Kultura

Amerykańska zgnilizna według mistrza Zuckermana

Roth! Znów ten Roth! Nic nie poradzę. Do niektórych pisarzy wracam obsesyjnie. Wciąż od nowa ich kontempluję. Takoż samo niektóre ich książki. Mam taką wariacką potrzebę ucznia, bez przerwy poddającego drobiazgowym analizom dzieła swych mistrzów w nadziei, że a nuż dostrzeże tam coś, co poprzednio mu umknęło. „Amerykańską sielankę” czytam kolejny raz po czterech latach. Dotąd, mimo składanych samemu sobie solennych obietnic, nie wziąłem się za „Wyszłam za komunistę”, a „Ludzką skazę” – ostatnią część tzw. trylogii Zuckermana, gdzie Roth rozlicza się z powojenną historią Stanów Zjednoczonych – ledwie co nadgryzłem. Film to jednak nie to samo, choć – przyznaję – chwyta za serce.

Zacznijmy od samego Zuckermana, bodaj najbardziej rozpoznawalnej kreacji Philipa Rotha. Choć sam pisarz odżegnuje się – niekiedy z uporem tak wielkim, iż nie sposób nie pomyśleć, że może jednak coś na rzeczy jest – od patrzenia na swoją twórczość przez autobiograficzny klucz, utarło się postrzegać Zuckermana jako jego alter ego. Tak jak Roth jest on żydowskim pisarzem urodzonym w Newark w 1933 roku. Identycznie jego wczesne obrazoburcze utwory sprowadzają mu na kark gniew urażonych ziomków. Tak samo jak Roth bezdzietny i po kilku nieudanych związkach, na stare lata wybiera samotność na odludziu. Reszta to szczegóły, owa słynna rothowska strategia maskowania, nie będąca przecież jego oryginalnym patentem, lecz przezeń wyjątkowo podnoszona, jak gdyby rzeczywiście próbował zagadać nam jakiś głęboki wstyd.

Na owym tle chwalona przez wielu krytyków wyjątkowość trzech wymienionych powyżej tytułów polega właśnie na tym, że Roth zrezygnował w nich z egotyzmu. Zuckerman nadal pełni w nich funkcję narratora, lecz w znacznej mierze sprowadza się do roli świadka. Jego losy poznajemy tylko o tyle, o ile służą za wehikuł dla innych bohaterów.

Centralną postacią w „Sielance” jest niejaki Seymour „Szwed” Levov. W okresie, gdy Nathan Zuckerman dorastał w hermetycznej, nieco, pomimo asymilacji, zakompleksionej żydowskiej społeczności Newark, był on szkolną gwiazdą sportu. Chodząca doskonałość, obiekt adoracji zarówno rówieśników, jak i ich rodziców; ucieleśnione marzenie o ostatecznym zerwaniu ze starozakonnym dziedzictwem. Wystarczająco amerykański, by nie kulić ramion, ale i na tyle żydowski, by swoi nie mieli powodów oskarżać go o zdradę, co spotyka później Zuckermana. Człowiek na miarę czasu, oględnie mówiąc. Nathan też darzy go osobliwym kultem, który nie mija jeszcze długo, długo po tym, jak opuszcza rodzinne gniazdo, by je pokalać. Destrukcja mitu następuje dopiero w jesieni życia obu, po spotkaniu w nowojorskiej restauracji, kiedy to Nathan, zmęczony i zniesmaczony nużącą opowieścią młodzieńczego bożyszcza o rodzinnej sielance, odkrywa, że ma do czynienia ze zwykłym, nudnym facetem, któremu wszystko idzie jak po maśle.

Jakże się mylił! Dopiero na zjeździe absolwentów, kiedy dowiaduje się o śmierci Seymoura, zaczyna zdawać sobie sprawę, jak bardzo fasadowy był obraz, jaki tamten przed nim rozsnuł, chcąc ukryć ciążące na jego życiu piętno hańby. W 1969 roku jego nastoletnia córka, Mery, aby zaprotestować przeciwko wojnie w Wietnamie, wysadziła w powietrze budynek poczty w zacisznym miasteczku, gdzie Levovowie uciekli od nabrzmiewających niepokojów dekady. Wybuch zabił miejscowego lekarza, który zatrzymał się dosłownie na chwile, by wysłać list. Jedyne, co porażony brutalnymi faktami Nathan może teraz zrobić, to opisać dzieje upadku „Szweda” i spróbować dociec ich przyczyn.

Oczywiście – „Amerykańska sielanka” jest, jak chce sam Roth, wielką epopeją o przełomie lat 60, o dokonanym wówczas ostatecznym rozdziewiczeniu sytej, purytańskiej powojennej Ameryki. Jeśli w „Ludzkiej skazie” Zuckerman konstatuje, iż latem 1998 roku Amerykanie mieli w głowach penis Billa Clintona, to proces tej mentalnej penetracji, demontażu hymenu idealizmu i wiary w opiekuńczy los, niewątpliwie rozpoczął się, czy raczej uwidocznił, wraz z detonacją bomby podłożonej przez tę roztytą sukę Meredith Levov.

Ja w tej pięknej, przepojonej dyskretnym smutkiem pastorałce dostrzegam przede wszystkim jednak szkic o złudności mitów i zwodniczych mirażach ideologii. Właśnie ta dekonstrukcja, ustawiczne rozbijanie porządków, ukazywanie ich niszczycielskiej pustki zdaje się motywem przewodnim, obecnym na każdym kroku.

Nathan musi rewindykować mit „Szweda”. Ten z kolei zmuszony jest pożegnać schludną, ułożoną Amerykę przedmieść, klasy średniej i uświęconych rytuałów, które bezpardonowo rozjeżdża buldożer historii. Meredit przez resztę spędzonego na ukrywaniu się życia pokutuje za idiotyczny romans z lewackim pseudopacyfizmem. Ona zresztą, paradoksalnie, płaci cenę najwyższą. Dogłębnie przejęta poczuciem odpowiedzialności za dokonane morderstwo ulega kolejnym utopijnym rojeniom, odbija się od kolejnej ściany, wyniszcza siebie psychicznie i fizycznie, a mimo to nie zaznaje pokuty. Utopia – ach, jakaż jest wspaniała, dopóki ktoś nie zacznie jej wcielać w czyn. Takie przesłanie też da się wyczytać z tej powieści.

„Życie to krótki okres, kiedy jest się żywym” – taką gorszącą nauczycieli konkluzję Mery zamieściła w szkolnym wypracowaniu. Wszystko co pomiędzy – można by doprecyzować – to obłaskawianie chaosu. Największą tragedią „Szweda” była nie tyle wyrodna córka, co brak zdolności do zaakceptowania tej naczelnej zasady bytu, lęk przed nią, kurczowe chwytanie się konwencji.

***

Kadr pochodzi z filmu „Piętno” z 2003 roku, w którym w rolę Nathana Zuckermana wcielił się Gary Sinise.

Polecam również