Życie

Ani oko, ani ucho

Wydaje mi się, że całkiem dobrze pamiętam tę scenę. Mama prowadzi mnie ulicą i w pewnej chwili zatrzymujemy się przy kiosku. Mama chce kupić papierosy, a może zapałki. Jest ciepły letni wieczór. Pomarańczowe refleksy słońca tańczą na zderzakach zaparkowanych w pobliżu małych i dużych fiatów. Moje oczy zachłannie wędrują po wystawie. Mienią się te wszystkie kolory, woła cała ta zbędność, której pożądają zarówno moje zmysły, jak i dziecinne palce, w nos wkręca się niesamowicie intensywna woń zadrukowanego papieru. I nagle dostrzegam to – mały plastikowy samolocik z niebieskimi pasami po obu stronach wzdłuż kadłuba i pięknie wykrojonym dziobem.

Jest absolutnie fantastyczny! Od razu się w nim zakochuję. Pragnę go całym sercem. Wiem, że mama raczej się nie zgodzi – rzadko ulega moim fanaberiom – ale jestem gotów ją błagać. Bez niego nie mam dalej po co żyć. Mama, tak jak przewidywałem, kręci głową. Daj spokój, to zwykłe badziewie, masz już tyle zabawek, po co ci jeszcze jeden klamot? Sytuacja robi się mocno podbramkowa – ona ciągnie mnie za rękę w kierunku domu, ja zapieram się stopami i ani drgnę. Kioskarka cierpliwie czeka. Zna te historie. W końcu mama daje za wygraną. Tym razem musi ulec. To nieuniknione – to po prostu przeznaczenie. Wyjmuje z kieszeni sukienki portmonetkę jak białą flagę. Brzęk drobnego bilonu. Hura! Jest mój!

Kwestia nie w tym, jak było naprawdę, ani ile mitotwórcza wyobraźnia dosztukowała ex post. To się zdarzyło. Materialny dowód w postaci taniutkiego gadżetu przez kilkanaście kolejnych lat dumnie rozpościerał skrzydła do lotu na mojej półce. Najpierw otoczony samochodzikami, potem na tle grzbietów książek. Fakt – dziecięce zauroczenie rozwiało się po paru tygodniach, lecz faktem jest także to, że w ostatecznym rozrachunku długo nie mogłem się z nim rozstać. Wyrzuciłem go – żeby nie przekłamać – chyba dopiero będąc na studiach. A i tak ręka jakoś mi zadrżała.

Nie mam już nic wspólnego z tamtym brzdącem. Nie wierzę w upiory, które nocami wyłażą z waniennych odpływów. Ba, nawet biologia zadbała, aby nic, albo prawie nic, nas nie łączyło. Nieomal całkowita wymiana komórek w ludzkim organizmie następuje podobno mniej więcej co siedem lat, więc nie tylko kapryśny dzieciak spod kiosku dawno pofrunął w siną dal, lecz i zakompleksiony nastolatek, o zdolnym, choć nieszczególnie gorliwym studencie polonistyki z UW nie wspominając. Ja, który teraz piszę niniejsze słowa, nie jestem żadnym z tych ludzi, a przecież jestem każdym z nich i każdy z nich jest mną. Występuje pomiędzy nami ciągłość, z siebie nawzajem wynikamy. Kiedy spoglądam wstecz, na ogół nie podzielam poglądów tego, kogo tam spotykam, a sprawy, za które tamten byłby gotów wykrwawić się na śmierć, często mnie śmieszą, ale jednemu nie sposób zaprzeczyć – to wciąż ja, nie taki sam, choć ten sam.

Dokładnie to mi się nasunęło podczas ostatniej wizyty na grobach. Nie jestem wybitnie skory do rytualnej zadumy nad przemijaniem. Nigdy zresztą nie grzeszyłem tą umiejętnością. Mimo to nie da się zupełnie uciec od pytań o tajemnicę śmierci. Zwłaszcza gdy niedawno straciło się bliską osobę. Sam aspekt wiary albo niewiary w to, że ludzka egzystencja nie kończy się wraz z wygaśnięciem fizycznej pracy mózgu, wydaje mi się mimo wszystko mnie istotny niż życie takie, jakim jest tu i teraz, w danej chwili, w tym niepowtarzalnym wycinku nieskończoności. Ono jest jedynym, czym realnie dysponujemy. Przeszłość już się dokonała, z kolei przyszłość – szczególnie ta w wymiarze nadprzyrodzonym – to po prostu szary ekran.

