Bestie z Wołynia

No więc w końcu wybrałem się na „Wołyń”. Trochę to trwało, bo w mikroklimatycznym kinie, które chwaliłem przy okazji „Ostatniej rodziny”, niestety padł projektor. Na wszystkich seansach maksymalne obłożenie. Ja załapałem się na ostatni, na który również teoretycznie brakło miejsc, toteż trzeba było robić rezerwację kilka dni wcześniej. A piszę „teoretycznie”, bo kiedy zjawiłem się przy kasie, by odebrać swój zamówiony bilet, ludzie wciąż dochodzili w nadziei, że uda im się zobaczyć film pomimo braku rezerwacji. Kiedy widownia była już pełna, zaczęto donosić składane krzesełka. Coś niesamowitego!

Uderzył mnie wprost niezwykły gwar. Wynikał on oczywiście z ilości widzów na sali, lecz jakoś nie mogłem się opędzić od poczucia, że chcą się jak gdyby wygadać na zapas. A może coś zagadać? Zamaskować wibrujący gdzieś w głębi serc niepokój? Przecież wiedzieli, na jaki film tu przyszli. Wiedzieli, jaki jest jego temat, jaki reżyser go nakręcił i jaka ciągnie się za nim reputacja. W dzisiejszych czasach doprawdy trudno przystąpić do konsumowania dzieł kultury „na czysto” i nawet jak się chce uniknąć jakichkolwiek informacji czy opinii, jest to w zasadzie niemożliwe. Ja też wiedziałem. I niewykluczone, że gdybym natknął się na jakichś znajomych, też wdałbym się z nimi we frenetyczną pogawędkę.

Od razu muszę się tu do czegoś nieco wstydliwie przyznać. Na „Wołyń” jechałem z gotową recenzją. Tak, to kretynizm, zdaję sobie sprawę. Moja recenzja nosiła tytuł „Wołyń, czyli gore w służbie polityki historycznej”, a jej konkluzja sprowadzała się do tego, że Smarzowski to artystyczny oszust, który tak zwanym ważnym tematem chce zamknąć krytykom usta i odwrócić ich uwagę od faktu, że po prostu lubi tanią makabrę klasy B. Którą, nawiasem mówiąc, ja też lubię, ale to inna para kaloszy. Mógł po prostu zrobić zwykły rozrywkowy slasher bez pretensji do drugiego dna, zamiast zasłaniać się tragedią Kresów.

To, iż taki pogląd sobie wyhodowałem, nie wzięło się oczywiście jedynie z wpływu różnych głosów, od których zresztą bynajmniej nie stroniłem. Prawda jest taka, że nawet gdybym o „Wołyniu” nie wiedział zupełnie nic, i tak starałbym się go na „dzień dobry” przed samym sobą zdezawuować. Tak, mam wobec Smarzowskiego uprzedzenia. I to tak głębokie, że od czasu „Wesela” nie obejrzałem żadnego jego filmu. „Wesele” to było jedno z moich bodaj najbardziej traumatycznych kinowych przeżyć. Powiedzieć, że mnie zniesmaczyło, to nic nie powiedzieć. Ono mnie po prostu upokorzyło. Wytarzało moją twarz w gównie, czy może raczej w tym cholernym bigosie na zielonej kiełbasie. Towarzyszące mu doznania mógłbym porównać chyba tylko do… bo ja wiem? „Ostatniego domu po lewej”?

Nie, wcale nie przesadzam. W każdym razie jeśli idzie o moją recepcję „Wesela”. Całkiem możliwe, że dziś mój odbiór byłby przychylniejszy, bogatszy o doświadczenia, którymi wtedy nie dysponowałem, bardziej wyczulony na niuanse i konteksty. Wówczas jeszcze dosyć silnie odchorowywałem cuchnące miazmaty polskiego „poważnego” kina lat dziewięćdziesiątych. „Wesele” jawiło mi się jako jego podniesione do entej potęgi apogeum.

