Echo pustyni [wersja audio]

„Echo pustyni” miało niedawno premierę na portalu BeGoodArt. Wejdzie też w skład zbioru opowiadań, który na pewno kiedyś wydam. Byłbym wielce rad uczynić to w okolicach Bożego Narodzenia, ale nie wiem, czy mi się uda. A na razie w ramach coraz śmielszych poczynań z multimediami postanowiłem nagrać audiobooka. Produkcji tej brakuje jeszcze trochę do ideału – między innymi umieściłem mikrofon zbyt blisko ust, a w toku obróbki nie wszystkie wynikłe z tego usterki dało się zredukować – ale, ujmując rzecz nieskromnie, chyba robię postępy i chyba słuchać się da. Oczywiście nadal na brzmienie własnego głosu cierpnie mi skóra, ale powiedzmy, że to wychodzenie poza tekst ma stanowić także element walki z kompleksami.

W najbliższym czasie pewnie pojawi się więcej takich słuchowisk. Będę też chciał rozwinąć aktywność vlogerską. A jeśli uważacie, że to, co robię, jest fajne, będę niezwykle wdzięczny za pomoc w propagowaniu. Każdy lajk, udostępnienie, łapka w górę czy choćby dobre słowo pozwala mi dotrzeć do nowych odbiorców. No i motywuje do dalszej pracy. Z góry wielkie dzięki.

Zapraszam więc do odsłuchu!

Ta ostatnia zwykła rodzina

ostatnia-rodzina-ilustracja-tekstu-1000x600

Co ja właściwie sobie myślałem, wsiadając w to słoneczne niedzielne popołudnie do pociągu? Że się ostatnio pojawiło trochę polskich filmów, które naprawdę chciałbym obejrzeć, nie musząc czekać, aż wejdą na rynek wtórny, i że nie bardzo mam gdzie, bo już od paru ładnych lat kino w moim rodzinnym mieście straszy jako zamknięty na głucho pustostan i jakoś się nie zanosi, ażeby miało to w najbliższej przyszłości ulec zmianie. Objazdowe efemerydy, które lokalna prasa reklamuje jako wielkie kulturalne wydarzenia, sprawy jednak nie załatwią. Warszawa niby niedaleko, ale sporo nadprogramowego czasu trzeba wygospodarować.

Zresztą nieważne. Ten tekst nie ma być krytyką niczyich poczynań. O trudnościach z dostępem do dóbr dziesiątej muzy wspominam tu, ponieważ stały się integralną częścią mojego doświadczenia z filmem Jana P. Matuszyńskiego, a po prostu lubię takie z pozoru trywialne smaczki rejestrować. Poza tym… no cóż, od czego są prężne instytucje kultury w ościennych miejscowościach? Gdzie jedni niedomagają, inni zyskują. Piętnaście minut osobowym – trochę ponad dwadzieścia, licząc dojście z dworca, zakup biletu i zostawienie kurtki w szatni – i oto siedziałem w niedużej, lecz bardzo klimatycznej salce, a do tego wypełnionej praktycznie po brzegi. Coś tak czuję, że w najbliższych miesiącach mocno się w niej zadomowię.

Co jeszcze sobie myślałem już odnośnie samego filmu, kiedy zaczęły gasnąć światła? Chyba to, że eksploduję, jeśli „Ostatnia rodzina” okaże się kolejnym dusznym rodzinnym dramatem w rodzaju „Placu Zbawiciela” czy „Pręg”, lub groteskową wiwisekcją polskich patologii rodem z „Wesela”. To tak a propos mojej smarzofobii i „Wołynia”, na który niebawem się wybieram – zresztą do tej samej salki – poniekąd też, by owemu uprzedzeniu stawić czoła. Myślałem, że będę wył, jeżeli grany przez Dawida Ogrodnika młody Beksiński okaże się toksycznym, rozhisteryzowanym bucem, który przez dwie godziny nie robi nic poza zasrywaniem starym życia, a na końcu łyka prochy.

(więcej…)

Tadeusz Różewicz – poeta, który otworzył żyły wierszom

rozewicz

W czasach mojej chmurnej i durnej młodości mówiło się, że w Polsce tylko pięcioro poetów może liczyć na naprawdę masową rozpoznawalność. A byli to: ks. Jan Twardowski, Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert i Tadeusz Różewicz. Poza wypadkiem ks. Twardowskiego, który istotnie pod wiele strzech się wdarł, były to chyba szacunki mniej lub bardziej przestrzelone, co jednak i tak dostarczało zastępom ówczesnych liryków in spe dawki złudnej nadziei, że i ich kiedyś zaczną pokazywać w telewizji.

