Biali z nienawiści, czyli o „Obozie świętych” Jeana Raspaila

W eseju opublikowanym niedawno na portalu Politico holenderski pisarz Leon de Winter proponuje rozszerzenie tworzonego w pocie czoła przez lewicowych myślicieli katalogu fobii o kolejną pozycję. Ma nią być mianowicie „okcydentofobia”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, lęk / pogarda wobec cywilizacji zachodniej. Autor przypadłość tę przypisuje muzułmańskim imigrantom w Europie, co już samo w sobie jest na tyle niezwykłe, iż zwraca uwagę kilku komentujących pod tekstem, którzy dziwią się, że coś takiego w ogóle się w Politico ukazało. Znak czasów? Luka w systemie bezpieczeństwa? Wszak do tej pory na fobie mogli cierpieć tylko biali konserwatywni chrześcijanie.

To pojęcie – właśnie w odniesieniu do rdzennych Europejczyków – spodobałoby się Jeanowi Raspailowi. Szkoda, że nie wpadł na nie, gdy na początku lat 70. pisał „Obóz świętych”. Jest ono niewątpliwie kluczem do uchwycenia sedna tej dziwnej, niepokojącej i obrazoburczej powieści. Można chyba śmiało zaryzykować tezę, że okcydentofobia jest na jej kartach winna wszelkiemu złu, że leży u podstaw skomplikowanego, rozkręcającego się przez szereg lat mechanizmu, który w końcu doprowadził do… no właśnie, do czego? Nie jest to bowiem u Raspaila aż tak oczywiste, jak by się z pozoru mogło wydawać i jak on sam z pewnością by sobie życzył. Bo niby jest to upadek Europy, ale zarazem jakiś jej nowy kształt, jakaś ponura kontynuacja. Ale ciut się zapędziłem. Zacznijmy od początku.

Choć „Obóz…” po raz pierwszy ukazał się w Polsce bodaj z dziesięć lat temu, tak naprawdę medialny szum wokół niego zrobił się dopiero po reedycji nakładem Frondy z ubiegłego roku. Dodatkową dźwignią promocyjną – jeśli wolno mi użyć tu tak niefortunnego określenia – stał się kryzys związany z uchodźcami. Istnieje powszechne przekonanie – a Raspail bynajmniej się od niego nie odżegnuje – że ponad cztery dekady wstecz antycypował on w „Obozie…” sytuację, która rozgrywa się na naszych oczach. Zresztą już we wstępie do tego poprzedniego wydania zaznaczał nieco patetycznie, że ta książka, jak żadna z innych, została mu objawiona. Fakt faktem, pewnym uderzającym analogiom rzeczywiście trudno zaprzeczyć.

Co też, nie da się ukryć, sprawia mi największy kłopot w pisaniu o tej książce. Pisać o niej to trochę jak wyważać otwarte drzwi. Cokolwiek by się nie powiedziało, wpadnie się w którąś z utrwalonych interpretacyjnych kolein, których nie jest aż tak znów dużo. To chyba w ogóle nieszczęście literatury z podtekstem publicystycznym, i to jeszcze na dodatek takiej, która w tym ujęciu sama chce funkcjonować. Dlatego może zanim przejdę do mielenia oczywistości, skupię się przez kilka chwil na warsztacie.

„Obóz świętych” to klasyczna przypowieść, parabola, i jako taka jest obarczona grzechami tego podgatunku. Przede wszystkim brakuje w niej Bohatera, a wykreowane postacie są papierowe i trudno nawiązać z nimi głębszą więź. Sceną, na której splatają się ich losy, jest Francja zagrożona „pokojową inwazją” milionowej rzeszy biedaków z Indii, w domyśle zaś cały zachodni świat, zmuszony do konfrontacji z inną, obcą kulturą. Tak panoramiczne ujęcie skutkuje namnażaniem epizodycznych aktorów dramatu i nawet jeśli zdążymy do któregoś z nich poczuć sympatię, umykają z pola widzenia, by dać miejsce nowym, zanim zdążą się w pełni rozwinąć. W każdym razie dla mnie jest to poważny mankament. Wolę jednak historie z mniejszą ilością bohaterów, z którymi mam szansę się zżyć. Absolutnie nie przeszkadza to w snuciu wizji o skali globalnej.

Problem, a właściwie stylistyczny zgrzyt, mam też z wszechwiedzącym narratorem, który na końcu okazuje się uczestnikiem relacjonowanych przez siebie wydarzeń, sporządzającym ich kronikę już po, na wygnaniu w Szwajcarii. Skoro – jak mniemam – nie poznał on osobiście żadnego z ludzi, o których nam opowiada, to jakim cudem mógł zyskać wgląd w przebieg ich najskrytszych myśli? Gdyby narrator do końca pozostał demiurgiem, efekt sztuczności – i tak przecież nieunikniony, a w każdym razie bardzo trudny do zniwelowania w przypowieściach – byłby o wiele słabszy, a sama książka dużo by zyskała. Bo, cokolwiek by nie mówić, jest to istotnie tym bardziej przykra, im bardziej wnikliwa wiwisekcja choroby toczącej zachodnią cywilizację.

I tak oto płynnie przechodzimy do „mięsa”. Raspail rzeczywiście głównym tematem swojej powieści czyni nienawiść do białej rasy. I faktycznie tymi, którzy najbardziej jej nienawidzą, bynajmniej nie są biedni „ludzie znad Gangesu”, lecz sami Europejczycy. Hindusi są jedynie narzędziem w ich rękach, mającym służyć ostatecznemu unicestwieniu starego świata. To, że opanowują flotyllę statków i pod wodzą odrażającego typa zwanego „koprofagiem” ruszają na poszukiwania ziemskiego Raju, jest wynikiem socjotechnicznych sztuczek postępowego ideologa. Takich jak on, których jest w Indiach znacznie więcej i też nielicho mącą, Raspail nazywa „sługami bestii”.

