Niezwykły przypadek doktora Shepparda

poirot

Nie podejmuję się rozstrzygnąć, czy to David Suchet aż tak bardzo stał się ikoną Herkulesa Poirota, kreując go w licznych adaptacjach prozy Agathy Christie, czy może sam Poirot został przez swą twórczynię tak ulepiony, iż to właśnie Suchet był naturalnym kandydatem do jego uosobienia przed kamerą. Przyznam, że tego nie badałem, ale też chyba nie jest to specjalnie istotne. Czarujący belgijski detektyw z łysinką i gustownym wąsikiem Sucheta na stałe wyrył się w mojej pamięci, bo poznałem go przez serial telewizyjny na długo, nim w ogóle wziąłem do ręki jakąkolwiek powieść Christie.

Tak po prawdzie dotychczas przeczytałem tylko „Boże Narodzenie Herkulesa Poirota”. A i to przypadkowo, ponieważ kilkanaście lat temu po prostu dostałem tę książkę nomen omen pod choinkę. Nawiasem mówiąc jej polski tytuł nadany przez tłumacza brzmiał „Morderstwo w Boże Narodzenie”, ale słowo „morderstwo” w tytule – zwłaszcza że pozycja, o której chcę opowiedzieć, ma je w anglojęzycznym oryginale – wydaje mi się jakoś zbyt trywialne, zbyt… uteatralnione. Jak zresztą sam kryminał jako gatunek – aż ciśnie się na klawisze. Oczywiście wiem, że to nieprawda, w każdym razie nie bardziej, niż w odniesieniu do wytworów kultury masowej in extenso. Tyle że akurat kryminał wybitnie mi się z ową teatralizacją kojarzy.

Zdaję sobie sprawę, że współczesne kryminały usiłują za wszelką cenę z tym odium zerwać. Że dziś w zasadzie nie do wyobrażenia jest produkt z tego worka bez społecznego tła. Że się wręcz mówi o nim – przynajmniej w ujęciu literackim – jako o ostatnim bastionie twardego realizmu itp. Ale choćbyśmy nie wiem jak modyfikowali interfejs, jądro systemu pozostaje constans. Tak jest przecież zresztą w całej popkulturze. A Christie pracowała – by tak rzec – przy definiowaniu jego kodu źródłowego.

(więcej…)

Joanna Bator o kotach i Śląsku

zlykot

„Ciemno, prawie noc” było moim dziewiczym – i jak dotąd jedynym – zetknięciem z powieściową twórczością Joanny Bator. Pierwszym, ale czy ostatnim? Tę sprawę będę musiał poważnie przemyśleć. Z biegiem lat coraz rzadziej pozwalam sobie na luksus lektur zbędnych. Stosuję coraz bardziej restrykcyjny klucz ich doboru. Czytam tylko dwa rodzaje książek: takie, które czegoś mogą mnie nauczyć, oraz te, przy których odpoczywam, żeby przygotować mózg do kolejnej porcji wysiłku. Sytuacja idealna – i szczęśliwie wcale nie tak rzadka – jest wówczas, gdy owe płaszczyzny się przetną.

Bywa, że trafię na zatruty owoc, i wtedy bez żadnych ceregieli go porzucam. Czas płynie, żal wytracać go na brednie. Takim zbukiem okazały się choćby „Trociny” Vargi. A napomykam tu o nich, ponieważ to, co miotało mną coraz silniej w miarę zanurzania się w mroczny wałbrzyski świat Alicji Tabor – głównej protagonistki i narratorki powieści – jest do pewnego stopnia analogiczne. Ale tylko do pewnego, bo Joannie Bator powiodła się sztuka, której Varga najwyraźniej nie posiadł lub po prostu nie zaprzątał sobie nią głowy w trakcie pisania – zostałem oto pochwycony w sidła, uwiedziony i zmuszony do chłonięcia aż po finałowy wers. Joanna Bator najzwyczajniej umie snuć zajmującą historię, dzięki czemu nawet jeśli brała mnie pokusa ciśnięcia jej w kąt, jakoś nie mogłem się na to zdobyć, bo chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Niebezpieczna zdolność.