Oczywiście kojarzyć jeszcze nie równa się czytać. Poza tym droga każdego z wymienionych wyżej twórców do świadomości mas była nieco odmienna. Szymborską i Miłosza najbardziej wywindował Nobel. Herbertowi pomógł status barda Solidarności – nienadkruszony, mimo iż po przepoczwarzeniu się PRL w III RP zaczął miewać niejakie kłopoty z demokracją, a ona z nim. Popularność ks. Twardowskiego to zjawisko mocno specyficzne i nie podejmuję się go analizować. Natomiast jeśli idzie o Różewicza, sprawa jest nieco poplątana. Pomijając jego obecność w podręcznikach do polskiego, największą realną sławę zyskał chyba wśród samych poetów – czy w ogóle artystów – i dopiero od nich niejako „przeciekł” dalej.

We wspomnianym tutaj okresie z całej piątki na łonie Abrahama spoczywał jedynie Herbert. Pamiętam, jak wiadomość o jego śmierci zaskoczyła mnie w dżdżysty lipcowy wieczór w Poznaniu. Dziś nie żyją już wszyscy. Różewicz zmarł jako ostatni wiosną dwa lata temu. Teraz kończyłby dziewięćdziesiąt pięć lat. Przytaczam te dane, bo fakt, że to właśnie on zgasił światło po – jak bywał też ów kwintet określany – Starych Mistrzach, wydaje mi się wielce znamienny.

(więcej…)

Czyja racja jest bardziej czyjsza

mojsza

W bieżącym numerze „Do rzeczy” ukazał się zabawny artykulik. Nie w sensie, że śmieszny sam w sobie, kuriozalny lub coś w tym stylu. Zabawne – przynajmniej na pozór – były przykłady, jakie autor przytoczył, by zilustrować opisywany przez siebie temat. Chodzi mi mianowicie o tekst Jacka Przybylskiego pt. „Dwie Ameryki”. Mowa w nim jest o głębokim, fundamentalnym podziale, rozłamującym amerykańskie społeczeństwo na przeciwstawne obozy. „Wiem, że żyjesz we własnym świecie” – rozpoczyna Przybylski cytatem ze słów Hillary Clinton skierowanych do Donalda Trumpa podczas niedawnej debaty.

Clinton, jak rozumiem, chodziło nie tyle o to, że jej kontrkandydat ma zaburzony kontakt z rzeczywistością w sensie psychiatrycznym – choć o to pewnie trochę też – ile raczej o to, że należy do innego plemienia, kierującego się innymi wartościami, radykalnie odmiennie niż jej plemię postrzegającego polityczne, kulturowe i społeczne kwestie. Biorąc poprawkę na to, co się często słyszy o labilności poglądów Trumpa i tym, jak w gruncie rzeczy jest nie w smak partii, która dała mu nominację, jest to chyba stwierdzenie dość kontrowersyjne i pasowałoby bardziej na przykład do Bena Carsona, ale nie czepiajmy się – liczy się tu pokazanie, jak ostro rysują się granice barykad.

Dalej dowiadujemy się, że sympatie do Demokratów albo Republikanów są od pokoleń tak głęboko wrośnięte w świadomość poszczególnych ludzi, a nawet całych rodzin, iż wpływają na tak, wydawałoby się, apolityczne obszary życia jak zawód, rodzaj preferowanego humoru, kulinarny gust czy… woń. Jak bowiem dowodzi Przybylski, powołując się na opinię pewnego naukowca z Penn State University, przedstawiciele jednej lub drugiej opcji politycznej są w stanie „wywąchać się”, nawet jeśli używają dokładnie tych samych kosmetyków co oponenci.

(więcej…)

Niezwykły przypadek doktora Shepparda

poirot

Nie podejmuję się rozstrzygnąć, czy to David Suchet aż tak bardzo stał się ikoną Herkulesa Poirota, kreując go w licznych adaptacjach prozy Agathy Christie, czy może sam Poirot został przez swą twórczynię tak ulepiony, iż to właśnie Suchet był naturalnym kandydatem do jego uosobienia przed kamerą. Przyznam, że tego nie badałem, ale też chyba nie jest to specjalnie istotne. Czarujący belgijski detektyw z łysinką i gustownym wąsikiem Sucheta na stałe wyrył się w mojej pamięci, bo poznałem go przez serial telewizyjny na długo, nim w ogóle wziąłem do ręki jakąkolwiek powieść Christie.

