Arcypolski rzyg trocinowy, czyli dlaczego czasem nie kończę

Niestety zaliczam się do czytelników obdarzonych naganną cechą porzucania książek, które – jak to się kolokwialnie mówi – mnie nie kupiły. Szczerze zazdroszczę lekturowym tytanom, kończącym wszystko, za co się wzięli, bez względu na to, jak bardzo by się nie rozczarowali. Mimo wielu prób wyzbycia się tej skazy wciąż bierze ona nade mną górę. Nie żeby zdarzało mi się to nagminnie, lecz wystarczająco często, by się niepokoić.

Jakiś czas temu poległem na „Trocinach” Krzysztofa Vargi. Jego felietony, pomimo iż stykałem się z nimi raczej sporadycznie – a może właśnie dlatego – zwykle dość lubiłem. Koneserem jego prozy – jak na ironię z identycznych przyczyn, z jakich ceniłem publicystykę – nie jestem. Prawdopodobnie dlatego, że to, co w krótkim gazetowym tekście da się strawić, a nawet – od czasu do czasu – zachwyca, skumulowane w pocisk dużej formy zaczyna mdlić, jak gdyby zjadło się o dwie kostki czekolady za dużo. Choć może w przypadku Vargi trafniejszy byłby… sam nie wiem – piołun? Jego moc uzdrawiania poprzez goryczkowy wstrząs jest jednak przereklamowana, i to mocno.

Narrator powieści – pięćdziesięcioletni korporacyjny wyrobnik – choruje. Oczywiście tylko ostatni naiwniak uwierzy, że za grypą żołądkową, która uniemożliwia bohaterowi należyte celebrowanie śmierci Amy Winehouse, nie kryje się jakaś metafora. Nie u tak wykwintnego literata jak Varga! Szybko idzie się zorientować, że prawdziwą przypadłością, rozwalającą sfrustrowanemu protagoniście perystaltykę, jest Polska. To ją wciąż i wciąż wydala, to nią werbalnie rzyga w unieruchomionym gdzieś wśród kartoflisk pociągu Intercity.

Po przemyśleniach kolejowego socjologa o głupiej podfruwajce z prowincji, co to w pustym przedziale osobowego dała się, jak ta krowa w rzeźni, zaciukać schlanym żulikom, nie dałem już więcej rady. Pokonał mnie.

No bo cóż to za irytujący typ! Jakiś taki rozlazły wewnętrznie. Hipochondryk, melancholik, a do tego niemożliwy wprost jęczydusza. To go uwiera, tamto swędzi. Pole za oknem za bure, współpasażerowie za konwencjonalni. Szef za pobłażliwy, zupa za słona, a kontrahent, który daremnie czeka w restauracji, by odbyć jedno z tych kompletnie pozbawionych sensu spotkań biznesowych, za podobny w szczurzej udręce wyrobnika kapitalistycznego molocha i równie jak nasz bohater zatrzaśnięty w swym pancerzu konwenansu, zmęczony i zły.

Ktoś powinien za to beknąć. Varga już na pierwszych stronach gastryczno-kolejowych wynurzeń wskazuje winowajcę. Jest nim – jakżeby inaczej! – Kościół katolicki, ów podły handlarz złudzeń. Bohater – jak każdy normalny przedstawiciel cywilizacji Zachodu – oczywiście jest ateistą. Lecz i tu nie ma zmiłuj. Bo o to, że przestał wierzyć, też – o dziwo – żywi do kogoś pretensje.

Gdybym był Andrzejem Horubałą, pewnie rzuciłbym coś w stylu: powieść Vargi wpisuje się w kultywowany przez „Gazetę Wyborczą” paradygmat obowiązkowo pogardliwego myślenia o Polsce. Albo: Varga, podobnie jak inni pisarze wychowani na Czerskiej lub zawodowo z nią związani, nie zaśnie, dopóki nie uraczy się solidną dawką inteligenckiego obrzydzenia na kraj krzyży i buraków, w którym ma nieszczęście żyć.

Ponieważ jednak jestem – póki co – tylko sobą, pokuszę się o uwagę, że z „Trocinami” mam podobny problem jak niegdyś z „Weselem” Wojciecha Smarzowskiego. Nie żebym chciał uciekać w jakiś kwietyzm, okopywać się przeciwko łajnu rzeczywistości, którym wszelkiej maści „drapieżni” artyści pragnęliby zmyć mi z oczu dziewiczą sielskość i anielskość. Nie żebym negował brud i patologie, na które starają się mnie uwrażliwić. Bo to wszystko, o czym opowiadają, istnieje. Są głupi i małostkowi ludzie. Jest brzydota i niedbalstwo, chciwość i wyzysk. Możliwe nawet – tak, mógłbym się z tym zgodzić – że wyrażają jakiś rys Polski tu i teraz.

