To brzydkie disco polo, w którym wszyscy jesteście ubabrani

Cały ten tekst – a co za tym idzie cały wysiłek, jaki zamierzam włożyć w jego napisanie – oczywiście nie ma najmniejszego sensu. Nie ma, bo przecież w Polsce nikt nigdy disco polo nie słuchał. A jeśli nawet słuchał, to na pewno nie z własnej woli. Po prostu został tej estetycznej torturze poddany przemocą przez bliżej nieokreślone siły. Na przykład przez mafię pruszkowską, która trzymała łapę na discopolowym interesie. Kwaśniewski w swojej kampanii z 1995 roku nie posiłkował się chłopakami z Top One, a Marek Kondrat nie nagrał „Mydełka Fa”.

Ogólnie, jak wiadomo, zawsze i niezmiennie króluje Mozart, Beethoven, no i, ewentualnie, by się czasem nieco rozluźnić, Tymon Tymański. Sylwestrowe brewerie z udziałem Zenka Martyniuka były kolejną manipulacją pisowskiej telewizji, a szalejąca publiczność – jakimś żałosnym montażem, zapewne zrobionym w którymś z darmowych programów do obróbki wideo i mającym na celu ukryć fakt, że do porykiwań podstarzałego pseudo gwiazdora (tu i tam oczywiście cyfrowo podciągniętych) pląsał jedynie sam Jacek Kurski i może jeszcze ze trzech partyjnych bonzów. Wszak to poziom w sam raz dla nich.

Kiedy po głośnym sylwestrze w Zakopanem czytałem pełne zniesmaczenia komentarze, odnosiłem wrażenie, że taką właśnie narrację ich autorzy najchętniej by przyjęli. Tylko że niestety rzeczywistość jest zupełnie inna. Bo nawet jeśli Kurski i jego kohorta traktują disco polo instrumentalnie, chcąc sobie w ten sposób zjednać prosty, niekumaty lud, faktem jest, że ta stylistyka od pewnego czasu przeżywa renesans i że się ludowi po prostu podoba. O ile jeszcze powiedzmy dziesięć lat temu zaproszenie discopolowego zespołu na juwenalia byłoby obciachem, o tyle teraz nikt nie widzi w tym problemu, co przyznają sami muzycy.

Wokół disco polo zawsze unosiła się mgiełka dziwnej hipokryzji. Było naszym zbiorowym cieniem, ukrytą prawdą o nas samych, do której wstydziliśmy się przyznać. Nie mówię tu o tak zwanych zwykłych ludziach, którzy – kolokwialnie ujmując – mieli (i wciąż mają) na to dokumentnie wyjebane, lecz o publicznym funkcjonowaniu tej muzyki. Mająca się odbyć w ostatnią niedzielę czerwca wielka gala z okazji ćwierćwiecza disco polo w Polsce stanowi dobrą okazję do przyjrzenia się temu fenomenowi.

Rzeczywiście dokładnie 25 lat temu disco polo doznało swoistej, już wówczas naznaczonej ową specyficzną ambiwalencją, nobilitacji. Na początku lat dziewięćdziesiątych mówiło się po prostu o „piosenkach chodnikowych”, bo kasety z nimi były sprzedawane zazwyczaj na ulicznych targowiskach z tak zwanych „szczęk”, czyli rozkładanych polówek. Największym, a w każdym razie najpopularniejszym miejscem, gdzie można było je dostać i które chyba najbardziej przysłużyło się ich masowej ekspansji, był Plac Defilad. Tak, dokładnie ten sam dziś czyściutki i wymuskany Plac Defilad przed Pałacem Kultury i Nauki.

Punkt zwrotny nastąpił 29 lutego 1992 roku, kiedy to w Sali Kongresowej odbyła się „Gala Piosenki Popularnej i Chodnikowej”. I to mówiło o nas jako zbiorowości więcej, niż Okrągły Stół, zmęczona twarz Mazowieckiego i wyprowadzenie sztandaru nieboszczki PZPR, które w tej samej, choć odrobinę inaczej udekorowanej Sali Kongresowej miało miejsce dwa lata wcześniej.

Najśmieszniejsze jest to, że kiedy dziś czyta się o tej niewątpliwie przełomowej dla gatunku imprezie, nasuwa się nieodparte poczucie, że tak naprawdę wszyscy, którzy zaangażowali się w jej zorganizowanie – zarówno TVP, jak i Stołeczna Estrada – robili to pod przymusem prostego ludu złaknionego plebejskiej rozrywki. Janusz Weiss, który uświetnił ją genialnymi konferansjerskimi wstawkami, jeszcze wiele lat później starał się bagatelizować swój udział, tłumacząc, że po prostu siedział na balkonie i odgrywał rolę szydercy. Zaproponowano mu udział, to się zgodził. Jak Konwicki z komuną – palił, ale się nie zaciągał, romansował, choć bez orgazmu.