Tak po prawdzie dotychczas przeczytałem tylko „Boże Narodzenie Herkulesa Poirota”. A i to przypadkowo, ponieważ kilkanaście lat temu po prostu dostałem tę książkę nomen omen pod choinkę. Nawiasem mówiąc jej polski tytuł nadany przez tłumacza brzmiał „Morderstwo w Boże Narodzenie”, ale słowo „morderstwo” w tytule – zwłaszcza że pozycja, o której chcę opowiedzieć, ma je w anglojęzycznym oryginale – wydaje mi się jakoś zbyt trywialne, zbyt… uteatralnione. Jak zresztą sam kryminał jako gatunek – aż ciśnie się na klawisze. Oczywiście wiem, że to nieprawda, w każdym razie nie bardziej, niż w odniesieniu do wytworów kultury masowej in extenso. Tyle że akurat kryminał wybitnie mi się z ową teatralizacją kojarzy.

Zdaję sobie sprawę, że współczesne kryminały usiłują za wszelką cenę z tym odium zerwać. Że dziś w zasadzie nie do wyobrażenia jest produkt z tego worka bez społecznego tła. Że się wręcz mówi o nim – przynajmniej w ujęciu literackim – jako o ostatnim bastionie twardego realizmu itp. Ale choćbyśmy nie wiem jak modyfikowali interfejs, jądro systemu pozostaje constans. Tak jest przecież zresztą w całej popkulturze. A Christie pracowała – by tak rzec – przy definiowaniu jego kodu źródłowego.

(więcej…)

Joanna Bator o kotach i Śląsku

zlykot

„Ciemno, prawie noc” było moim dziewiczym – i jak dotąd jedynym – zetknięciem z powieściową twórczością Joanny Bator. Pierwszym, ale czy ostatnim? Tę sprawę będę musiał poważnie przemyśleć. Z biegiem lat coraz rzadziej pozwalam sobie na luksus lektur zbędnych. Stosuję coraz bardziej restrykcyjny klucz ich doboru. Czytam tylko dwa rodzaje książek: takie, które czegoś mogą mnie nauczyć, oraz te, przy których odpoczywam, żeby przygotować mózg do kolejnej porcji wysiłku. Sytuacja idealna – i szczęśliwie wcale nie tak rzadka – jest wówczas, gdy owe płaszczyzny się przetną.

Bywa, że trafię na zatruty owoc, i wtedy bez żadnych ceregieli go porzucam. Czas płynie, żal wytracać go na brednie. Takim zbukiem okazały się choćby „Trociny” Vargi. A napomykam tu o nich, ponieważ to, co miotało mną coraz silniej w miarę zanurzania się w mroczny wałbrzyski świat Alicji Tabor – głównej protagonistki i narratorki powieści – jest do pewnego stopnia analogiczne. Ale tylko do pewnego, bo Joannie Bator powiodła się sztuka, której Varga najwyraźniej nie posiadł lub po prostu nie zaprzątał sobie nią głowy w trakcie pisania – zostałem oto pochwycony w sidła, uwiedziony i zmuszony do chłonięcia aż po finałowy wers. Joanna Bator najzwyczajniej umie snuć zajmującą historię, dzięki czemu nawet jeśli brała mnie pokusa ciśnięcia jej w kąt, jakoś nie mogłem się na to zdobyć, bo chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Niebezpieczna zdolność.

Jednak zestawiam obydwa tytuły z jeszcze innego powodu. Otóż ich autorzy są rodzeństwem. Tak, dobrze państwo przeczytaliście – Joannę Bator i Krzysztofa Vargę, a w każdym razie ich książki, łączą więzy duchowej krwi. Oboje w gruncie rzeczy komunikują to samo. Z tym że o ile Varga czyni to raczej prymitywnie, raczej nieudolnie maskując publicystykę pod cieniutką kołderką fabuły, o tyle Bator okazuje się absolutną mistrzynią dywersji. Z jej ręki łykasz tran i chcesz prosić o jeszcze. Oj, demoniczne, demoniczne.

