Chodzi mi mianowicie o tekst Jacka Przybylskiego pt. „Dwie Ameryki”. Mowa w nim jest o głębokim, fundamentalnym podziale, rozłamującym amerykańskie społeczeństwo na przeciwstawne obozy. „Wiem, że żyjesz we własnym świecie” – rozpoczyna Przybylski cytatem ze słów Hillary Clinton skierowanych do Donalda Trumpa podczas niedawnej debaty.

Clinton, jak rozumiem, chodziło nie tyle o to, że jej kontrkandydat ma zaburzony kontakt z rzeczywistością w sensie psychiatrycznym – choć o to pewnie trochę też – ile raczej o to, że należy do innego plemienia, kierującego się innymi wartościami, radykalnie odmiennie niż jej plemię postrzegającego polityczne, kulturowe i społeczne kwestie. Biorąc poprawkę na to, co się często słyszy o labilności poglądów Trumpa i tym, jak w gruncie rzeczy jest nie w smak partii, która dała mu nominację, jest to chyba stwierdzenie dość kontrowersyjne i pasowałoby bardziej na przykład do Bena Carsona, ale nie czepiajmy się – liczy się tu pokazanie, jak ostro rysują się granice barykad.

Dalej dowiadujemy się, że sympatie do Demokratów albo Republikanów są od pokoleń tak głęboko wrośnięte w świadomość poszczególnych ludzi, a nawet całych rodzin, iż wpływają na tak, wydawałoby się, apolityczne obszary życia jak zawód, rodzaj preferowanego humoru, kulinarny gust czy… woń. Jak bowiem dowodzi Przybylski, powołując się na opinię pewnego naukowca z Penn State University, przedstawiciele jednej lub drugiej opcji politycznej są w stanie „wywąchać się”, nawet jeśli używają dokładnie tych samych kosmetyków co oponenci.

(więcej…)

Frederick Forsyth kończy karierę, czyli o sięganiu do źródeł

FREDERICK FORSYTH - writer at home in Hertfordshire. Pic: Andy Watts/Sunday Times November 2000.
FREDERICK FORSYTH – writer at home in Hertfordshire. Pic: Andy Watts/Sunday Times November 2000.

Jak podaje nieoceniony Booklips, Frederick Forsyth – światowej sławy autor thrillerów – postanowił zakończyć karierę literacką. A przynajmniej – bo nie wynika to do końca z tekstu – pożegnać się ze swym ulubionym gatunkiem. Bo w to, że w ogóle przestanie pisać, jakoś nie wierzę. Mało który wyrobnik słowa ma w sobie na tyle determinacji, by odstawić jedyny narkotyk, jaki każdego dnia pozwala mu wstawać z łóżka. Chociaż z drugiej strony mogę się mylić. Forsyth to inna szkoła i jeśli powiedział, że wydana w 2015 roku autobiografia stanowi jego „łabędzi śpiew”, to być może rzeczywiście złamie klawiaturę.

Tyle że Forsyth już kilkakrotnie ogłaszał zejście ze sceny, a mimo to i tak zawsze bisował. Tym razem jednak – jak czytamy na BL – ma być inaczej, ponieważ autor „Dnia szakala” nie dość, że wystrzelał się z pomysłów – bywa – to jeszcze dodatkowo ugiął się pod namowami żony. No cóż, z kim jak z kim, ale z istotą, dla której włożylibyśmy rękę do mrowiska, gdyby tego zażądała, trudno polemizować. Poza tym wysunięty przez panią Forsyth argument, że jest za stary, by jeździć w niebezpieczne miejsca w celu zbierania materiałów do książek, też na pewno ma tu niebagatelne znaczenie. Wieku i jego ograniczeń nie sposób oszukać ani tym bardziej przeskoczyć.

Ale mnie najbardziej zaciekawiło właśnie to zbieranie materiałów. Już wielokrotnie czytałem w różnych miejscach o legendarnym doku mentalistycznym zacięciu Forsytha. To, że chciało mu się osobiście taszczyć tyłek do Somalii, zamiast wysłać tam jakiegoś researchera – co jest dziś standardem u bestsellerowych rzemieślników, którzy działają już bardziej jak firmy, niż jak prawdziwi pisarze – musi budzić podziw. Lecz również na nowo każe zadać pytanie o rolę wiarygodności w procesie twórczym.

(więcej…)

„Echo pustyni” – kolejne opowiadanie na BGA

Pewnego deszczowego popołudnia krążyłem między bibliotecznymi regałami, nie mogąc się zdecydować, co wypożyczyć. Nagle mój wzrok zatrzymał się na grzbiecie jednej z książek w szeregu opatrzonym literą G. Wyciągnąłem ją zaintrygowany. Tytuł na okładce głosił: „Gorący oddech pustyni”. Autorem był Gustaw Herling-Grudziński. Otworzyłem spis treści i przeczytałem tytuły opowiadań. Jedno z nich szczególnie mnie zaciekawiło. Był to „Portret wenecki”.