Podobnie reżyser widowiska, Krzysztof Jaślar, który w materiale „zza kulis”, niewymownie cierpiąc inteligenckie katusze, składał dumną samokrytykę, że w zasadzie, gdyby ten wyraz nie był zarezerwowany dla wyższych celów, koncert powinien się nazywać „Tolerancja”. Bo my po prostu tolerujemy gusty publiczności i z nimi po prostu nie polemizujemy. Jesteśmy tu od brudnej roboty, a publiczność od tego, żeby na te koncerty przychodziła, do czego tę publiczność serdecznie po prostu, prawda, ten tego, zachęcamy.

Ale najzabawniejszy – i najbardziej symboliczny – był właśnie casus „Mydełka Fa”. Tekst do niego napisał sam Andrzej Korzyński i w zamyśle miał to być prześmiewczy pastisz rytmów lekkich, łatwych i przyjemnych. Niestety głupi lud nie poznał się na intelektualnej prowokacji i piosenka, nagrana przez Marka Kondrata w duecie z Marleną Drozdowską, stała się hitem dancingów i suto zakrapianych domówek. Na „Gali” także można ją było usłyszeć. Niestety z playbacku, bo Kondrat chyba się na swoich fanów obraził. Dublował go Mariusz Czajka, któremu odium chodnikowca nie przeszkadzało.

Ale obecność Czajki to niejedyna tego rodzaju siurpryza. Bo wśród wykonawców znalazł się też między innymi Jacek Skubikowski, co zapewne już rok później byłoby nie do pomyślenia. Wtedy jednak jeszcze mógł zaśpiewać „Weź to do buzi, bo za chwilę się pobrudzi”. Tak jak ubrany w szkarłatno-złoty kontusz wokalista Irysa mógł się poczuć jak „Dennis Roussos polskiej sceny” (copyright by Janusz Weiss). System nie był jeszcze uszczelniony, a podziały – ostateczne i nie do zasypania.

Co nie znaczy, że nie próbowano ich przekraczać. Bo disco polo, choć traktowane przez czynniki oficjalne jak kukułcze jajo, a przez ludzi aspirujących do miana „elyty” obchodzone jak psia kupa na środku ulicy, miało pewien powab. Było wyjątkowo skutecznym kluczem do masowej świadomości. Stąd między innymi jego niezwykła łatwość łączenia się z polityką, i to bez względu na ideologiczne afiliacje. Zarówno politycy lubili grzać się w jego blasku – czego przykładem jest właśnie pierwsza kampania Kwaśniewskiego oraz towarzyszący jej przebój „Ole Olek” – jak też i gwiazdy disco polo, choć z mniejszym powodzeniem, swych sił w polityce próbowały.

Nie inaczej rzecz przedstawiała się na niwie kultury. Do głowy przychodzi mi co najmniej jedno nazwisko, które w początkowym stadium kariery próbowało wylansować się na disco polo, a później chyba dość mocno się tego wstydziło, bo jako jeden z bardziej wyrazistych polskich krytyków muzycznych z iście neoficką żarliwością zwalczało wszelką tandetę. Ale ponieważ o zmarłych nie należy mówić źle, przeto pozwolę sobie nie drążyć tematu głębiej. Warto również wspomnieć nakręcony w 1997 roku film „Kochaj i rób, co chcesz”, w którym Rafał Olbrychski koncertowo odegrał odnoszącego sukces w branży chłopaka z prowincji.

Nie przywołuję tych wszystkich przykładów po to, by kogokolwiek piętnować. Po prostu nie bądźmy cholernymi bigotami. Ta muzyka istnieje i jest przez wcale niemałą część naszego społeczeństwa akceptowana. Zwalczanie jej przypomina mi nieco połajanki najróżniejszych nadgorliwców, że ludzie wolą Kalicińską od Gombrowicza. Wielu może rzeczywiście się na jej bukolicznych romansidłach zatrzyma, ale znajdzie się też jeden lub dwóch, dla których to będzie zachęta, by iść dalej. Nie powinni na „dzień dobry” dostawać pałą w łeb.

Chcemy tego czy nie, disco polo stanowi część naszej zbiorowej tożsamości i nieusuwalny element kulturowego pejzażu. I może lepiej nie wnikać, co mają schowane w najgłębszych zakamarkach odtwarzaczy niektórzy jego najzagorzalsi krytycy. Moglibyśmy się zdziwić. Bo tak to już z nim jest. Niby nikt nigdy nie słuchał, ale na koncertach zawsze pełno.

Polecam również