No ale okej, już furda z tym, klamka zapadła. Jestem, siedzę, światła gasną, ekran zaczyna się jarzyć. Na jakąś zaiste zjadliwą ironię zakrawa fakt, że film otwiera scena wesela. Że też leją się hektolitry wódy, a nabrzmiałe wiejskie gęby i roziskrzone oczy jakby żywcem z tamtej upiornej biesiadki przeniesione. Nie ma co, Smarzol lubi wesela. Tylko patrzeć jak pojawi się głupkowaty Bartłomiej Topa i naprany w trupa Marian Dziędziel, który z odstrzelonym palcem krzyczy do gości: „Wypierdalać!” W końcu Smarzowski sam w jakimś wywiadzie chyba deklarował, że u niego zawsze będzie się chlało i zawsze będzie Marian Dziędziel. Tu niestety go brak. W sumie trochę szkoda. No ale jest przynajmniej Arkadiusz Jakubik w roli przedsiębiorczego Macieja, który kupuje sobie młodą żonę za osiem morgów, więc nie jest źle.

Ale na serio. Już po piętnastu minutach musiałem tę moją idiotyczną recenzję zjeść. I chcąc nie chcąc, przyznać, że Smarzowski żadnym hochsztaplerem nie jest. „Wołyń” to naprawdę wybitny film. Wybitny, wstrząsający, przenikający do samego jądra duszy – niepotrzebne skreślić. Zgoda – tak się dziś pisze o każdym filmie, ale zwykle jest to jedynie marketingowy bełkot. Nie w przypadku „Wołynia”. Myślę, że będzie on długo pamiętany, a to, że nie dostał przepustki do Oscarów, uważam za skandal. I piszę to z pełną odpowiedzialnością, nie mając jeszcze obejrzanego „Powidoku”.

Ale dobra, od początku. Film nie ma aż tak szybkiego teledyskowego montażu, jak niektórzy narzekali. Owszem, jest dynamiczny, może nawet niekiedy zbyt pospieszny, ale nie aż tak, by zmienić mózg w żelatynę. Nie mogę się też zgodzić z tezą, że brakuje w nim bohaterów. To znaczy… no cóż, większość postaci rzeczywiście jest tam pretekstowa i znika z ekranu, nim zdążymy się w nie wczuć. Ale z drugiej strony to jest cena, jaką płaci za swą edukacyjność. Podobnie było choćby z „Katyniem”. Fabuła wisi w zasadzie na jednej bohaterce – właśnie tej Zosi, co to ją starzy Maciejowi za ziemię przehandlowali. To przez jej pryzmat obserwujemy zdarzenia i to z nią i jej rodziną mamy szansę się utożsamić.

Rzeź zajmuje ostatnie pół godziny. Jest faktycznie przerażająca. Kobieta siedząca niedaleko mnie zakrywała oczy. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli: groza nie wynika tutaj z samej makabry. W horrorach – choćby w remake’u „Teksańskiej masakry piłą łańcuchową” – nie takie rzeczy widzieliśmy. Nie, drodzy państwo, tu źródłem grozy jest świadomość, że obrazy, które widzimy – obrazy, dodajmy, bardzo wystylizowane, uwodzicielsko wręcz malarskie – mają swe pierwowzory w rzeczywistości. Ba, stanowią jej uładzoną imitację. Bo to się naprawdę zdarzyło i było milion razy okropniejsze.

Może i dałoby się opowiedzieć o golgocie Wołynia bez epatowania tak silną brutalnością. Może Smarzowski istotnie przejawia jakieś niezdrowe instynkty, które sytuowałyby go raczej bliżej takich twórców jak Wes Craven czy Quentin Tarantino. Jednak bez krwawej kulminacji ciężko byłoby w pełni zrozumieć i uwewnętrznić to doświadczenie. Ciężko byłoby pojąć, że takie ludzkie bestie naprawdę chodzą po świecie. Bestie? Rety, co ja pierniczę! Przecież to byli zwykli ludzie… kompani od kielicha… mężowie… sąsiady…

wolyn-fot-krzysztof-wiktor-film-it_8829-1024x512

Czyżby więc Smarzowski chciał nam sprzedać traktat o banalności zła? Bynajmniej. Gdyby tak było, dałoby się to o wiele łatwiej przełknąć. Nie chcę być opacznie zrozumiany: owszem, to jest przypowieść o tym, że przy sprzyjających warunkach nawet przeciętny człowiek może stać się potworem, lecz o ile twierdzenie Arendt odnosiło się do tzw. „mordercy zza biurka”, szarego urzędnika, bazując właśnie na kontraście pomiędzy jego zwykłością a zbrodniami, których się dopuścił, o tyle tu ta zasada nie ma zastosowania. Tu od początku – i to nie tylko ze względu na znajomość faktów historycznych – dopuszczamy, że ci ludzie byliby zdolni do barbarzyństwa. W gruncie rzeczy aż tak bardzo nie różnią się od Eichmanna, niemniej to, co on ukrywał pod koszulą, krawatem i czystymi paznokciami, u nich wyziera bez retuszu.