Przeważnie to dość pokrętnie tłumaczę, gdy ktoś mnie pyta, czy wierzę. Ale czy rzeczywiście wierzę? Nie wiem. I stąd może to moje asekuranctwo. Brak mi quasi-pewności ludzi głęboko religijnych, ale też nie umiem się zdobyć na arbitralne zanegowanie. Zacietrzewieni ateiści, a nawet większość tzw. agnostyków, uznaliby taką postawę za rodzaj tchórzostwa, dezercji, czy wręcz epistemologicznego konformizmu. Patrzcie, jak się wygodnie ustawił! Kuty na cztery kopyta. Bez względu na odpowiedź nic nie traci. Jeśli nie ma tam nic, to nie ma, a jeśli jest, to dla niego jeszcze lepiej.

Tylko w tym sęk, że ja naprawdę nie umiem się jednoznacznie opowiedzieć po żadnej stronie. Nie pozwala mi na to dojmująca świadomość tego, jak bardzo mało wiemy o świecie w ogóle. Jak dotąd każda rozwiązana zagadka rodzi jedynie kolejne problemy, przed którymi można co najwyżej pokornie uznać własną niewystarczalność bądź – co chyba wyraźniej charakteryzuje współczesność – zatrzasnąć się w pancerzu arogancji i po uszy okopać się w którymś z wielu dostępnych ideologicznych obozów. To samo dotyczy życia po życiu. Weźmy liczne relacje o doświadczeniach ze śmierci klinicznej, zwane fachowo NDE (Near Death Experience) – owe świetliste tunele, rozmowy z boskimi postaciami lub zmarłymi krewnymi, doznanie wielkiego dobra itp. Czy zwolennicy tezy o ściśle biologicznym podłożu tego zjawiska mogą z czystym sumieniem powiedzieć, że wyklucza to komponent duchowy?

„Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało” – uczy św. Paweł w „I Liście do Koryntian”. Te słowa zawsze głęboko mnie poruszają. Tak, wiem, że cytat powinien mieć dalszy ciąg, że jest tam o Bogu i tych, którzy go miłują. Jednak obok żywej wiary istnieje jeszcze nadzieja, którą ów początkowy fragment przynosi nawet wątpiącemu. Ta najprostsza – że po zmarłych wciąż drży powietrze. Bo nie wszystko wiemy. Bo choć byśmy rozkroili jądro atomu i wprowadzili sondę do wnętrza czarnej dziury, tak naprawdę cały czas jesteśmy Augustynem, który spotkał na plaży chłopca przelewającego kubkiem morze do wykopanego w piasku dołka.

I tak jak nie lubię zbytnio dywagować nad tym, czy wierzę, tak też niespecjalną radochę budzi we mnie snucie wyobrażeń o zaświatach i pośmiertnym statusie ich mieszkańców. Anegdotka o plastikowym samolociku nasunęła mi się poniekąd jako odpór na pokusę brnięcia w nie. Jak tam jest? Jacy my tam jesteśmy? Zachowujemy ziemską tożsamość, czy się jej wyzbywamy? Czy zmarłych w ogóle obchodzi los żywych? Czy będziemy się nawzajem rozpoznawać? Czy nadal będziemy gustować w muzyce, której słuchaliśmy na łez padole? A może w sekundę po nieodwołalnej awarii pnia mózgu wskakujemy w ciało noworodka albo pieska – bo czemu nie – i tyle nas widzieli?

A co, jeśli z tym jest właśnie trochę tak, jak z dziecinnym pragnieniem zabawki z kiosku? Co, jeśli żyjąc tu, w ograniczonym fizycznym ciele, w pętach jego zmysłów i odruchów, jesteśmy jak brzdąc robiący mamie awanturę o głupotę, a dopiero Tam dorastamy? Przecież pamiętam siebie z wtedy, wciąż potrafię w sobie odnaleźć tamte uczucia i myśli, choć dziś rozumiem, że to był tylko etap, maleńkie ogniwo w łańcuchu istnienia. Wtedy samolocik znaczył cały świat, dzisiaj stał się epizodem – jednym z wielu. Wtedy, pod tamtą blaszaną budą, nie wyobrażałem sobie, że kiedyś udam się do kiosku, by kupić pierwszą maszynkę do golenia.

Polecam również