Bóg nie umarł

Reżimowa TVP – a raczej, jak nazywają ją wszyscy porządni ludzie w tym kraju, TVPiS bądź „kurwizja” – podobno wyemitowała wczoraj film „Bóg nie umarł”. Pisze „podobno”, bo, jak wszyscy porządni ludzie w tym kraju, tego propagandowego ścieku po prostu nie tykam, więc nie mogę stwierdzić z całą pewnością. Nie tykam, choć – jak zresztą wielu innych porządnych ludzi w tym kraju – nie wahałem się brać od kaczystowskich tub pieniędzy. No ale to już inna para kaloszy. Żyć z czegoś trzeba, a – jak powszechnie wiadomo – intelektualista w tym kraju to pogardzany przez wszelkich Januszów i stojący najniżej na drabinie społecznej parias.

No dobrze, ale teraz poważnie. Filmu rzeczywiście nie obejrzałem, bo leciał za późno. Co jest swoją drogą jednak przykre. Widziałem go natomiast tuż po polskiej premierze w 2015 roku. Do dziś pamiętam, jaki medialny festiwal się wokół niego rozkręcił. Pisano o spektakularnym komercyjnym sukcesie, co akurat na mnie nie robi specjalnego wrażenia, zatem spuszczam tu kurtynę. Zaskakujące było dla mnie inne odkrycie, a mianowicie, że tzw. christian movies to już poważna gałąź kinematografii, posiadająca własne wyznaczniki gatunkowe i spory krąg odbiorców.

Podobno z każdym rokiem kolejne tytuły z tego segmentu prezentują coraz wyższy poziom i są coraz bardziej satysfakcjonujące. Mimo to w fali recenzji, jaka trzy lata temu przetoczyła się przez portale i szpalty gazet, uderzył mnie dość mocno protekcjonalny ton, że absolutnie nie należy obrazu Harolda Cronka traktować jak dzieła sztuki. No bo to przecież jedynie film chrześcijański. Płaskich postaci nie wytykać, gdyż to film chrześcijański. Łopatologiczności ewangelicznego przesłania się nie czepiać, bo film chrześcijański. Uproszczeń scenariusza nie piętnować, bo… i tak dalej, itepe. Gdyby to wszystko pisali recenzenci „Gazety Wyborczej”, może bym zrozumiał, ale cały hajp wokół tego filmu rozgrywał się na prawicy.

Cóż, może będzie to dla niektórych epokowym odkryciem, lecz istnieje coś takiego jak ramy konwencji. Kryminał czy obyczajówka to też kino gatunkowe, a jednak nikt nie każe nam go traktować ulgowo. W tym wypadku student Josh musiał być głęboko wierzący, a jego nadęty antagonista musiał być zajadłym, fanatycznym ateuszem. Inaczej nie zaistniałby stanowiący oś fabuły konflikt. Lewicowa blogerka musiała pleść jakieś brednie o ekologii, a protestancki konserwatysta nie mógł się pokazać bez amerykańskiej flagi na łbie. Kiedy wybieram się do KFC – nawet w wersji christian – nie spodziewam się pieczeni z dziczyzny. Wiem, po co tam idę.

„Bóg nie umarł” to cienka zupka, chociaż przyrządzona z sercem i pewnym smakiem. Jednak prostota, miejscami naprawdę kiczowata i przyprawiona nieznośnym patosem, spełnia ważną funkcję. Wykreowane postacie są tu mocno archetypiczne i sprowadzone do cech najbardziej dystynktywnych. W tym sensie nie od rzeczy byłoby posądzić twórców o pewien realizm. Bo ludzie w swych masowych zachowaniach postępują przecież szalenie typowo. Dzieło bardziej subtelne, penetrujące zakamarki psychologii bohaterów, mogłoby, paradoksalnie, zaciemnić i rozwodnić clou.

Sedno stanowi tu właśnie spór o istnienie Boga, w który nader niefortunnie wplątuje się Josh. Nawet gdyby inne zapętlające się wątki potraktować mniej lub bardziej pretekstowo, kwestia dyskryminacji za wiarę została – według mnie – ukazana w sposób wstrząsający. Zresztą sami filmowcy informują, że inspirowali się autentycznymi przypadkami z amerykańskich uczelni. Profesor Radisson, czyli główny zły, stanowi podręcznikowe uosobienie tzw. nowego ateizmu, którego ikonicznymi figurami w realnym świecie są m.in. Richard Dawkins i zmarły kilka lat temu Christopher Hitchens. Choć po prawdzie określenie „ateizm” jest tutaj mylące. Bardziej adekwatnie byłoby mówić o antyteizmie, co zresztą nasz dzielny „boży wojownik” eksplikuje wprost.

