Antymundializm w natarciu

Czy wiedzą Państwo, co to jest hat-trick? Nie? Ja też nie wiedziałem. Przynajmniej do dziś. Właśnie dziś przeczytałem, że za mylne objaśnienie tego pojęcia w sobotę została ukarana prezenterka TVN24. Pomyłki to rzecz ludzka. Sam wiele ich popełniłem. Także na antenie. Raz na przykład pomieszałem Radę Europejską z Radą Europy. Co oczywiście absolutnie nie usprawiedliwia braku profesjonalizmu. Zastanawia mnie jednak zarówno ton, w jakim w większości serwisów została podana owa informacja, jak też i to, że w przynajmniej jednym wypadku wybito ją na czoło, jak coś niesamowicie ważnego.

Wiedza, czym jest hat-trick, ani mnie ziębi, ani grzeje. Poprzez jej nabycie nie czuję się ani szczęśliwszy, ani w jakikolwiek sposób ubogacony. Ot, jeszcze jedno słówko. Gdybym tej prezenterki wtedy słuchał, nie zwróciłbym uwagi, że popełnia błąd. A nawet gdybym zwrócił, zapewne niewiele by mnie to obeszło. Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny: nie interesuje mnie piłka nożna. Nie to, że jej nie lubię czy nią gardzę. Po prostu jest mi w najwyższym stopniu obojętna. Tak już mam. Kilka razy próbowałem złapać bakcyla, lecz po obejrzeniu meczu wzmógł się jedynie mój oczopląs i wstyd mi było, że co chwila zerkałem na zegarek.

Tak naprawdę piłka mogłaby mnie zainteresować chyba wyłącznie jako fenomen kulturowy. Być może nawet skłonny byłbym sięgnąć po jakąś analizującą to zagadnienie książkę. Bo przecież to, czym żyjemy – a zwłaszcza gdy dane zjawisko ma charakter masowy – mówi o nas coś ważnego. A skoro już to ustaliliśmy, spróbujmy odwrócić pytanie: co komunikują ci, którzy ostentacyjnie manifestują swoją niechęć do Mundialu i pogardę wobec ekscytujących się nim rzesz kibiców? Spokojnie, o Krystynie Jandzie też za chwilę będzie.

Ale najpierw rys bardziej ogólny. Zaglądam na pewien facebookowy profil i od razu rzuca mi się w oczy wyboldowany napis: „Nie kibicuję tej farsie”. Na profilówce czerwona wstążeczka z deklaracją, że właściciel nie będzie oglądał Mundialu. Nie spotkałem takich oznaczeń zbyt wielu, jednak kilka tak. Niektórzy podają powody polityczne, innym nie podoba się, że przed imprezą moskiewskie władze jakoby wytruły wszystkie bezdomne psy – nawiasem mówiąc, ilustrujące tę rzeź zdjęcia to ponoć fejki, ale tematu nie zgłębiałem, więc taktownie zmilczę – a jeszcze inni – i tych, jak podejrzewam, jest najwięcej – po prostu odczuwają przemożną potrzebę rytualnego odcięcia się od tłumu.

Po przeciwnej stronie barykady mamy emocje równie silne, jeśli nie silniejsze. Na przykład lider Ruchu Autonomii Śląska Jerzy Gorzelik powiedział, że w ewentualnym meczu Polski z Niemcami kibicowałby Niemcom. Co oczywiście spotkało się już ze stosownymi ripostami. Z kolei duszpasterz polskich kibiców, ks. Jarosław Wąsowicz, stwierdził, że celebryci, którzy źle życzą reprezentacji Polski, mają po prostu problem z określeniem własnej tożsamości.

I tak dochodzimy do pani Jandy. Jej diagnoza, że w razie wygranej „naszych” polscy kibice dostaną irracjonalnego obłędu i manii wielkości, stała się już symboliczna. Skupia w sobie jak w soczewce wszystko to, o czym napomknąłem powyżej, nie mówiąc już o kilku innych antymundialowych filipikach mniej lub bardziej znanych osób. Na przykład reżysera Michała Zadary, który tak się zapędził w swym lewicowym zacietrzewieniu, że orzekł, iż biedni ludzie oglądają kilkunastu milionerów, zapominając chyba, ile może kosztować bilet do teatru albo ile zarabiają niewątpliwie bliskie mu światopoglądowo gwiazdy z Hollywood.

