Zapiski czytelnika

Anioły są z Centrum Nauki “Kopernik”

Nigdy nie byłem w Centrum Nauki „Kopernik”, takoż w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie ciągnie mnie ani tu, ani tu. Nadmiar symultanicznie rejestrowanych bodźców zawiesza mi system operacyjny, a to, co miało nieść przyjemność lub doznania intelektualne, zamienia się w najprawdziwszą zmysłową katorgę. Po co o tym mówię? Ano po to, że zanim jeszcze CNK na dobre otworzyło swe podwoje, już usilnie kreowano je na opozycję wobec MPW. Jak to u nas, rzecz z marszu otrzymała etykietkę tożsamościową. CNK miało zatem stać się świątynią światłych i nowoczesnych Europejczyków, nieomalże kanonicznym punktem na ich mapach, podczas kiedy do MPW przyrastała gęba konserwatora narodowych miazmatów mesjanizmu i bezsensownego machania szabelką.

Należy wziąć tutaj pod uwagę szczególny kontekst historyczny. Było to apogeum rządów PiS. Najrozmaitsi pupile „salonu” biegali jak koty z pęcherzami od studia do studia, odreagowując koszmary o Kaczorach, TVNowskie „Szkło kontaktowe” przeżywało okres pełnego rozkwitu, a przyozdobieni w marsowe czoła publicyści bili na klawiaturach podzwonne dla demokracji, zastrzegając, że nie wiedzą, czy ten felieton nie ostatni, bo może jutro o szóstej rano wpadną hunwejbini Ziobry w kominiarkach. Czyli z grubsza mniej więcej to, co teraz, tylko bardziej. Tym, że zielone światło dla CNK zapalił Lech Kaczyński – ówczesny prezydent Warszawy – nikt sobie zbytnio głowy nie zawracał. Tu była Europa – tam IV RP.

Do tej wspomnieniowej wycieczki całkowicie nieoczekiwanie skłoniła mnie powieść „Anioły muszą odejść” Konrada T. Lewandowskiego. Nie sięgnąłem po nią z jakichś konkretniejszych powodów. Ot, chciałem sobie coś poczytać dla rozrywki i akurat to spadło mi z bibliotecznej półki. W fantastyce, nie licząc kilku wyjątków, nie gustuję. O Lewandowskim już zdarzyło mi się słyszeć. Zarówno w odniesieniu do twórczości, jak i całkiem nieliterackiego pieniactwa w sieci.

Fantastykę można lubić lub nie, ale nawet taki fandomowy dyletant jak ja posiada szczątkową świadomość, jak ogromne znaczenie przedstawiała w szarej pulpie realnego socjalizmu. I nie to, że pomagała odlecieć. Lem czy Zajdel mogli się kojarzyć ze wszystkim, lecz na pewno nie z ucieczką od rzeczywistości. Chlubne tradycje polskiej fantastyki są takie właśnie dlatego, że uprawiający ją pisarze się z ową rzeczywistością wadzili, usiłowali przyłapać ją na gorącym uczynku, ukrywając się – nie tylko ze względów cenzuralnych – pod płaszczem alegorii. Gdy ktoś mi mówi, że polska fantastyka, zanim popsuła ją komercja, zapisała swoje najcenniejsze rozdziały, biorąc pod lupę nasz trywialny świat, nie mogę nie oddać jej szacunku. Więcej – to się nawet da czytać! „Anioły” właśnie z tej optyki się wywodzą. Czemu więc zafundowały mi trip do nieboszczki IV RP?

Zwolennikom „czystej sztuki”, prędkim do oskarżania, że mieszając do kultury politykę, jem zupę widelcem, muszę, celem ochłonięcia, wylać na łeb kubeł zimnej wody. W tym wypadku to nie ja upolityczniam – to sam autor wyposaża odbiorcę we wszelkie prerogatywy, że akurat w tym kluczu pragnie być czytany. Lewandowski wcale polityczności swej książki nie kryje – on się z nią wręcz ostentacyjnie obnosi, choćby wkładając w usta głównego anioła, zwanego Leniwcem, eseistyczne wstawki o Trzeciej Najjaśniejszej. Nim dobrniemy do połowy, wiemy już, na jaką partię pisarz ma alergię, czym należy tłumaczyć dziejowe niepowodzenia Polski i jak uzdrowić ten cholerny Kościół katolicki.