(więcej…)

Gadowski na tropie kalabryjskiego diabła

kalabria1

Zmarły kilka dni temu watykański egzorcysta ojciec Gabriele Amorth napisał kiedyś na Facebooku, że „wszystko wydarza się najpierw na poziomie duchowym, dopiero później urzeczywistniając się na tej ziemi.” A choć zdanie to odnosiło się do Państwa Islamskiego, można je chyba śmiało uznać za ogólną zasadę rządzącą zarówno dobrem, jak i złem. I to bez względu na to, czy jesteśmy ludźmi wiary. Bo nawet jeśli nimi nie jesteśmy, a „poziom duchowy” zastąpimy na przykład „sferą idei” czy jakimkolwiek innym pojęciem obrazującym niematerialne mechanizmy ludzkich poczynań, musimy przyznać Amorthowi rację.

Właśnie ta myśl coraz wyraźniej klarowała mi się podczas oglądania pierwszego odcinka dokumentalnego cyklu „Łowca smoków” autorstwa Witolda Gadowskiego, który 14 września pokazała TVP. Film nosił tytuł „Diabeł zatrzymał się w Kalabrii” i opowiadał o jednej z bardziej tajemniczych włoskich organizacji mafijnych – ’Ndrànghecie. Nie jestem wybitnie zorientowany w tych sprawach – skojarzenia z terminem „mafia” mam mniej więcej takie jak większość z nas – jednak dokument Gadowskiego śledziłem naprawdę z przysłowiowym zapartym tchem. Bynajmniej nie z powodów czysto poznawczych lub dla mrożących krew w żyłach opowieści.

Gadowski, choć w swej pracy często sprawia wrażenie pospiesznego czy wręcz niechlujnego, ma zaskakującą i wcale nie tak częstą u dziennikarzy cechę. Potrafi sięgać do korzeni zjawisk. Nie w sensie dogłębnego rozeznania tematu i zebrania jak największej ilości danych – choć i tu większość pałętających się po różnych studiach i redakcjach wyjaśniaczy rzeczywistości mogłaby brać u niego korepetycje – lecz po prostu wykazuje się intelektualną żarliwością, która koniec końców musi doprowadzić go, a z nim również nas, do metafizyki.

(więcej…)

Frederick Forsyth kończy karierę, czyli o sięganiu do źródeł

FREDERICK FORSYTH - writer at home in Hertfordshire. Pic: Andy Watts/Sunday Times November 2000.
FREDERICK FORSYTH – writer at home in Hertfordshire. Pic: Andy Watts/Sunday Times November 2000.

Jak podaje nieoceniony Booklips, Frederick Forsyth – światowej sławy autor thrillerów – postanowił zakończyć karierę literacką. A przynajmniej – bo nie wynika to do końca z tekstu – pożegnać się ze swym ulubionym gatunkiem. Bo w to, że w ogóle przestanie pisać, jakoś nie wierzę. Mało który wyrobnik słowa ma w sobie na tyle determinacji, by odstawić jedyny narkotyk, jaki każdego dnia pozwala mu wstawać z łóżka. Chociaż z drugiej strony mogę się mylić. Forsyth to inna szkoła i jeśli powiedział, że wydana w 2015 roku autobiografia stanowi jego „łabędzi śpiew”, to być może rzeczywiście złamie klawiaturę.

Tyle że Forsyth już kilkakrotnie ogłaszał zejście ze sceny, a mimo to i tak zawsze bisował. Tym razem jednak – jak czytamy na BL – ma być inaczej, ponieważ autor „Dnia szakala” nie dość, że wystrzelał się z pomysłów – bywa – to jeszcze dodatkowo ugiął się pod namowami żony. No cóż, z kim jak z kim, ale z istotą, dla której włożylibyśmy rękę do mrowiska, gdyby tego zażądała, trudno polemizować. Poza tym wysunięty przez panią Forsyth argument, że jest za stary, by jeździć w niebezpieczne miejsca w celu zbierania materiałów do książek, też na pewno ma tu niebagatelne znaczenie. Wieku i jego ograniczeń nie sposób oszukać ani tym bardziej przeskoczyć.

Ale mnie najbardziej zaciekawiło właśnie to zbieranie materiałów. Już wielokrotnie czytałem w różnych miejscach o legendarnym doku mentalistycznym zacięciu Forsytha. To, że chciało mu się osobiście taszczyć tyłek do Somalii, zamiast wysłać tam jakiegoś researchera – co jest dziś standardem u bestsellerowych rzemieślników, którzy działają już bardziej jak firmy, niż jak prawdziwi pisarze – musi budzić podziw. Lecz również na nowo każe zadać pytanie o rolę wiarygodności w procesie twórczym.