O co w tym wszystkim chodzi? Jak się Państwo słusznie domyślają, na pewno nie o futbol. Mundial to tylko kolejny front, na którym rozgrywa się stara – a od pewnego czasu bardziej zaogniona – wojna tak zwanych elit ze społeczeństwem. Dodaję „tak zwanych”, gdyż ludzi, którzy w zasadzie nie potrafią już nic poza epatowaniem tępą nienawiścią, doprawdy ciężko mi uznać za autentyczne elity. A pisanie tego przychodzi mi tym boleśniej, że staram się – z naciskiem na staram – wciąż cenić dorobek Jandy, Jerzego Stuhra, jego syna czy Agnieszki Holland, oddzielając go od osób twórców. I, dalibóg, coraz trudniej mi to przychodzi.

Znamienne w tym kontekście, że tzw. szeregowi internauci, których tak straszliwie brzydzą mundialowe emocje, na ogół sami do miana takowych elit pretendują. Wspomniany wyżej facebookowy profil należy do poetki – może niezbyt szeroko znanej, ale za to nagradzanej i kilka lat temu wymienianej jako nadzieja młodej literatury. Ba, odnajduję w tym też samego siebie z czasów, gdy jeszcze traktowałem „Newsweeka” i „Politykę” jako wyrocznie. Jest w tym, rzecz jasna, jeden wspólny mianownik – wszyscy oni są zagorzałymi antypisowcami, wszyscy boją się faszyzmu i populizmu, a z domu zapewne nie wychodzą bez egzemplarza Konstytucji.

Choć oczywiście upolitycznienie też jest tutaj zaledwie objawem. Najrozmaitsze bzdury, że sukcesy „naszych” wzmocnią PiS, dywagacje OKO.press, komu kibicować, kiedy w Polsce łamana jest konstytucja, czy zasłanianie logo TVP w strefie kibica portretem Rzeplińskiego, to aberracje wynikające nie tyle z samej polityki, lecz z leżącego u jej źródła antagonizmu tożsamościowego. Co samo w sobie nie jest żadnym nowym i oryginalnym rozpoznaniem. Warto jednak je podkreślać.

Cały etos polskich elit oraz ludzi do nich aspirujących jest niestety ufundowany na niechęci wobec prostego ludu, który w najlepszym razie ma swoich światłych przewodników słuchać i podziwiać, a w najgorszym – siedzieć cicho. Elity tego ludu – czy też raczej swojego o nim wykoślawionego i posklejanego ze stereotypów wyobrażenia – się najzwyczajniej w świecie boją. Dla nich jawi się on jako banda pałających żądzą zemsty wieśniaków z pochodniami w adaptacji „Frankensteina” z 1931 roku. Tyle że tu rolę pochodni odgrywa długopis, którym tamci ośmielili się dopuścić do władzy populistów, lub… kibicowski szalik.

Czyż zresztą nie było tak zawsze? Kiedy Adorno znalazł się na emigracji w USA, przeraziła go erupcja kultury masowej. Doszedł rychło do wniosku, że poprzez jej automatyzm i łatwą przyswajalność może być wykorzystywana przez różne totalitaryzmy do narzucania ludziom wzorców myślenia. I nie żeby nie miał całkiem racji. Tylko że szukając antidotum w kulturze wysokiej i wymagającej intelektualnego wysiłku, zignorował fakt, że tak przez niego ceniona sztuka klasyczna też była oparta na pewnej mechanice, też w swych czasach uchodziła za rozrywkę, powiedzmy, masową i też zdarzało jej się tańczyć w służbie dyktatorów.

No ale na tym właśnie polega pułapka podbitego resentymentem i najróżniejszymi fobiami elitaryzmu. Zatrzaśnięci w nim, przekonani o swojej wspaniałości ludzie przestają zwracać uwagę na własną śmieszność. Kiedy więc Krystyna Janda zżyma się, że głupi – i zapewne pałający nacjonalizmem – pasażerowie w pociągu wyrzucają z gazet strony z kulturą, mnie korci, by dorzucić, że może je wyrzucają, bo właśnie przeczytali, że pani Janda albo ktoś z jej przyjaciół znów się na nich wyrzygał. Przykre.

*

PS: TVN24 zdementowała na Twitterze informację o zawieszeniu dziennikarki.

Polecam również

2 thoughts on “Antymundializm w natarciu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.