Jednak zestawiam obydwa tytuły z jeszcze innego powodu. Otóż ich autorzy są rodzeństwem. Tak, dobrze państwo przeczytaliście – Joannę Bator i Krzysztofa Vargę, a w każdym razie ich książki, łączą więzy duchowej krwi. Oboje w gruncie rzeczy komunikują to samo. Z tym że o ile Varga czyni to raczej prymitywnie, raczej nieudolnie maskując publicystykę pod cieniutką kołderką fabuły, o tyle Bator okazuje się absolutną mistrzynią dywersji. Z jej ręki łykasz tran i chcesz prosić o jeszcze. Oj, demoniczne, demoniczne.

(więcej…)

Houellebecq, czyli uległość jako rewers nadmiaru wolności

wp_20160912_02_17_07_pro

Biorę się do tego tekstu jak przysłowiowy pies do jeża. Ciągle go odkładam, wyszukuję sobie inne zajęcia, coś tam doczytuję, łudząc się, że pomoże mi to wyrobić szerszą perspektywę. A czas od przeczytania książki nieubłaganie mija i zaraz może być za późno. Rety, ileż ja w ten sposób tematów zmarnowałem! Tylko że zazwyczaj powoduje mną lenistwo albo jakieś inne naprawdę pilne obowiązki. Tu też już chciałem się czymś wymówić. A to że nie wpadł mi do głowy odpowiedni tytuł – a nie mając go, rzadko zaczynam pisać – a to że pod maską bloga wypadałoby pogrzebać, bo jakieś aktualizacje. Bla, bla, bla!

Prawda jest taka, że żongluję tą książką niczym gorącym kartoflem. Bo jakkolwiek strasznie się do jej lektury zapaliłem – do tego stopnia wręcz, że musiałem sam ze sobą walczyć, by ją odłożyć na później – to gdy myślę o zdaniu raportu z tej przygody, ogarnia mnie obawa, że mogę wdepnąć na minę. Ba, na całe ich pole! Cholera, przecież to Houellebecq! A to jego słynna i kontrowersyjna „Uległość” – dzieło nie dosyć, że być może prorocze, to jeszcze osnute tragicznymi kontekstami, wzmacniającymi jego wymowę i skłaniającymi do mocno instrumentalnych doraźnych użyć. Fatalna sprawa, łatwo skrewić.

Ale z drugiej strony może właśnie daję sobie związać ręce iluzją? Nie przeczę, że „Uległość” ważna jest, ani że towarzyszące jej zaistnieniu na literackim rynku okoliczności – zamach na „Charlie Hebdo” tuż przed premierą i fala islamskiego terroryzmu, która skąpała Francję we krwi w ostatnich miesiącach – trudno całkiem odsunąć na bok. Tylko że to jednak literatura. Przede wszystkim literatura. Nawet jeśli programowo zaangażowana i nie tworzona dla celu rozrywkowego.

(więcej…)

Roberto Bolaño rozlicza Pinocheta

pisanie_na_niebie

Niewątpliwie do najbardziej wykwintnych rozterek mieszkańców pierwszego świata należy ta, którą książkę przeczytać, gdy ma się do wyboru dwie i obie mniej więcej tak samo kuszą. Stanąłem ostatnio przed owym fundamentalnym pytaniem. Znajomy pożyczył mi „Uległość” wiadomo kogo oraz niewielką objętościowo powieść, właściwie nowelę, „Gwiazda daleka” autorstwa chilijskiego pisarza Roberto Bolaño. O Bolaño wcześniej nie słyszałem nic, a jeśli nawet jego nazwisko obiło mi się o uszy, to już zdążyłem zapomnieć. Musiałem stoczyć ze sobą ciężką walkę, by jednak odłożyć „Uległość” na później.

Houellebecq wydawał się opcją aż nazbyt oczywistą. Poza tym choćbym nie wiem jak się zarzekał, że chcę jego najnowsze dzieło skonsumować dla walorów literackich – a mam z nim swoje przepychanki od pewnego czasu – nie ma co kryć, że uczyniłbym to też z pobudek… no po prostu z pobudek politycznych. Czy pierwszego francuskiego mizogina i islamofoba da się w ogóle czytać inaczej? Jakoś wątpię. Polityczny, choć nie aż tak wprost, był już przecież w swoim debiutanckim eseju o Lovecrafcie. Natomiast co do Bolaño – cóż, miałbym wyrzuty sumienia, że przedkładam doraźne impulsy nad ciekawość nieznanego lądu. Houellebecqowi od tego nie ubędzie, a mój lekturowy horyzont może tylko zyskać.

