Bezradność

Bywają sytuacje, w których niezależnie od tego, co uczynisz, zawsze postąpisz niewłaściwie. Odezwiesz się – źle, zmilczysz – jeszcze gorzej. Piszę to oczywiście w kontekście zamachu w Brukseli. W tej chwili, dwa dni po, pisanie o czymkolwiek innym zdaje mi się bluźnierstwem, pluciem na groby ofiar. Gdybym teraz opublikował tekst o, powiedzmy, moich wrażeniach po reaktywacji „Archiwum X”, czułbym się jak ostatnie bydle, które zabawia się w piaskownicy, podczas gdy dokoła płonie świat. Lecz jednocześnie, gdy układam w głowie ciągi słów, kiedy konkretyzuje mgławicowe, rozedrgane myśli, jak na dłoni objawia mi się cała bezużyteczność i trywialność wszelkiego gardłowania w obliczu nagiego faktu tragedii.

Ach, jakże śmieszny ów dylemacik, prawda? Przecież nikt na moją opinię nie czeka, nikt się jej nie domaga. Nie obchodzi ona absolutnie nikogo. A już najbardziej nie tych, od których cokolwiek mogłoby zależeć. To, że w ogóle mam potrzebę jej wyrażenia, wynika z głęboko wewnętrznego imperatywu, z mojego – że tak je górnolotnie nazwę – człowieczeństwa. Bo nie chce być obojętny, nie chce uprawiać eskapizmu. Bo wycofywanie się też byłoby jakąś oznaką kapitulacji. A może właśnie też i o to fanatykom chodzi? Żeby nas zmęczyć i na tym podstawowym poziomie, znieczulić, ogłuszyć, odebrać językowi siłę rażenia?

Im więcej słów, tym mniej ważą. Kolejna analiza. Kolejna okazja, aby ten czy inny publicysta błysnął krasomówczym talentem. Jeszcze jeden trafiający w samo sedno mem na Facebooku. No i politycy – o tak, ci są bezbłędni, ci zawsze wiedzą, jak zrobić dzień. Dojmujące wrażenie językowej inflacji zaczęło delikatnie dawać o sobie znać już po masakrze w Paryżu, mimo że wtedy jeszcze przyćmiewała je złość.

Przeglądając we wtorek sieć, myślałem, że się po prostu porzygam, jeśli trafię na jakiś awatar przystrojony w kolory belgijskiej flagi. Autentycznie mdliło mnie, gdy słuchałem rytualnych potępień i pustych tyrad o solidarności, z których wyniknąć może co najwyżej następny marsz pajaców w modnych garniturach. Najbardziej zapracowanym politykiem w Unii Europejskiej był owego dnia Michał Boni, który wziął się do przygotowywania ostrej rezolucji przeciwko terrorystom. Dzielni bojownicy Allacha na pewno narobili w gacie na rzadko, kiedy tylko się dowiedzieli. Po przeciwnej stronie barykady też ci sami co zawsze portalowi gieroje naprężyli muskuły. Adamski, Warzecha, Terlikowski… Siedzą i klepią, tylko czy rzeczywiście któryś z nich byłby gotów przekuć swe żądania wobec zlewaczałych europejskich elit w czyn? Któryś chwyciłby za giwerę i pojechał zrobić porządek w Molenbeek? Coś cienko to widzę.

Tak, wiem – jestem niesprawiedliwy. Bo niby cóż ja innego robię? Przecież też tylko siedzę i klepię. A gdybym nawet dostał do ręki broń, nie wiem, czy byłbym w stanie kogoś nią zabić, choćby i na to zasługiwał. I nie idzie mi w tym momencie o brak odpowiednich umiejętności. Czy będąc, dajmy na to, prezydentem USA, miałbym na tyle wielkie cojones, ażeby podjąć decyzję o zniszczeniu ISIS dwoma albo trzema bombami atomowymi? Jeżeli nie możesz nic realnie pomóc, to przynajmniej się zamknij, durniu! Już lepiej napisać o tym „Archiwum X”. Ale czy na pewno?