Kilka lat temu widziałem nakręcony na jego podstawie spektakl teatru telewizji. Rolę starego pisarza, wspominającego osobliwy incydent z czasów, gdy tuż po wojnie przebywał we Włoszech, zagrał Gustaw Holoubek. W jego młodszą wersję wcielił się Piotr Adamczyk – wtedy znany głównie z dubingowania kreskówek. W obsadzie znalazła się też chyba Joanna Szczepkowska. Uwiódł mnie mroczny, owiany tajemnicą klimat tej historii, w której wyczuwało się dyskretną, lecz namacalną obecność zła, uosobionego w cherubińskim obliczu syna zdziwaczałej contessy.

Przeżywałem wtedy silną fascynację Grudzińskim. Pochłonąłem chyba wszystkie jego książki dostępne w szkolnej bibliotece. Pisałem o nim też wypracowanie maturalne. Mimo iż figurujący na liście lektur obowiązkowych „Inny świat” wyraźnie odstawał od jego późniejszych opowiadań, dostrzegałem w tym człowieku zabójczą artystyczną konsekwencję, nie mówiąc o wyśmienitym piórze. Próbowałem nawet naśladować jego styl.

Podałem „Gorący oddech pustyni” znudzonej bibliotekarce w granatowym swetrze i z włosami spiętymi w kok.

– To wszystko? – upewniła się. Zwykle opuszczałem naszą miejską bibliotekę z naręczami książek.

– Tak, dziś to wszystko. Dziękuję.

Całość na BeGoodArt

Sprawa Mariusza Zielke

Przyznam, że nie wiem, co mam o tej sprawie sądzić. Jestem wobec niej całkowicie bezradny. A na dodatek nurtują mnie wyrzuty, że w ogóle – gdzieś tam, z tyłu głowy – dopuszczam myśl, że wszystko to może być po prostu zgrabną marketingową sztuczką. Może tego rodzaju podejrzeniami krzywdzę człowieka, który naprawdę znalazł się w poważnych kłopotach i potrzebuje pomocy. Wściekam się na tę swoją nieufność, ale po prostu jakoś nie potrafię jej wyciszyć. Za dużo było tych różnych śliskich drak z kupowaniem recenzji czy lajków, albo z chamskimi prowokacjami na YouTube.

W każdym razie pomysł na kampanię reklamową polegający na tym, że gość udostępnia w sieci za darmo swoją powieść, jednocześnie rozpowszechniając komunikat, iż usiłowano jej normalne wydanie zablokować, nie wydaje mi się aż tak znów niedorzeczny. Potrafię sobie nawet wyobrazić dalszy rozwój wypadków. Wokół całej afery robi się wielki szum, internety gardłują o cenzurze, pobrania książki idą w tysiące, aż wytwarza się społeczna presja, pod której naciskiem ci źli kapitulują i w ciągu tygodnia wydawnictwo rzuca wolumin na rynek. A ci wszyscy, którzy ściągnęli, plus jeszcze trochę tych, co tylko słyszeli albo widzieli na fejsie, oczywiście kupują, by dobro ostatecznie zatriumfowało.

Nie chodzi o to, że jestem w stanie „z palca” przywołać jakieś analogiczne akcje na poparcie tej tezy – bo nie jestem – ale o to, że najzwyczajniej w świecie jest klimat, który wzięcie pod uwagę takich rozwiązań dopuszcza. Gdyby – co nie daj Bóg! – okazało się to prawdą, byłoby to na pewno jakieś znaczące przekroczenie, nadużycie publicznego zaufania na poziomie bez porównania wyższym niż, na przykład, propsowanie książek na Lubimy Czytać z fikcyjnych kont. Mam nadzieję, że autor nie jest aż do tego stopnia zdesperowany. Ale o co chodzi?

(więcej…)

„Blochu” – opowiadanie na BeGoodArt.com

Na łamach szczęśliwie nam przywróconego do życia BeGoodArt (tu niskie ukłony dla dzielnych holenderskich policjantów zwalczających niedozwolone treści na serwerach polskich firm hostingowych) ukazało się moje napisane dosłownie kilka tygodni temu opowiadanie. Coraz częściej nawet sam sobie muszę przypominać, że bywam także prozaikiem. Chociaż… tak naprawdę przynależność gatunkowa moich poszczególnych tekstów coraz bardziej się zaciera. Zresztą nieważne. Tak czy inaczej, dziękuję gorzowskiej ekipie i pozostaję z nadzieją, że – kto wie, kto wie – może to być początek pięknej przyjaźni.

Zapraszam do lektury TUTAJ.

No i trzymajmy kciuki za ich serwer. A najlepiej wspierajmy ich wejściami, żeby mieli dochód z reklam i mogli przesiąść się na coś porządniejszego.

Pierwszy taki dzień

basen

Mniej więcej w połowie szóstej długości uzmysławiam sobie, że upłynął już miesiąc, odkąd tak dyrdam w każdy wtorek i czwartek. A w ślad za tym olśnieniem nadchodzi kolejne: gdy w końcówce lipca poszedłem na basen pierwszy raz od czasów liceum, by spędzić katorżniczą godzinę na krztuszeniu się i bezładnym wymachiwaniu wszystkim, co wyrasta mi z korpusu, udało mi się nie myśleć. Był to bodaj pierwszy taki dzień od pogrzebu – pierwszy, gdy przez dłużej niż kilka minut matka nie gościła w mojej pamięci. Autentycznie wyzwalające.