Głównymi bohaterami są cztery warszawskie anioły: husarz, święta ladacznica, heretyk oraz – tu cymesik – anioł-komunista, który nie przyjmuje do wiadomości, że umarł. Jest też wróżka z lumpeksu i zakochany w niej ksiądz na duchowym rozdrożu. Owa osobliwa menażeria ma zadanie pokonać pradawne zło, które co kilkadziesiąt lat budzi się, żeby niszczyć Warszawę. Zło, dodajmy, uosobione w dwóch wściekłych, pałających rządzą zemsty demonicach, paręset lat wstecz spalonych żywcem na oczach – i ku perwersyjnej uciesze – stołecznej gawiedzi.

Aluzje, które Lewandowski powtykał w treść, aż się narzucają. Warszawa symbolizuje całą Polskę, zaś nawiedzające ją kataklizmy – z powstaniem warszawskim na czele – to egipskie plagi naszej historii. Diaboliczne duchy niewinnych dziewczyn, które płomienie oraz bezmiar ludzkiej głupoty uczyniły posłańcami szatana, reprezentują z kolei jungowski cień zbiorowej polskiej duszy. Czyli tak naprawdę my sami bez przerwy pieczętujemy nasz los, ponawiając co jakiś czas akt spektakularnej autodestrukcji. Co więcej, ów niszczycielski popęd charakter ma wyraźnie mistagogiczny. Jedna z diablic pokazuje się warszawiakom w przebraniu Matki Boskiej, a druga specjalizuje się w podsycaniu religijnych obłędów. Krwawy finał, ostateczne unicestwienie, ma nastąpić po zbiorowym objawieniu fałszywej Maryi, po którym do władzy dojdą radykalni psychopaci prący do konfliktu zbrojnego z Rosją. Brzmi dziwnie znajomo.

W kilku miejscach w sieci natrafiłem na informację, że genezy „Aniołów” trzeba upatrywać w pewnym wywiadzie w „Naszym Dzienniku”. Jeden z bliskich środowisku ojca Tadeusza Rydzyka teologów miał w nim wygłosić opinię, że hekatomba powstania warszawskiego była karą Maryi za jej lekceważenie. Lewandowski swoją powieścią jakoby polemizował z owymi „odmętami szaleństwa”. Znamienny ponadto wydaje się fakt, iż ukończył pracę nad nią tuż po katastrofie smoleńskiej i zajściach wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu.

Katolicyzm rzeczywiście stanowi kluczowy element wyłożonej w „Aniołach” historiozofii. I, jak łatwo się domyślić, nie ma pod klawiaturą Lewandowskiego dobrej prasy. Przedstawiciele kleru – tu głównie w habitach redemptorystów – to postacie właściwie burleskowe, ludzie tępi i małoduszni. Jedynym, który się wyłamuje – co absolutnie nie znaczy, że dzięki temu stał się pełnokrwistą osobowością, gdyż Lewandowski portretować księży ewidentnie nie umie – jest ów nieszczęsny odszczepieniec. To on rozpoznaje, że ukazująca się współbraciom Maryja jest piekielną uzurpatorką. To on ląduje w zakonnej psychuszce. Do niego zwracają się książkowe anioły. On wreszcie okazuje się jaskółką odnowy, co wszelako wymaga wyrzeczenia się stanu duchownego.

Mój problem z przedstawionymi w „Aniołach” poglądami nie polega na tym, że je w czambuł neguję, że mnie mierżą, rażą moje poczucie przyzwoitości etc. Na tzw. salon zjeżyłem się nie dlatego, że nagle zachciało mi się zostać prawicowcem, który wszystko co antypolskie wysyła na stos, a przeciwnikom Kościoła najchętniej zakneblowałby usta. Po prostu w pewnej chwili zrozumiałem, jak gigantycznym szwindlem jest rozpościerana przed nami alternatywa wobec przysłowiowego machania szabelką. Powieść Lewandowskiego unaocznia tę kosmiczną blagę jak na dłoni.

Każda herezja, która wojuje z ortodoksją, wygrawszy sama staje się ortodoksją zwalczającą z kolei własne herezje. Lewandowski wzywa do rokoszu przeciw zinstytucjonalizowanej religii, jednak suchą nogą przeskakuje nad banalnym faktem, że jest to proces nieunikniony wszędzie tam, gdzie wiara wnika w dowolną zbiorowość. W opozycji do zdeprawowanych i opętanych zgubną ideologią klechów stawia bożego szaleńca, zapominając, że prędzej czy później i jego spontaniczny ruch najpewniej przerodzi się w zorganizowany system i nie uniknie wpisanych weń immanentnie nadużyć. Tradycyjnemu katolicyzmowi przeciwstawia jakiś synkretyczny miszmasz mętnej gnozy i neopogaństwa, nawet słowem nie zająknąwszy się, że w sytuacji, kiedy wybór odmiennej drogi przedstawia się jako jedynie słuszny, wolność, o którą rzekomo tak zabiega, zmienia się w farsę.