Wiem, że nie przeczytam ani nie obejrzę wszystkiego, lecz jednak mam taki imperatyw, żeby poznać tyle, ile się da. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku cały dorobek ludzkiej kultury okaże się pyłem wobec jednego tchnienia wieczności. Nie mówiąc o tym, że gdy zacząłem się przeklikiwać przez Internet w poszukiwaniu szczegółowych informacji, odkryłem, że Bolaño należy do czołówki pisarzy latynoamerykańskich. Więc dodatkowo doszedł jeszcze wstyd, że mając okazję się z nim zaznajomić, mógłbym z niej nie skorzystać. Zwłaszcza że kolega go mocno zachwalał.

(więcej…)

drogowskaz

Arcypolski rzyg trocinowy, czyli dlaczego czasem nie kończę

Niestety zaliczam się do czytelników obdarzonych naganną cechą porzucania książek, które – jak to się kolokwialnie mówi – mnie nie kupiły. Szczerze zazdroszczę lekturowym tytanom, kończącym wszystko, za co się wzięli, bez względu na to, jak bardzo by się nie rozczarowali. Mimo wielu prób wyzbycia się tej skazy wciąż bierze ona nade mną górę. Nie żeby zdarzało mi się to nagminnie, lecz wystarczająco często, by się niepokoić.

Jakiś czas temu poległem na „Trocinach” Krzysztofa Vargi. Jego felietony, pomimo iż stykałem się z nimi raczej sporadycznie – a może właśnie dlatego – zwykle dość lubiłem. Koneserem jego prozy – jak na ironię z identycznych przyczyn, z jakich ceniłem publicystykę – nie jestem. Prawdopodobnie dlatego, że to, co w krótkim gazetowym tekście da się strawić, a nawet – od czasu do czasu – zachwyca, skumulowane w pocisk dużej formy zaczyna mdlić, jak gdyby zjadło się o dwie kostki czekolady za dużo. Choć może w przypadku Vargi trafniejszy byłby… sam nie wiem – piołun? Jego moc uzdrawiania poprzez goryczkowy wstrząs jest jednak przereklamowana, i to mocno.

(więcej…)

laguna

Z Hemingwayem na Golfsztromie, czyli idealna lektura na lato

Moją miłość do prozy Ernesta Hemingwaya ostatecznie zabiły „Zielone wzgórza Afryki”. Jest to książka tak potwornie nudna i napompowana ego autora, że choć wydanie, które posiadam, liczy niecałe dwieście stron, jej zmęczenie zajęło mi kilka tygodni. Papa by się na taką opinię wściekł, bo uważał ją za jedną ze swych najbardziej udanych. Poza tym do szaleństwa kochał Afrykę, omal nie przypłaciwszy tej namiętności życiem, gdy miał tam wypadek samolotowy i przez kilka dni świat stawiał na nim krzyżyk. Zarówno przed „Zielonymi wzgórzami”, jak też i po nich, spłodził kilka lepszych rzeczy, jednak właśnie ta spowodowała u mnie przesyt.

Twórczość Hemingwaya zestarzała się być może dostojnie, lecz wyjątkowo szybko. Choć jest jedna jego powieść, o której nadal myślę ciepło i chętnie do niej wracam. W każdym razie do jej części. „Wyspy na Golfsztromie” zostały pierwszy raz opublikowane w 1970 roku, a więc blisko dekadę po samobójstwie pisarza. Mary, jego ostatnia żona, wydobyła ów tekst ze sterty pozostałych po Papie rękopisów, wśród których znalazł się też między innymi „Rajski ogród” – kawałek dosyć zagadkowy i z pewnością wart osobnego omówienia. Hemingway rozpoczął pracę nad „Wyspami” jeszcze przed wypadkiem, a ich fragment ujrzał światło dzienne za jego życia jako słynny „Stary człowiek i morze”.

