Był i znikł, a potem się odnalazł

Moja sprawa z Houellebeckiem nie sprowadza się wyłącznie do tego, że zawsze kiedy usiłuję zapisać jego nazwisko, palce plączą mi się na klawiaturze. Dopiero od niedawna zacząłem go czytać i już stał mi się mocno ambiwalentny. Krytyczne poglądy na kierunek, w jakim pełznie zachodnia cywilizacja – a wraz z nią my, przyczepieni do niej jak rzep do psiego ogona – jak gdyby z urzędu powinny mnie predestynować do sympatyzowania z nim. Taką opinię swego czasu wyraził kolega, który gorąco namawiał mnie do lektury „Cząstek elementarnych”. Nie wzbraniałem się zbytnio, pomimo że filmowa adaptacja tej powieści jakoś dupy mi nie urywa. I w pewnym sensie właśnie stosunek do niej doskonale obrazuje cały kłopot, jaki mam z tym facetem.

Krótko i węzłowato: nie lubię jego bohaterów. Doceniam literacki kunszt jego prozy. Z myślą przewodnią chyba rzeczywiście się identyfikuje. Lecz kreowane na jej kartach postacie budzą mój niewytłumaczalny sprzeciw. No, może poza Lovecraftem, którego żarliwym admiratorem jestem od kilku miesięcy. Nawiasem mówiąc, esej o samotniku z Providence „Przeciw światu, przeciw życiu” był pierwszą rzeczą Houellebecqa, jaką przeczytałem. Duchowemu braterstwu tych dwóch nie sposób zaprzeczyć. Fakt, tyle że książka o Lovecrafcie była jednak pracą non-fiction. Z osobnikami zrodzonymi w wyobraźni Francuza, w przeciwieństwie do tych z głowy mistrza jego zbuntowanej młodości, kwestia się wikła.

I nawet nie to, że są obleśni, wewnętrznie wypaleni, przeraźliwie samotni. Wszak muszą tacy być, wymaga tego idea. Ja chyba po prostu nie rozumiem świata, z którego się wywodzą. I tak oto wylazł cały mój zaściankowy prowincjonalizm dziecka schyłkowej, zgniłej komuny, które mentalnie cały czas żyje w świecie sprzed strefy Schengen. Po raz ostatni zagranicą byłem w ubiegłym tysiącleciu i z oporami przyswajam sobie, że kulturowy krąg seksualnej turystyki to już nie jest żadne mityczne „tam”.

porwanie

Dobrze, ale miało przecież być o kinematografii. Houellebecq utrzymuje z nią luźny związek partnerski. Jako scenarzysta i reżyser zaangażował się w przyjętą raczej chłodno ekranizację „Możliwości wyspy”. Ma za sobą doświadczenie aktorskie w filmie „Near Deat Experience”, gdzie grał pracownika korporacji, który postanawia popełnić samobójstwo. Jakże typowe dla jego pisarskiego emploi, prawda? W produkcji Guillaume Niclouxa z 2014 roku wcielił się – ni mniej, ni więcej – w samego siebie. Choć akurat co do tego opinie są mocno podzielone. O ile bowiem w wywiadzie dla GW Nicloux zaklinał się, że na ekranie widzimy całe sto procent Houellebecqa, o tyle już pisarz podejrzanie kręcił, odżegnując się od wszelkich podobieństw. Ciekawe, ile wspólnego z tym dziwnym kluczeniem ma wygłoszona przez jego postać opinia, że artystyczna śmietanka Paryża to banda pedofilów. Za to w większości heteroseksualnych.

Wokół „Porwania Michela Houellebecqa” roztacza się nimb pewnej legendy. Przed kilku laty pisarz miał wziąć udział w promocyjnym tournee. Niespodziewanie zniknął. Nie odpowiadał na emaile, jego telefon był wyłączony. Po prostu zapadł się pod ziemię. Ponoć krążyły nawet spekulacje, że leży gdzieś nieżywy lub że porwali go islamscy fundamentaliści, co wziąwszy poprawkę na jego wyrażany głośno stosunek do muzułmanów było prawdopodobne. Lecz po kilku dniach Houellebecq w tajemniczy sposób odnalazł się we własnym mieszkaniu. Mętnie się później tłumaczył, że o spotkaniach z czytelnikami zwyczajnie zapomniał. Podobny punkt wyjścia znajdujemy też w fabule Niclouxa.

W tej wersji dowiadujemy się, że Houellebecqa zgarnęło trzech osiłków. Pakują go do skrzyni i wywożą na prowincję, gdzie mają czekać na dalsze instrukcję od zagadkowego mózgu całej operacji. Możemy się domyślać, że chodzi o wpłacenie okupu. Realizmu przydaje tu nieomal paradokumentalna konwencja – kompletny brak muzyki, surowe ujęcia i naturszczykowstwo, w którym przoduje sam Houellebecq, aktor – jak we wspomnianym już wywiadzie stwierdza Nicloux – całkowicie niereżyserowalny, a przez to doskonały. Rychło jednak się okazuje, że z tym porwaniem coś mocno nie gra. I bynajmniej nie chodzi jedynie o to, że rzezimieszki to na bank amatorzy, którzy o kidnapingu mają tyle pojęcia co z telewizji.

