Born like this… into this

Zostaliśmy więc zaproszeni na tę kameralną wieczorną uroczystość rocznicy święceń naszego proboszcza i szpitalnego kapelana. Jeden świętuje dwudziestolecie, drugi – trzydziesto dwu. Uroczystość ma się odbyć w szpitalnej kaplicy. Najpierw msza, potem skromny poczęstunek, czyli tak zwana agapa. Nic pompatycznego. Iść? Nie iść? Dylemat w gruncie rzeczy pozorny, bo i tak wiadomo, że pójdziemy. Trochę ze względu na książkę, ale też i dlatego, że praca nad nią naprawdę mnie do tych ludzi zbliżyła. Ich sprawy zacząłem traktować poniekąd jak swoje własne. Sam nawet nie wiedząc kiedy, stałem się w mniejszym lub większym stopniu częścią ich świata.

Główne zmartwienie to pies. Gdy zostaje sam, kompletnie się rozsypuje, traci zmysły. A dziś na dodatek cały dzień pogrzmiewa. I nawet teraz, choć świeci słońce, znowu zaczyna padać i odzywają się głuche pomruki. Dobra strona jest taka, że robi się tęcza. Kurcze, jak ja dawno nie widziałem tęczy! Szybko łapię za telefon, cykam fotkę. W samą porę, bo tęcza znika tak niespodziewanie, jak się pojawiła, zaś resztki słonecznego blasku pożerają ciężkie ołowiane chmury. Pies zieje. Sam już nie wie, którą łapę podać, żeby go nie zostawiać. Lecz jesteśmy twardzi. Pewnie kiedy wrócimy, zastaniemy podłogę w pokoju całą oplutą, ale trudno. Czas goni. Dzwonimy po taksówkę.

Gdy mozolnie przebijamy się przez popołudniowy korek – gęsty jak mało kiedy, o czym nie omieszkuje poinformować nas taksówkarz – zaczyna we mnie narastać osobliwa, ni to pełna melancholii, ni to nabrzmiała od bezbrzeżnego zdziwienia, zaduma nad tym, że jestem tym, kim jestem, i że znalazłem się akurat tu, a nie gdzieś indziej. Nie tylko w sensie przestrzeni – choćby tego miasta, które teraz ospale przesuwa się za szybami i w które niekiedy czuję się tak wrośnięty, że mnie to boli – ale przede wszystkim w sensie sytuacji – że tak a nie inaczej mi wypadło, że sekwencja zdarzeń doprowadziła mnie do tego punktu.

Po głowie kołacze mi się ten wiersz Bukowskiego… no ten, w którym pisze o potłuczonych fabrycznych oknach i – nomen omen – szpitalach tak drogich, że taniej umrzeć. Okej, może i Bukowsk nie jest najlepszym materiałem do rozmyślań w drodze na mszę, a też i brudne LA, nad którym się tu ze znawstwem rozwodzi, przystaje do mojego kontekstu tylko tyle o ile. U nas wciąż funkcjonuje publiczna służba zdrowia i choć sporo się na nią narzeka, czasami się nawet zdarza, że ktoś opuści szpital żywy. Ale właśnie Bukowski ujmuje samą istotę tego, co mnie teraz nawiedza. Tego osadzenia w czasie i miejscu, wynikania z nich, bycia przez nie w jakimś tam zakresie determinowanym.

Weźmy choćby miasto. Żyję tu od ponad trzydziestu lat. Gdy przywołuję w pamięci obrazy z dzieciństwa i nakładam je na zakorkowaną, zmoczoną deszczem teraźniejszość, uświadamiam sobie, jaki szmat czasu minął. Przecież pamiętam jeszcze furmanki! Pamiętam absolutnie dziś nie do uwierzenia świat, w którym ludzie nie zamykali drzwi na klucz, wyskakując do sklepu, i w którym kolorowa telewizja była takim luksusem, że tych, co ją mieli, uważało się za elitę. A jednak to wszystko jest ciągłością. Wszystkie zmiany to w gruncie rzeczy fluktuacje w jej obrębie. I gdzieś na tle tego jestem również ja przez to określony – indywidualny, a zarazem immanentnie wpisany w szerszy porządek, samo stanowiący, a jednocześnie stanowiony, niby z nieograniczonym zasobem możliwości do wyboru, a mimo to predestynowany do zaledwie części z nich.