Książka, mimo iż – jak w krótkim wstępie zastrzega Mary – w całości jest autorstwa Ernesta, tak naprawdę stanowi kompilację trzech odrębnych nowel, które łączy tylko postać głównego bohatera – malarza Thomasa Hudsona. I właśnie ta ich wzajemna autonomiczność sprawiała mi zawsze trudność w lekturze. Za każdym razem musiałem na nowo wczuwać się w sytuację Hudsona i poznawać go od zera. Dlatego robiąc sobie powtórki, zwykle poprzestaję na części pierwszej.

(więcej…)

orange_county1

Wielkie amerykańskie marzenie Jasona Hunta

Nie bez kozery na obrazek ilustrujący ten tekst wybrałem kadr z filmu „Kwaśne pomarańcze” z 2002 roku. Jest to bardzo przyjemna, przepełniona kalifornijskim słońcem i szumem oceanu komedia o chłopaku, który marzy o karierze pisarskiej. Niestety, jak to w takich opowieściach bywa, wszystkie okoliczności sprzysięgają się przeciwko jego planom. Zarówno fabuła, jak i klimat nadmorskiej miejscowości, gdzie szczytem osiągnięć jest złapanie jak najwyższej fali, jakoś nieodzownie kojarzą mi się z powieścią „THORN” Jasona Hunta, którą w końcu, dosyć przypadkowo, miałem okazję przeczytać.

Dla formalności przypomnijmy: pod nazwiskiem Jason Hunt nie kryje się żaden amerykański autor, lecz jak najbardziej polski bloger Tomasz Tomczyk, znany niegdyś pod pseudonimem Kominek. O Tomczyku z całą pewnością można powiedzieć dwie rzeczy: jako bodaj jeden z pierwszych internetowych twórców w Polsce zrozumiał, jak duży medialny oraz komercyjny potencjał kryje się w blogach. Zrozumiał to w czasach, gdy sieciowe pamiętniki były głównie domeną nastolatków publikujących swe epokowe przemyślenia. Poza tym jest niewątpliwym mistrzem autokreacji i wie, jak wykorzystywać do tego nowoczesne narzędzia.

(więcej…)

oboz_swietych

Biali z nienawiści, czyli o „Obozie świętych” Jeana Raspaila

W eseju opublikowanym niedawno na portalu Politico holenderski pisarz Leon de Winter proponuje rozszerzenie tworzonego w pocie czoła przez lewicowych myślicieli katalogu fobii o kolejną pozycję. Ma nią być mianowicie „okcydentofobia”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, lęk / pogarda wobec cywilizacji zachodniej. Autor przypadłość tę przypisuje muzułmańskim imigrantom w Europie, co już samo w sobie jest na tyle niezwykłe, iż zwraca uwagę kilku komentujących pod tekstem, którzy dziwią się, że coś takiego w ogóle się w Politico ukazało. Znak czasów? Luka w systemie bezpieczeństwa? Wszak do tej pory na fobie mogli cierpieć tylko biali konserwatywni chrześcijanie.

To pojęcie – właśnie w odniesieniu do rdzennych Europejczyków – spodobałoby się Jeanowi Raspailowi. Szkoda, że nie wpadł na nie, gdy na początku lat 70. pisał „Obóz świętych”. Jest ono niewątpliwie kluczem do uchwycenia sedna tej dziwnej, niepokojącej i obrazoburczej powieści. Można chyba śmiało zaryzykować tezę, że okcydentofobia jest na jej kartach winna wszelkiemu złu, że leży u podstaw skomplikowanego, rozkręcającego się przez szereg lat mechanizmu, który w końcu doprowadził do… no właśnie, do czego? Nie jest to bowiem u Raspaila aż tak oczywiste, jak by się z pozoru mogło wydawać i jak on sam z pewnością by sobie życzył. Bo niby jest to upadek Europy, ale zarazem jakiś jej nowy kształt, jakaś ponura kontynuacja. Ale ciut się zapędziłem. Zacznijmy od początku.

(więcej…)

cienie moich czasów

Wildstein w dolinie cieni

 

Często powtarza się pogląd, że Bronisław Wildstein ma kiepski warsztat literacki. Jest ostrym i celnie wymierzającym publicystyczne razy diagnostą współczesności, jednak jako prozaik w ogóle się nie sprawdza. Szczególnie głośno podnoszono tę kwestię po otrzymaniu przez niego „Mackiewicza” za „Dolinę nicości”. Krytycy zarzucali, że nagroda – już z samej swej natury tożsamościowa i ściśle powiązana z konserwatywnymi środowiskami – przypadła mu nie za artystyczną wartość dzieła, której w „Dolinie” tyle co kot napłakał, lecz za właściwą postawę wobec III RP.