Houellebecq niby początkowo zakneblowany, niby przykuty łańcuchem do łóżka, niby to go pilnują, fajki mu wydzielają, jednak im głębiej w las, tym bardziej groteskowo i surrealnie się robi. Przestępcy nie noszą masek, a mimo to nic nie wskazuje, żeby mieli ofiarę zlikwidować. Kończy się na tym, że wszyscy w najlepsze sobie biesiadują, wpierniczając polską kiełbasę – bo rezydenci wiejskiego domostwa mają częściowo polskie korzenie – i ucząc rozbawionego Houellebecqa chwytów zapaśniczych. Ba, nawet prostytutkę mu sprowadzają, gdy oznajmia, że musi se ulżyć. Kiedy pieniądze w końcu zostają dostarczone, nieomal czuć żal, że wakacje się skończyły.

Długo się gryzłem, jaką ścieżkę interpretacji obrać. Pociągnąć wątek polski? Filmowy pisarz stosunek do naszego narodu ma zaiste mesjańsko romantyczny. Komplementy sadzi takie, że tygodnik braci Karnowskich z pocałowaniem ręki dałby mu felieton. Kuszące, ale dzięki – nie skorzystam. Niespecjalnie też przekonuje mnie wariant z uduchowionym twórcą zjawiającym się w świecie i z nieprzystosowaniem i trudem trwającym w tym nieprzyjaznym dlań i obcym środowisku zwykłych zjadaczy chleba. Film ponadto średnio sprawdza mi się jako okraszona dyskretnym francuskim humorem komedia o syndromie sztokholmskim.

Podrzucone tu tropy oczywiście mogą wystarczyć. Pod warunkiem wszak, że zasiądziemy do projekcji „po bożemu”, z tradycyjnym podziałem na twardą rzeczywistość pokoju, w którym stoi telewizor, i fikcję toczącej się na ekranie historii. I najlepiej wówczas nie mieć zielonego pojęcia, kim jest Michel Houellebecq. I nie radziłbym również sprawdzać personaliów reszty obsady. Bo gdybyśmy to uczynili, okazałoby się, że imiona bohaterów są dokładnie takie jak imiona odtwarzających ich aktorów. Ki diabeł?

Ano taki, że naczelną zasadą konstytuującą ten film jest – jednak – zburzenie bariery prawdy i fikcji. Sam Houellebecq już tej sztuki próbował w powieści „Mapa i terytorium”, gdzie zrobił sobie cameo między innymi w charakterze trupa nazwiskiem Houellebecq. O ile nie ma się do czynienia z pustym awangardowym gestem – a produkcję Niclouxa trudno byłoby jednak o to posądzić – wybór takiej strategii musi być brzemienny i odsuwa inne wątki w cień. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej przychylam się do konkluzji, że „Porwanie” to film o ogrywaniu społecznego wizerunku artysty. I nawet nie chodzi o to, że Houellebecq zostaje tu pokazany jak nieledwie lump, całkowita antyteza kontrowersyjnego celebryty, i że zagubiony, zmęczony, przedwcześnie postarzały, włóczy się bez celu po paryskich brukach.

Bez znaczenia, czy taki jest naprawdę. Nawet jeżeli tak, to między Houellebeckiem, który po całym dniu zdejmuje buty i nalewa sobie kieliszek wina, a Houellebeckiem abnegatem, który stawia przed moralnym sądem zepsutą współczesność, istnieje wyraźna linia podziału. To, co publiczne, jest kreacją, bez względu na skalę pozornych podobieństw do tego, co osobiste. To mniej więcej tak, jak z Hunterem S. Thompsonem i jego literacką personą, Raulem Duke’em. Thompson wyznał raz, że kiedy udziela wywiadu lub jest na spotkaniu z czytelnikami, nie ma nigdy pewności, czy chcą jego, czy Duke’a.

Jest więc „Porwanie” również filmem o mistyfikacji, o kreowaniu publicznego Ja. Pisarze już w dziejach znikali. Choćby słynne zapadnięcie się pod ziemię Agathy Christie i parodniowa absencja Hemingwaya po wypadku lotniczym w Afryce, gdy światowe media praktycznie już postawiły na nim krzyżyk. Zniknięcie jest efektowne, ale jakie wrażenie robi powrót! No i te domysły, teorie. Houellebecq i Nicloux wywracają ten sztych, pozwalając nam, dla odmiany, zajrzeć za kulisy zniknięcia. A ja wcale bym się nie zdziwił, gdyby tajemniczym mózgiem, na którego cynk wyczekują kidnaperzy, w międzyczasie znakomicie się bawiąc, był… sam autor „Poszerzenia pola walki”.

W końcu to właśnie Houellebecq u zarania swojej literackiej drogi powiedział o Lovecrafcie: „Ów człowiek, któremu nie udało się żyć, zdołał w końcu pisać.” Może nie bez kozery jest to jedyna sentencja z twórczości Francuza, jaką zapamiętuje i powtarza zwalisty Luc. Być może trzeba ją potraktować jak motto do filmu. I to na co najmniej kilku poziomach. Bo zarówno w sensie, że artysta to byt organicznie obcy zwykłemu światu, jak i w sensie, że jako taki został skazany na bezustanną kreację. Również samego siebie.

Polecam również