Nie one więc uwierają mnie w takim stawianiu spraw, jak czyni to Varga, Smarzowski czy – on też tu świetnie pasuje – Koterski. Szkopuł w tym, że kiedy konfrontuję się z ich wizjami, zawsze mam nieodparte poczucie, że obcuję z rzeczą skonstruowaną, fałszywym obrazem sklejonym z prawdziwych elementów, błędnym wnioskiem wyprowadzonym ze słusznych przesłanek. I chodzi tutaj – w każdym razie w przypadku „Trocin” – chyba o coś więcej niż artystyczny skrót, alegorię, celowe przerysowanie etc. To jest po prostu egzemplifikacja założonych z góry tez, ubrana w quasi-fabularny kostium pseudosocjologia.

Od sztuki – nawet operującej skrótami, nawet podszytej publicystyką – chciałoby się jednak czegoś więcej. No dobrze, poprawka – ja chciałbym czegoś więcej. Chciałbym, aby prozaik wykonał choćby minimalny wysiłek, by tę siedzącą naprzeciw niego kobietę zrozumieć, miast wyprojektować na nią garść utartych schematów. Tymi nieszczęsnymi pociągami i ja troszkę po Polsce jeździłem i nieraz przyszło mi się przekonać, że ludzie są inni niż ci z diagnoz prof. Czapińskiego.

Tyle że socjolog siłą rzeczy skazany jest na statystyki i uogólnienia. Twórca nie. Dla niego to klęska sromotna. Kiedy międlenie gazetowych (gazetowo wyborczych?) schematów zastępuje mu wyobraźnię i empatię, zmienia się w zwykłego propagandzistę. Za to ze sporą szansą na Nike.

Cóż, możliwe, że krzywdzę tę książkę, tak łatwo się poddając. Może owo wielkie wow, które dostrzegło całkiem sporo recenzentów, czeka gdzieś tam, gdzie już nie odważyłem się brnąć. Ale coś czuję, że jednak nie czeka. Intencje są tu jasne od samego początku. Kluczowe karty od razu lądują na stole. Varga jest zbyt leniwy na przełamywanie klisz, bo zanadto obżarł się postmiałczyńskimi stereotypami i nie w smak mu nurkowanie głębinowe. A skoro on olewa, to nie widzę powodu, by rewanżować mu się czytelniczym wysiłkiem.

Felietonista „Wyborczej” swój trocinowy rzyg adresuje do przekonanych. Ja się do ich grona nie zaliczam. Bo niezależnie od tego, jak bardzo raniłaby mnie Polska – a nieraz orze do krwi – najpierw zawsze pytam o człowieka. A tu rozpoznania nie są już tak jednoznaczne.

Polecam również

  • A Radziu Wiśniewski ostrzegał… !

    • Brawo dla Radzia zatem.

      • Ale pewnie nie posłuchałbyś.

        • Jak mi mama mówiła, że nie powinienem brać do ust włączonych lampek choinkowych, to też nie słuchałem. I mnie popieściło 🙁 Tak już mam.

  • Pingback: Joanna Bator o kotach i Śląsku – Marcin Królik()

  • Wyznaję zasadę pięćdziesięciu stron. Jeżeli po 50 stronach książka mnie nie wciąga, odkładam. Czasem robię wyjątek – bo nazwisko autora, bo tematyka, bo mnie ktoś poprosił. Ale to rzadko. Szkoda życia na kiepską literaturę. „Trociny” z Twojego opisu wyglądają na coś, po czym miałbym ochotę odrąbać sobie nogę jakimś tępym narzędziem 😉

    • Stosowałem zasadę 50 stron od dawna, nie wiedząc, że to jest jakaś zasada 🙂 za to gryząc się, że nie jestem rasowym czytelnikiem. Co do „Trocin”, to wiesz… to jest moje subiektywne spojrzenie. Spróbuj, jeśli kiedyś najdzie Cię ochota. Ale IMHO Piotr Czerwiński, o którym pisałeś u siebie, lepiej rozlicza się z pokoleniowych traum. Vardze niestety – tak jak pisałem – szkodzi działalność publicystyczna.

      • Czerwiński daje radę, chociaż chwilami to jego arcyniepoważne podejście bywa męczące. Muszę dorwać jego ostatnią książkę, dobrze że mi przypomniałeś. „Zespół ojca” czy jakoś tak. Z zapowiedzi wynika, że tym razem będzie na poważnie.