Problem wszak sam się nie rozwiąże. Mogę się zjeżać na wyświechtane frazesy o duchowym samobójstwie Europy i jałowe wezwania, by Zachód wreszcie się obudził. Mogę, choć byłby to sprzeciw czysto estetyczny, ot taki sobie foch literata, który bardziej niż zamachów, boi się popadnięcia w sztampę. Żadne moje wzburzenie nie zmieni kluczowego wniosku, że ci, co te diagnozy formułują, najzwyczajniej mają rację. Czy wobec tego rzeczywiście możemy zrobić coś ponad uporczywe walenie w bęben w nadziei, że nasz bezsilny krzyk w końcu do kogoś dotrze? Nie, nie do polityków! Ci, zatruci tęczową, posthipisowską ideologią, są już straceni. Prędzej zginą, niż dopuszczą, by choćby kropelka rzeczywistości przeciekła do ich utopijnej fortecy. Ale do ludzi, do zwykłych ludzi. Do zwykłych Belgów, Francuzów, Holendrów.

Jeżeli ktoś może jeszcze przeważyć szalę zwycięstwa w tej wojnie na naszą stronę, to właśnie przeciętni, szarzy Europejczycy. Tak, symboliczne gesty solidarności z ofiarami są ważne, ale nakładanie na profilówki flag krajów, w których rozegrała się kolejna rzeź, i pisanie „Je suis” powinno występować obok, a nie zamiast faktycznego działania. Tak, niech przez europejskie ulice przechodzą marsze, ale powinny to być marsze wściekłości, a nie apatyczne pochody kretynów obwieszonych pacyfami, śpiewających „Imagine” i chlipiących, że ich religią jest miłość. Okopani w Brukseli i Strasburgu decydenci mają czuć na plecach nienawistny oddech tłumu.

Niestety, nic nie wskazuje, by taki przełom miał nastąpić w najbliższym czasie. Wróg posuwa się tak daleko, jak mu pozwolimy. A że napotyka jedynie przerośnięte dzieci bazgrzące kredą po chodnikach, rozświetlone na kolorowo budynki i rozmazgajoną panią komisarz, to cóż… hajda na koń, jak to mówią. Zapinać pasy i do przodu! A swoją drogą ciekawe, czy Federica Mogherini spłakała się bardziej z rozpaczy po zabitych, czy dlatego, że jakieś resztki synaps trybiących w jej mózgu jednak łączą kropki. Wolałbym to drugie wytłumaczenie, bo ono by znaczyło, że nie mamy dokumentnie przepieprzone.

Czy się boję? Tak, ale chyba nie tego, że mógłby mnie unicestwić obwieszony materiałami wybuchowymi islamista. Śmierć to śmierć. Równie dobrze może mnie rozwalcować pijany kierowca albo załatwić zwykły rak. Szanse są pod tym względem mniej więcej wyrównane. Boję się – wstyd to przyznać – nas, Europejczyków. Przeraża mnie ta cielęca rezygnacja, ten wyraz twarzy jak u bitej żony. Grozą przejmują mnie europejscy przywódcy, którzy pouczają o demokracji i wolności słowa, jednak gdy pierwszy lepszy gnojek z Molenbeek tupnie nogą, zaczynają skamleć i podawać łapę – zupełnie jak mój pies, gdy chapnie sobie gówienko.

Niby mówi się, że nastroje w Europie się radykalizują. Niby bije się na alarm przed jakąś tam ekstremalną prawicą, co to lada dzień ma wziąć wszystkich za mordę. Tylko że po reakcjach na tragedię w Brukseli jakoś śmiem przypuszczać, że więcej w tym standardowych lewackich obsesji, niż prawdy. Nie można nikomu zabronić popełnić samobójstwo, ale dlaczego miałby pociągnąć za sobą wszystkich wokół? To jest chyba prawdziwe źródło bezradności – to że nie możesz zatrzymać biegu ku przepaści. A jak daleko od bezradności do… uległości? Spytajcie bite żony.

Poprzednie