Amerykańska sielanka, którą rozwalili hipisi

Jakoś mi umknęło, że „Amerykańska sielanka” została sfilmowana już rok temu. Natknąłem się w sieci na recenzję wydania DVD i natychmiast postanowiłem nadrobić. Powieść Philipa Rotha czytałem dwa razy, zatem sama historia nie była dla mnie tajemnicą. Po ekranizacji poza tym, że pragnąłem przekonać się, jak ów rothowski koncept zafunkcjonuje na ekranie, oczekiwałem przede wszystkim… jak to właściwie określić? Oddzielenia? Wyabstrahowania z literackiego uniwersum Rotha? W każdym razie czegoś w rodzaju autonomii, która by mi pozwoliła kontemplować czystą treść.

Brzmi cokolwiek zawile, ale postaram się wytłumaczyć. Otóż u Rotha niezwykle trudno jest oddzielić poruszaną przez niego tematykę od gier, które prowadzi z literaturą jako taką – od całego tego żonglowania tożsamościami, zacierania granic między prawdą i fikcją, strategii polegającej na ujawnianiu szwów oraz zawiłych korelacji pisarstwa z życiem autora. Jest to, przynajmniej w moim poczuciu, równorzędna materia jego twórczości z tą, którą stara się w tych ramach zawrzeć. Mnie w każdym razie te płaszczyzny się zlewają. I to do tego stopnia, że nie jestem całkiem pewien, dla której z nich bardziej Rotha cenię.

Akurat w „Amerykańskiej sielance” ten aspekt schodzi na dalszy plan. Mimo to nie sposób ot tak wziąć go w nawias, jeśli się wcześniej czytało na przykład „Mój wiek męski”, w którym Nathan Zuckerman okazywał się fikcyjnym alter ego innego bohatera, i jeżeli się po prostu wie, że ta postmodernistyczna piętrowość stanowi integralny składnik całej, porozpisywanej na wiele dzieł budowli. Nie chcę powiedzieć, że był to główny powód, dla którego sięgnąłem po „Sielankę”, gdyż byłoby to jej karykaturalne zubożenie, ale pewną rolę jednak odgrywał.

Dlatego też w filmie początkowo lekko rozczarowało mnie, że pomijając niezbędne skróty i uproszczenia, jest on w zasadzie wierną adaptacją książki. I że – podobnie jak w „Piętnie” – pojawia się postać Zuckermana. Tak jak w powieści przyjeżdża on po latach na spotkanie dawnego rocznika z liceum, gdzie poznaje tragiczne losy rodziny Levovów. Tak samo też musi poddać rewizji dotychczasową opinię o Seymourze Levovie jako człowieku próżnym i płytkim.

Kolejną rzeczą na minus – niewielki, ale jednak zauważalny – była obsada. A przynajmniej główny jej punkt, czyli debiutujący tu jako reżyser Ewan McGregor w roli Seymoura. Nawet nie idzie o to, że nie zgrywa mi się z wyobrażeniem o pierwowzorze, bo to akurat w filmach rzadko się zdarza. Po prostu jest jakiś podejrzanie mało żydowski, co szczególnie narzuca się w kontraście do aktora kreującego jego ojca. Ale to w sumie kwestia techniczna, nie aż tak w ostatecznym rozrachunku ważna. W każdym razie dla kogoś, kto na osoby twórców zwraca marginalną uwagę.

O wiele ciekawiej sytuacja przedstawia się z córką Seymoura, Meredith. Tą wredną, roztytą suką – jak scharakteryzowano ją w powieści. Na ekranie wciela się w nią Dakota Fenning. I może dopuszczam się pewnej nadinterpretacji reżyserskich intencji, ale odnoszę wrażenie, że jej fizyczne „upiększenie” to element szerszego i konsekwentnie realizowanego zamysłu, którego celem ma być próba przynajmniej częściowego rozgrzeszenia. Roth – a raczej jego chłopiec na narracyjne posyłki – zbytnio się z panną Merry nie pieścił. Niby dorobił jej jakąś tam psychologię, ale uczynił to bardziej chyba z pisarskiego obowiązku, niż z sympatii.

Powieść Rotha to przede wszystkim bezkompromisowe rozliczenie z amerykańską historią XX wieku, dopiero w dalszej kolejności dramat rodzinny, w którym ta historia ma się skupić jak w soczewce. U McGregora jest dokładnie na odwrót. Dlatego każe się nam uwierzyć, że złu tak naprawdę jest winne jąkanie Merry i spowodowany nim społeczny ostracyzm. Mamy dojść do wniosku, że całe jej polityczne zradykalizowanie, uwieńczone podłożeniem bomby pod pocztę, to przede wszystkim skutek nastoletniej traumy, tudzież chęci zemszczenia się na rodzicach. A może ukarania ojca za odtrącenie zalotów?