Taką samą farsą jest przemycana między wierszami pod pozorem atrakcyjnej fabuły polityka historyczna. Demontaż patriotycznej metafizyki – jego apogeum ma być rozpirzenie MPW  w drobne chujki i pogrzebanie pod gruzami owładniętych pisowską maligną rzesz pielgrzymów – bynajmniej nie uczyni wiosny. Nie uczyni, bo w powstałą pustkę natychmiast wślizgnie się zestaw nowych, nie znoszących sprzeciwu prawd. Lewandowski nie tyle proponuje nam inne spojrzenie na historię, nie tyle zaprasza do jej odmiennego interpretowania, co raczej rzuca w twarz garść dogmatów, tu dodatkowo potwierdzonych anielskim autorytetem.

W książce ani razu nie pojawia się Centrum Nauki „Kopernik”, niemniej trudno mi oprzeć się poczuciu, że tytułowe anioły – a zwłaszcza mędrkowaty Leniwiec, który zawsze ma na czarną godzinę wiązkę dobrych rad – mogłyby z powodzeniem tam zamieszkać. Tam po kres czasów Leniwiec mógłby snuć swoje zbawienne herezje bez obawy, że jakiś moherowy zaprzaniec go wyegzorcyzmuje. A „Naczelny” – wiadomo – tolerancyjny, pozwoli. Pobłogosławi też nowy, otwarty i antyhierarchiczny Kościół. Kandydat na arcypasterza już jest. A jeżeli komuś się nie spodoba, zawsze można go wysłać na reedukację do przedchrześcijańskiego Nieba, aby ujrzał sprawy we właściwym świetle.

Polecam również

  • Aga Z

    Lewandowski podobno świetnie się orientuje w sprawach teologicznych, ale tu popełnił chyba kolosalny błąd – dusze ludzi zmarłych nie mogą stać się aniołami. Anioł to zupełnie inny byt, który nigdy nie był człowiekiem.

    • Marcin Królik

      Ja się na angelologii nie znam, więc się nie orientuję, kto może a kto nie 🙂 Lewandowski podzielił anioły na pierwotne oraz te, które kiedyś były ludźmi. Nie czepiałbym się do niego o to. Istnieje coś takiego jak licentia poetica. Pozdrawiam.

  • Autor

    Witam!
    Jedno pytanie:
    “Demontaż patriotycznej metafizyki” – a przemiana Jana Seweryna wobec kiboli Legii, to co?
    Jedna uwaga:
    Trudno żebym nie umiał portretować księży – kumpli ze studiów na UKSW. Radzę zacisnąć zęby i przyjąć do wiadomości, że ten portret jest prawdziwy…

    • Marcin Królik

      Dzień dobry. Przepraszam za późną odpowiedź. Przez “demontaż patriotycznej metafizyki” w Pańskim ujęciu rozumiem jej odmianę katolicko-maryjno-męczeńsko-honorową, czyli w największym skrócie – radykalną. A z nią Pan tam jednak ostro walczy. Chyba Pan nie zaprzeczy. Przemianę Jana Seweryna rozumiem w duchu bardziej jagiellońskim. Pan wyraźnie przeciwstawia go temu radykalnemu. Co do księży… wie Pan. Ja rozumiem, że w literaturze popularnej operuje się uproszczeniami, ale w moim poczuciu Pan tego Andrzeja narysował jednak bardzo schematycznie. Niby ma jakieś wahania, coś przeżywa, ale pozostaje kukłą – figurą księdza na rozdrożu. Według mnie znacznie lepiej udało się to Janowi Grzegorczykowi w opowieściach o księdzu Groserze, też w końcu zaliczanych do popu.

  • Autor

    “Podwładny winien być trupem w rękach zwierzchnika” – to wciąż jest kleszy ideał, pomimo wszystkich aggiornamento. Tak zwana “formacja kapłańska” to pranie mózgu, które z zasady robi z człowieka kukłę niezdolną do samodzielnego myślenia. Potem kiedy ta presja mija, człowieczeństwo księży się odbudowuje, acz w wyraźnie zmienionej postaci, czasem patologicznie. Zatem “kukła” to całkiem trafne określenie – radzę przyjąć do wiadomości, zamiast robić z tego zarzut.