I dlatego to nie imigranci, mimo iż odmalowani dość paskudnie – co ściągnęło Raspailowi na głowę oskarżenia o rasizm – budzą tu największe przerażenie. Źródłem prawdziwej trwogi są mieszkańcy Europy – słabi, tchórzliwi, gardzący własną przeszłością i gotowi sprzedać duszę choćby i diabłu, byle tylko zetrzeć w proch resztki „białej” kultury. Na tym też chyba zresztą polega największy paradoks tej historii – choć inżynierami społecznymi, którzy doprowadzają do zderzenia ras, powoduje neokolonialne poczucie winy, w gruncie rzeczy znowu tych ludzi uprzedmiatawiają, wykorzystując ich do swych obłąkanych celów.

Stłoczeni na pokładach zdezelowanych statków, brudni, półprzytomni, zmuszeni używać jako opału brykietów z wysuszonych odchodów, manipulowani przez demonicznego guru, w ogóle się nie liczą. Zostają sprowadzeni do pozbawionej twarzy masy. Ich pojedyncze losy nie mają żadnego znaczenia. Są potrzebni białym jako duchowy afrodyzjak do onanizowania się swoją dobrocią. W miarę zbliżania się „armady ostatniej szansy” do wybrzeży Europy rozkręca się festiwal nabzdyczonego, usankcjonowanego urzędowo humanizmu, który jednak chwieje się w posadach, kiedy do europejskich nosów dolatuje smród, a pierwsze bezpośrednie zetknięcie kończy się tragedią. Tylko że wtedy jest już za późno, bo trucizna wniknęła już zbyt głęboko.

Wieloletnia indoktrynacja – werbalny terroryzm, jak określa go jeden z bohaterów – sprawia, że jakakolwiek próba zdroworozsądkowego podejścia do kryzysu kończy się falą oskarżeń o rasizm i faszyzm. Wojsko dezerteruje, a zwykli Francuzi, choć w pośpiechu opuszczają swoje domostwa, stając się de facto uchodźcami we własnej ojczyźnie, nie potrafią wykroczyć poza sączoną przez media nowomowę. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, ulice, knajpy i hotele przejmują bandy długowłosych, wywrzaskujących slogany o wolności, tolerancji i braterstwie hipisów.

Raspail nie oszczędza również Kościoła. W jego opowieści jawi się on jako instytucja do cna przeżarta relatywizmem i fałszywym miłosierdziem. Ksiądz czy zakonnik wierny ewangelii to coś jakby dinozaur na wymarciu. Papież spienięża watykańskie dobra i żywi się sardynkami z puszki w pustym apartamencie, ale jego ostentacyjny gest nikomu nie przynosi ulgi. A już na pewno nie „ludziom znad Gangesu”, którzy wolą sami brać sobie co chcą, i ile chcą, zamiast żebrać o łaskę. W końcu, było nie było, obiecano im raj pełen samorodnych pól i rzek mleka z miodem, a nie marny socjał, który bardziej służy wyleczeniu kompleksów białych, niż realnej poprawie czyjegokolwiek bytu. Kościół to karykatura, widząca jedyną rację swojego istnienia w podlizywaniu się współczesności.

Gdy wreszcie spełnia się utopia, gdy następuje tak upragnione przez lewicowych wizjonerów wymieszanie i zatarcie różnic, dawny ład rzeczywiście przemija, a na jego gruzach rodzi się nowy, którego kulisy nieco uchyla nam narrator. W tym nowym, wspaniałym społeczeństwie ustawowo zniesiono pojęcie rasy. Zadbano też o wyretuszowanie historii lądowania armady w taki sposób, by niewygodne fakty o popełnianych przez Hindusów przestępstwach nie burzyły równowagi. Dzieci w szkołach piszą wypracowania o dzielnych przybyszach, tudzież donosy na rodziców, którzy splamili się myślozbrodnią. Donos to zresztą w ogóle bardzo popularny gatunek literacki w tym idealnym świecie.

Jeżeli idzie o proroczość „Obozu…”, warto mimo wszystko mieć na uwadze epokę, w jakiej powstał. Nie jestem w tych sprawach specjalistą, jednak przypuszczam, że bardzo wyraźnie odbija się w nim atmosfera roku 1968. Wszystko, co stało się później, włącznie z obecnym kryzysem migracyjnym, jest przecież konsekwencją faktu, że ówczesne „czerwone” dzieci wyrywające bruki z ulic Paryża w imię wolności stanowią dziś intelektualną i polityczną elitę Europy. Ponadto był to okres tuż po Vaticanum Secundum, gdy Kościół na Zachodzie zginał kark przed modnymi prądami, co dziś doprowadziło go na skraj unicestwienia.

Z powieści można wysnuć dwie podstawowe konkluzje. Pierwsza to taka, że w starciu kultur wygrywają wcale nie te najpotężniejsze militarnie, ale te silne siłą tożsamości. Tym, które się własnego dziedzictwa wyrzekły, które je znienawidziły, nie pozostaje nic innego jak wykopać sobie grób. Druga dotyczy humanizmu – tego fetyszu naszych czasów – i brzmi tak: wszędzie tam, gdzie wsłuchanie się w potrzeby indywidualnego człowieka bez względu na kolor skóry ustępuje przed wyidealizowanym wyobrażeniem o nim, ów człowiek będzie jedynie cierpiał.

Polecam również