Na przykładzie Radissona wyraźnie widać, jak w gruncie rzeczy jałowe, puste i martwe są dziś idee Oświecenia, na których funduje się cała współczesna postchrześcijańska kultura szeroko pojętego Zachodu. Jedyne, co Radisson ma do zaoferowania, to wytarte truizmy o wyzwalaniu z ciemnoty. Mając usta pełne frazesów o wolności, de facto zmusza uczestników swego kursu do podpisania deklaracji ze słynnym zdaniem Nietzschego o śmierci Boga. A alternatywa jest przecież iluzoryczna – weź tu, człowieku, udowadniaj, że Nietzsche się pomylił, skoro sędzia z góry uprzedzony.

Lecz najśmieszniejsze jest to, że gdyby Radisson nie był po prostu sfanatyzowanym kretynem, miałby szansę spór wygrać. I to uczciwie, bez uciekania się do grożenia Joshowi na korytarzu – znów przykład niebywałej tolerancji przedstawicieli obozu postępu – że zniszczy mu szansę na dalsze studia. W finałowej potyczce Josh pyta go, dlaczego nienawidzi Boga. Ja na miejscu profesora odpowiedziałbym tak: Chłopcze, nie da się nienawidzić czegoś, co nie istnieje. Nie z Bogiem walczę – przeciwstawiam się jego złudnej idei zakorzenionej w ludzkich umysłach. Wiary młodego może i bym nie zachwiał, lecz retorycznie chyba zapędziłbym go w kozi róg. Czemu Radissona na taki chwyt nie stać? Bynajmniej nie tylko dlatego, że w głębi duszy jest wciąż dzieckiem po sztubacku obrażonym na Boga za utratę matki.

Wywrzaskując, że najzagorzalszymi ateistami są eks-chrześcijanie, Radisson demaskuje istotę postawy krzewicieli nowoczesności. Nie tylko w sensie, że jest ona z gruntu reaktywna. Tak naprawdę pod naukowym i racjonalnym sztafażem kryje się rodzaj religii. Jej wyznawcy mają swe święte księgi, kapłanów (kiedy podczas jednej z debat robi się gorąco, profesor odwołuje się do mzimu niepodważalnego autorytetu Stephena Hawkinga) oraz twardą misję nawracania niewiernych na jedynie słuszny światopogląd.

Oczywiście można postawić zarzut, że scenariusz z propagandowych przyczyn przerysowuje i nawet nie dba o pozory obiektywizmu. Zgadza się, dokładnie tak jest! Tyle że każdy, kto choć raz oglądał publiczny występ Hitchensa, czytał dowolny artykuł choćby i naszych rodzimych antyklerykałów lub zwyczajnie wchodził na internetowe fora, bezbłędnie wyłapię nutę owego nie znoszącego sprzeciwu zamordyzmu, który całymi godzinami mógłby wygłaszać peany na cześć demokracji i równości, jednocześnie podpalając stosy dla heretyków. W sytuacji, kiedy biskup staje przed sądem za wygłoszone na mszy kazanie, a ta sama temida stwierdza, że tani prowokator nie dopuścił się przestępstwa drąc na koncercie Biblię, trudno nie uznać, że chyba coś na rzeczy być musi.

Nie bez znaczenia jest lista nazwisk wybitnych myślicieli, którą Radisson pokazuje na tablicy. Część z nich to kwiat szkoły frankfurckiej. Dała ona filozoficzne paliwo różnym lewicowym reformatorom pragnącym stworzyć nowego człowieka. Wszyscy żywili wspólne przekonanie, że klucz do osiągnięcia tego celu stanowi dechrystianizacja kultury i wprowadzenie w pustkę oświeceniowej ideologii bezwarunkowego postępu.

Wszyscy Radissonowie tego świata są niezwykle sprawni w oskarżaniu zwolenników krzyża o prawdziwe lub wyimaginowane zbrodnie. Obudzeni o północy sypią nimi jak z rękawa. Tylko że gdy się uważnie wsłuchać w ich pełne zażartości warczenie, odkrywa się nagle, że nie mają żadnej sensownej kontrpropozycji. Bo bałwochwalczy kult nauki wykastrowanej z moralnych drogowskazów, przebieranie facetów w sukienki albo mordowanie bezbronnych pod szyldami bałamutnego humanitaryzmu to kiepski sposób na zapełnienie czymś opowieści idioty, którą według światłego wykładowcy Josha jest życie człowieka na Ziemi.

Film doczekał się dwóch kontynuacji. Jego drugą część mam gdzieś w swoich przepastnych zbiorach, ale jak dotąd nie udało mi się obejrzeć. Trzecia właśnie wchodzi do kin i zapewne dlatego „TVPiS” aka „kurwizja” pokazała pierwszą. Oczywiście pomijam tu doskonale dla wszystkich porządnych ludzi w tym kraju czytelny fakt, że przecież żyjemy w totalitarnym państwie wyznaniowym, w którym – jak zresztą w każdej dyktaturze – nawet sztuka spełnia rolę formacyjną.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.