Nie przesadzałbym z tą jego ciężką ręką. Może nie jest to rzeczywiście talent pierwszej wody, może próżno szukać u niego charakterystycznej frazy, ale czytać się go da i bywa, że sprawia to bezinteresowną przyjemność. Choć fakt pozostaje faktem – po Wildsteina nie sięga się dla przeżyć estetycznych. Jego czyta się po to, by się z nim zgadzać. I praktycznie tylko po to, bo według uświęconej intelektualnej tradycji III RP ci, którzy się z kimś nie zgadzają, zazwyczaj wolą przemilczenie lub atak bez lektury, z okopu słuszności. Z drugiej strony nie ma też co tu ulegać tyranii sztucznych podziałów na etykę i estetykę, bo skończy się tak, jak w dyskusjach o wypindrzonej „Idzie”.

Wildstein jest dla mnie ważny i absolutnie nie zamierzam tego kryć. Nie będę też udawał, że jego nową książkę – zbiór mocno podszytych autobiografią esejów „Cienie moich czasów” – przeczytałem z innych powodów niż ten, by owo znaczenie potwierdzić, tudzież lepiej zgłębić jego mechanikę. Owszem, wstrząsnęła mną informacja o jego śmiertelnej chorobie, niemniej na tyle, na ile zdołałem poznać filary jego refleksji, nigdy nie wątpiłem, że byłby ostatnim do rozdzierania szat, więc traktowanie „Cieni” jak testamentu nawet mi nie zaświtało.

(więcej…)

marcinswietlicki

W delcie Świetlickiego

 

Zawsze kiedy myślę o Marcinie Świetlickim, budzi się we mnie nostalgia za czasami studiów. To właśnie wtedy, na przełomie wieków, najintensywniej chłonąłem dyskusje o tzw. „młodej literaturze”, szukając w niej miejsca dla siebie i usiłując się określić wobec dominujących w niej prądów. Miałem w tym względzie podwójny fart, bo nie dosyć, że raczkujący Internet mi bardzo pomógł w docieraniu do bieżących i archiwalnych materiałów, to jeszcze dodatkowo pasję do odkrywania jej najrozmaitszych terytoriów podsycał we mnie doktor K, na którego zajęcia z teorii lektury dla drugoroczniaków dostałem się psim swędem i nie pozwoliłem się wyrzucić.

Zasadniczo mówiło się, że pytanie o poezję przełomu – o poezję, bo w prozie była celebrująca pierwsze komercyjne sukcesy Olga Tokarczuk i długo, długo nic – to tak naprawdę pytanie o Wojciecha Wencla. To on był na tyle bezczelny, że rzucił rękawicę rządzącym w literackim grajdołku neobarbarzyńcom, banalistom i brulionowym prześmiewcom, którzy przez całe lata 90 przekuwali w czyn postulat o zrzucaniu z ramion płaszcza Konrada. To Wencel powrócił do klasycznej, zdyscyplinowanej frazy, to Wencel, na przekór modzie, opiewał w wierszach religijne i mistyczne doświadczenia, Wencel stwierdził, że popkultura jest śmiertelnie nudna, a w tomie swoich szkiców „Zamieszkać w katedrze” zlustrował trochę znanych nazwisk pod kątem nihilizmu i satanizmu.

Zrobił też kilka innych, jeszcze bardziej kontrowersyjnych rzeczy – za jedną z nich potem się publicznie kajał, więc nie będę mu jej wypominał. Ale bodaj najwięcej emocji wywoływały jego szpice wymierzone właśnie w Świetlickiego. Skończyło się wręcz cukierkowo: w końcu orzekł, że Świetlicki ma jednak prawo żyć i pisać, co ten drugi później uwiecznił w poemacie „Tobół”. Krytycznym i środowiskowym samograjem stała się uszyta przez Wencla ocena, że problemy, które Świetlicki porusza w swojej twórczości, to problemy Mariuszów i Patryków z trzeciej klasy. Nie da się ukryć, że podzielałem tę opinię.

(więcej…)