Tej sztuki nie udało mi się dokonać nawet za pomocą czystej i pięknej niczym nadreński pejzaż prozy W. G. Sebalda. A wystarczyło trochę szarpaniny o utrzymanie się na powierzchni. To konieczność pierwotna jak głód. Co by się nie działo – zawsze przyj do góry. Nurt cie znosi – młóć rękami. Wpadasz w korkociąg – nogi zaczynają ciąć jak nożyce. Podpalają twój kraj – rzucasz się na czołg. Umiera ci ktoś bliski – wychodzisz z psem; burza nie burza, kloca postawić musi.

(więcej…)

grafikareklamowa

„Zawsze gdzieś jest piętnasta” – darmowy PDF

We wpisie anonsującym pojawienie się elektronicznej wersji „Zawsze gdzieś jest piętnasta” ogłosiłem, że mogę chętnym udostępnić za darmo PDF-a, który powstał przy okazji konwersji tekstu do formatów czytnikowych. Napisałem to z lekkim przymrużeniem oka, nie oczekując odzewu, ale potem pomyślałem: właściwie czemu nie! Zwłaszcza że chciałbym przy okazji przetestować wtyczkę do pobierania plików.

PDF to PDF, więc komfort czytania odbiega od ideału, ale układ stron jest skonfigurowany tak, że powinno być stosunkowo wygodnie nawet na mniejszych ekranach. Zawartość jest dokładnie taka sama jak na papierze czy w plikach płatnych – nawiasem mówiąc wciąż dostępnych tylko na RW2010. Wiem, wiem, poprawię się.

A czemu za darmo? Bo mogę. Bo chcę. Bo choć może to zabrzmieć megalomańsko, zysk nie jest dla mnie najważniejszy. Bo i tak większą część tego, co obecnie robię, oddaję za darmo na blogu. Czy liczę na profit? Oczywiście. Kto nie liczy. Ale powiedzmy, że nie zawsze da się go wymierzyć w pieniądzach, a przynajmniej nie tylko. Wśród aktywnych w sieci pisarzy czasem wybuchają kontrowersje dotyczące bezpłatnego udostępniania owoców ich pracy. Rozumiem argumenty obu stron, ale pragnę zauważyć, że twórcy wideo też dzielą się swoją pracą za free. I naprawdę nie wszyscy zarabiają na reklamach.

Zapraszam więc do lektury. Chętnie wysłucham / przeczytam każdą opinię. A jako że ma to też walor testowy z perspektywą na przyszłość, proszę o ewentualne uwagi, gdyby coś nie działało.

O powstaniu warszawskim na fotelu dentystycznym

dentysta

Miałem więc jechać na to uliczne czytanie Mirona zorganizowane przez partię Razem. Tak tu sobie familiarnie pozwalam, że Miron, a nie Białoszewski czy po prostu autor „Pamiętnika z powstania warszawskiego, bo – co by nie mówić – ja i on mieliśmy jednak trochę wspólnych znajomych i kilka miejsc, które obaj lubiliśmy. Poza tym szczerze go cenię. Na firmamencie polskiej literatury był niewątpliwie kimś wyjątkowym; kimś, kto nie tyle rozsadzał skostniałe schematy, co – jak mało kto – dawał się prowadzić własnym twórczym instynktom i wyciskał z nich wszystko, co było do wyciśnięcia.

Fakt, że czytanie fragmentów „Pamiętnika” odbywało się akurat dziś – właściwie już wczoraj z perspektywy godziny, o której piszę te słowa – ściśle odnosił się zarówno do samej rocznicy powstania, jak i do stanowiącej szczególny jego epizod rzezi woli. To właśnie w tych dniach między 5 a 7 sierpnia nastąpiła kulminacja masakry, w której na bezpośredni rozkaz Hitlera z rąk oddziałów SS i niemieckiej policji zginęło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Warszawy. Była to – jak wielokrotnie przez cały dzień przypominano – najprawdopodobniej największa jednorazowa zbrodnia na ludności cywilnej w Europie podczas trwania II wojny światowej. Podobno nawet wielu Niemców nie wytrzymało tego psychicznie.

Pojechać miałem oczywiście za zachętą M. Należy on do Razem od początku jej istnienia i usilnie przekonuje mnie, że lewica to wcale nie tylko debatujący o urokach kazirodztwa prof. Hartman i Robert Biedroń, który zapytany kiedyś przez dziennikarkę o stosunek do Bożego Narodzenia skrzywił się i stwierdził, że wolałby jakieś święto ku czci tolerancji, a choinki i kolęd to już w ogóle ni hu hu. Do Razem jeszcze później wrócę, bo muszę przyznać, że mnie ostatnio pozytywnie zaskoczyli. No ale po kolei.

(więcej…)