A jest to jakaś zwierzęca prymitywność, duchowa pustka zasłonięta bardzo cienką warstewką obyczajów i moralności. Moralności, dodajmy, nader problematycznej. No bo czym niby – do licha – jest pospolity handel żywym towarem, który uprawiają rodzice Zosi za trochę ziemi? Tak wygląda Wołyń Smarzowskiego – zarówno ten polski, jak i ukraiński. Nawet jak mamy wesele, to gdzieś w podtekście czai się ten animizm. Przebija w weselnych rytuałach, w piciu na umór do zatracenia, w aż kipiącej, pierwotnej seksualności. Religia to też właściwie tylko pozór, zwyczaj, który da się nagiąć, przekupić lub wykorzystać do ideologicznych potrzeb.

Bo natura nie znosi próżni i jeśli nie obsiejemy jej czymś pozytywnym, właśnie ideologia ją rychło wypełni. Będzie pasożytowała na wrodzonej naszemu gatunkowi potrzebie wyższego porządku. W tym wypadku mrzonek o czystym, nieskalanym, idealnym Narodzie, do którego drogą jest wyrżnięcie zaburzających harmonię Lachów. Ale tak naprawdę można tu przecież podstawić, co się chce, jakąkolwiek ideę doprowadzoną do tak dalekiego ekstremum, że traci się z pola widzenia indywidualność.

Natomiast co do najzupełniej współczesnych kontrowersji odnośnie zdarzeń z 1943 roku, jak i filmu Smarzowskiego… Ech, ujmę to tak: mam kolegę Ukraińca, który niedawno opowiadał mi o kumplach ze szkoły; dziś prawie wszyscy snują się po mieście w dresach i wywrzaskują banderowskie slogany. Nie mają pracy, ani żadnych perspektyw na nią, o muzyce czy filmach z nimi nie pogadasz, ale… napędza ich jedno wzniosłe marzenie – o wielkiej Ukrainie. Jeżeli faktycznie chce ona dziś budować swój nowy fundament na takim surowcu, to aż ciarki idą.

Kiedy tak siedziałem w ciemnej kinowej sali, po głowie kołatała mi się jeszcze jedna myśl, ale… zostawię ją dla siebie. Może się nie spełni.

 

Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Roman Sidło

    Cieszę się, że Smarzowski zrobił wszystko, aby ten film ‚odpolityczniać’ i nie pozwolił złapać się w sidła partii rządzącej, która ideologicznie chętnie by „Wołyń” przytuliła i wywiesiła na sztandary.

    Nie lubię rozdrapywania ran historycznych, ale sądzę, że ten film był potrzebny. W zadowalający sposób wypełnił niszę, która wypełnienia wymagała. Trochę nie podobał mi się rozdźwięk między złymi Ukraińcami i dobrymi Polakami, bo niejako narzucił widzowi odbiór.

    Tak czy inaczej to pozytywne zjawisko filmowe, jeśli idzie o ten rok (w przeciwieństwie do „kału” Krauzego). W „Wołyniu” podobało mi się to, że nawet abstrahując od kontekstu historycznego, otrzymujemy dobry film ze sprawną fabułą.

    • Z tym rozdźwiękiem coś faktycznie jest na rzeczy. Kiedy nastąpiła sekwencja odwetu Polaków na Ukraińcach, miałem wrażenie, że jest jakby doklejona trochę na siłę, tak żeby nikt nie mógł powiedzieć, że film nie jest sprawiedliwy. Zgoda też, że Smarzowski zrobił wszystko, by go odpolitycznić, choć obawiam się, że na Ukrainie tak czy inaczej będzie on odczytywany jako element polskiej polityki historycznej.