To nie tak, że zarzucam temu posunięciu fałsz. Osobiste doświadczenia niewątpliwie mają wielkie – o ile nie wręcz fundamentalne – znaczenie w kształtowaniu się poglądów lub w ich zmianie. Zagorzały konserwatysta, który zdradził żonę, może stać się zaciekłym liberałem, a lewicowa działaczka pod wpływem niepełnosprawności dziecka może zacząć krytykować postulaty feministek i środowisk proaborcyjnych. Dlaczego nie mielibyśmy więc przyjąć, że nieszczęśliwa, nierozumiana przez otoczenie jąkała może zostać terrorystką?

Ale mimo iż następuje przesunięcie akcentów, tło społeczne i polityczne nadal jest w filmie obecne. Paradoksalnie, poprzez – jak to ujął Seymour – sprowadzenie wojny do domu, być może nawet silniej. Bo z tym większym bólem obserwujemy rozpad rodziny – potraktowanej tutaj jako zminiaturyzowany model całego kraju. Tym wyraźniej uwidacznia się destrukcyjne działanie lewackiej ideologii, którą zostaje zarażona Merry przez tajemniczych „przyjaciół” z Nowego Jorku, a także – jak się później okazuje – przez własną terapeutkę, która ukrywa ją po dokonaniu zamachu.

Levovovie to nic innego jak pars pro toto całej powojennej Ameryki. Zarówno w rodzinie, jak i w należącej do niej fabryce rękawiczek funkcjonuje pełen przekrój społeczny. Plastycznie, za pomocą kilku scen, zostaje nam pokazana ewolucja od sytych, spokojnych dni przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, przez niepokoje epoki dzieci kwiatów i Wietnamu, aż po późniejszą apatię i dewaluację dawnych wartości. A w środku tego wszystkiego tkwi biedny Seymour – niegdyś gwiazda szkolnej drużyny, obecnie zbolały ojciec, który nawet wyrazem twarzy zdaje się bezradnie pytać, kto nam to, do cholery, zrobił. Kto i w imię czego?

Ano właśnie: kto? Już poprzez samo zadanie tego pytania obraz McGregora zasługuje na miano niepoprawnego. Bo wbrew pozorom niewiele chyba jest filmów negujących oficjalną, dodatkowo sankcjonowaną i sakralizowaną przez popkulturę mitologię hipisowskiej rewolty jako opartej na psychodelicznym pacyfizmie i utaplanej w błocie Woodstock wolności spod znaku Ery Wodnika. Tu nie ma kolorowych autobusów i jazd na kwasie – jest za to przemoc i krew przelewana ze sloganami o pokoju i miłości na ustach, a także mający ją uzasadniać neomarksistowski bełkot z czytywanych przez Merry broszurek.

Mną pod tym względem najbardziej wstrząsnęła scena, w której Seymour, odnalazłszy po latach ukrywającą się córkę – wyniszczoną psychicznie i fizycznie – pyta, kto ją do tego zmusił, a ona odpowiada, że Lyndon Johnson. Nawet wtedy, będąc kompletnym wrakiem człowieka, nie potrafiła przełamać umysłowego zniewolenia. Zresztą również i „kara”, jaką sobie wymierzyła, nie jest tak naprawdę żadnym odkupieniem, lecz dalszym ciągiem tego samego ideologicznego szaleństwa. Wątek prania mózgu, jego bezlitosnej i stuprocentowej skuteczności, przeraża i smuci.

Przeraził także twórców, bo na końcu zostaje nam uchylona wąziutka furteczka nadziei, że to rzeczywiste odkupienie jednak jest możliwe. I że jest w stanie go dokonać miłość. W tym wypadku miłość ojca do dziecka – ojca, który jako jedyny nigdy sobie nie odpuścił, podczas gdy wszyscy pozostali, na czele z matką, postawili na Merry krzyżyk. Ojca, który w pewnym sensie złożył siebie w ofierze, by ona mogła zmartwychwstać.

Polecam również

  • Zuza

    Zagorzały konserwatysta i lewicowa działaczka. Czyżby Jakubowski i Michalska?

  • Zuza

    Zagorzały konserwatysta i lewicowa działaczka? Czyżby Jakubowski i Michalska?