Jasne, że uciekałem. Wiele razy. Do liceum z internatem, na studia, w góry… Uciekałem też mentalnie. Od tego języka, od tych kulturowych kodów. Mentalnie może nawet bardziej, niż geograficznie, bo – co by nie mówić – jednak potworny leń ze mnie. Najbardziej ekscytujące podróże zawsze odbywałem w głąb umysłu. Wciąż tak jest. I co? Ano to, że choć obrastałem wynoszonymi stamtąd doświadczeniami, podstawowe jądro mojego duchowego softu zawsze było stąd. Z tego miasta. Ale i z tego kraju, w którym miasto leży. Nie, nie skarżę się. Ani nie wygłaszam hymnów pochwalnych. Po prostu konstatuję fakt, nie nadając mu wartościującego ciężaru.

A książka? No właśnie, co z nią? Doprowadziła mnie tu. Bo w międzyczasie dojechaliśmy do kaplicy. Sadowimy się w ławce. Wokół niewielki tłumek. W sam raz na tyle, by nie zniszczyć kameralności. Msza się toczy, jubilaci dziękują, a ja nastawiam ucha, czy nie zacznie grzmieć – no bo pies. I znów to samo! Co ja tu robię? Co robię wśród tych ludzi? Oczywiście potrafię odtworzyć ciąg przyczynowo-skutkowy na poziomie czysto kronikarskim, rozrysować mapę wzajemnych oddziaływań poszczególnych elementów. Wiem, że najpierw była gazeta, potem pan Aleksander, a potem ten telefon od mojej znajomej, itepe, itede. Ale nie wiem, jak dałem się w to wciągnąć.

Ale chyba też nie o to do końca idzie! Nie to mnie tak naprawdę najmocniej nurtuje. To tylko glosa do zasadniczego sedna. Którym jest? Co właściwie? Co chcesz wyrazić? Wokół czego tak się plączesz? Może po prostu zaskoczenie, że rzeczywistość zawsze rozmija się z naszymi oczekiwaniami. Tak jak w tym porzekadle: jeżeli chcesz Boga rozśmieszyć, opowiedz Mu o swoich planach. Wszystko miało być inne. Inne miały być książki, inni ludzie, inne miejsca. Nie żebym miał tych rzeczy już nie zrealizować – choć część z nich na pewno umrze śmiercią naturalną albo przez najzwyklejsze przeleżenie i utracenie statusu ważności, albo wraz z moją śmiercią biologiczną – niemniej grafik został już zniweczony.

I w sumie też nie idzie o to, że „Zawsze gdzieś jest piętnasta”, a jeszcze przedtem tamtą rzecz o panu Aleksandrze, pisałem wbrew sobie, jakoś z przymusu. Bo coś takiego można jednak z niniejszych rozważań wysnuć. Chodzi o to, że z niemałym zaskoczeniem dla samego siebie odkryłem, że jestem w ogóle zdolny je napisać, że potrafię dostroić się do ich fal i wynajduję werbalizujące je słowa. I też o to, że gdy te wszystkie zależności analizuję, dostrzegam, że w pewnej mierze to było nieuniknione. Nieuniknione, bo wynikające wprost z bycia tym, kim się jest, i znajdowania się tu, a nie gdzie indziej.

A w domu pies oczywiście napluł. I znowu, biedak, nie wie, którą łapę ma dać, by przeprosić, więc na wszelki wypadek wyciąga obydwie. Gdyby mógł, podawałby także i tylne. No i niech mi ktoś powie, że psy nie odczuwają wyrzutów sumienia. Bo podobno tak właśnie jest. Guzik prawda! I gdy tak stoimy w przedpokoju, a pies wciąż nie może uwierzyć, że wróciliśmy, całe to osadzenie otacza mnie jak szczelny płaszcz. Tak jak Bukowskiego otaczało apokaliptyczne LA.

Mówimy językami tych miejsc, a one mówią przez nas.

Polecam również