(więcej…)

Houellebecq, czyli uległość jako rewers nadmiaru wolności

wp_20160912_02_17_07_pro

Biorę się do tego tekstu jak przysłowiowy pies do jeża. Ciągle go odkładam, wyszukuję sobie inne zajęcia, coś tam doczytuję, łudząc się, że pomoże mi to wyrobić szerszą perspektywę. A czas od przeczytania książki nieubłaganie mija i zaraz może być za późno. Rety, ileż ja w ten sposób tematów zmarnowałem! Tylko że zazwyczaj powoduje mną lenistwo albo jakieś inne naprawdę pilne obowiązki. Tu też już chciałem się czymś wymówić. A to że nie wpadł mi do głowy odpowiedni tytuł – a nie mając go, rzadko zaczynam pisać – a to że pod maską bloga wypadałoby pogrzebać, bo jakieś aktualizacje. Bla, bla, bla!

Prawda jest taka, że żongluję tą książką niczym gorącym kartoflem. Bo jakkolwiek strasznie się do jej lektury zapaliłem – do tego stopnia wręcz, że musiałem sam ze sobą walczyć, by ją odłożyć na później – to gdy myślę o zdaniu raportu z tej przygody, ogarnia mnie obawa, że mogę wdepnąć na minę. Ba, na całe ich pole! Cholera, przecież to Houellebecq! A to jego słynna i kontrowersyjna „Uległość” – dzieło nie dosyć, że być może prorocze, to jeszcze osnute tragicznymi kontekstami, wzmacniającymi jego wymowę i skłaniającymi do mocno instrumentalnych doraźnych użyć. Fatalna sprawa, łatwo skrewić.

Ale z drugiej strony może właśnie daję sobie związać ręce iluzją? Nie przeczę, że „Uległość” ważna jest, ani że towarzyszące jej zaistnieniu na literackim rynku okoliczności – zamach na „Charlie Hebdo” tuż przed premierą i fala islamskiego terroryzmu, która skąpała Francję we krwi w ostatnich miesiącach – trudno całkiem odsunąć na bok. Tylko że to jednak literatura. Przede wszystkim literatura. Nawet jeśli programowo zaangażowana i nie tworzona dla celu rozrywkowego.

(więcej…)

„Echo pustyni” – kolejne opowiadanie na BGA

Pewnego deszczowego popołudnia krążyłem między bibliotecznymi regałami, nie mogąc się zdecydować, co wypożyczyć. Nagle mój wzrok zatrzymał się na grzbiecie jednej z książek w szeregu opatrzonym literą G. Wyciągnąłem ją zaintrygowany. Tytuł na okładce głosił: „Gorący oddech pustyni”. Autorem był Gustaw Herling-Grudziński. Otworzyłem spis treści i przeczytałem tytuły opowiadań. Jedno z nich szczególnie mnie zaciekawiło. Był to „Portret wenecki”.

Kilka lat temu widziałem nakręcony na jego podstawie spektakl teatru telewizji. Rolę starego pisarza, wspominającego osobliwy incydent z czasów, gdy tuż po wojnie przebywał we Włoszech, zagrał Gustaw Holoubek. W jego młodszą wersję wcielił się Piotr Adamczyk – wtedy znany głównie z dubingowania kreskówek. W obsadzie znalazła się też chyba Joanna Szczepkowska. Uwiódł mnie mroczny, owiany tajemnicą klimat tej historii, w której wyczuwało się dyskretną, lecz namacalną obecność zła, uosobionego w cherubińskim obliczu syna zdziwaczałej contessy.

Przeżywałem wtedy silną fascynację Grudzińskim. Pochłonąłem chyba wszystkie jego książki dostępne w szkolnej bibliotece. Pisałem o nim też wypracowanie maturalne. Mimo iż figurujący na liście lektur obowiązkowych „Inny świat” wyraźnie odstawał od jego późniejszych opowiadań, dostrzegałem w tym człowieku zabójczą artystyczną konsekwencję, nie mówiąc o wyśmienitym piórze. Próbowałem nawet naśladować jego styl.

Podałem „Gorący oddech pustyni” znudzonej bibliotekarce w granatowym swetrze i z włosami spiętymi w kok.

– To wszystko? – upewniła się. Zwykle opuszczałem naszą miejską bibliotekę z naręczami książek.

– Tak, dziś to wszystko. Dziękuję.

Całość na BeGoodArt