Fakty i mity o agenturze wpływu

Muszę przyznać, że tematyką związaną z zagadnieniami wywiadowczymi i szpiegostwem nigdy zbyt mocno się nie interesowałem. Nie przepadałem za tego typu literaturą i filmami. Delikatny wzrost nastąpił, gdy zacząłem się trochę zajmować polityką, jednak też raczej na zasadzie, że te kwestie stanowią po prostu jej nieodzowny element, niż że ma to być coś, co szczególnie wnikliwie chciałbym eksplorować. Jest to dość śliski grunt, na którym łatwo skręcić kark, wdeptując w gąszcz półprawd i informacji mogących się okazać pospolitym śmieciem. W końcu to świat pozostający w dużej mierze w mroku.

Specjaliści w tej dziedzinie ze zrozumiałych względów nie mogą zbyt wiele ujawniać. A gdy już mówią lub piszą, posługują się zwykle daleko posuniętymi ogólnikami. Jak choćby Piotr Wroński – emerytowany pułkownik Agencji Wywiadu, a obecnie wzbudzający kontrowersje pisarz, publicysta i osobowość internetowa. Przeczytałem jego wydany w 2016 roku „Czas nielegałów” z poczuciem, że – zgodnie z intencją autora postulującego, by każdy obywatel posiadł podstawową wiedzę w zakresie kontrwywiadowczym – zyskałem mgliste pojęcie, w czym rzecz, ale nie na tyle duże, by zarazić się bakcylem i drążyć materię głębiej.

Do agentury wpływu ma się to tak, że kiedy kilka lat temu – głównie na fali posmoleńskiej – zaczęło być o niej głośno, zaciekawiła mnie jako zjawisko wybitnie tajemnicze, właściwie z pogranicza faktów i teorii spiskowych. W pewnym sensie ten koncept wydał mi się nawet fascynujący. Przystawał do naszych czasów, w których polem bitwy nie są już – na razie – okopy, lecz język, media i ogólnie sfera pojęć, a bronią – nie czołgi, lecz klawiatury, studia telewizyjne i sieć.

A potem przyjaciel zarekomendował mi powieść „Montaż” Vladimira Volkoffa, w której wątek ten został w nadzwyczaj atrakcyjnej formie zbeletryzowany. Na dodatek z tego, co udało mi się wygrzebać w sieci, wynikało, że autor nie wszystko wyssał z palca, zaś jako naukowiec zawodowo zajmujący się teorią propagandy i dezinformacji obnażył mechanizmy działania sowieckich specsłużb na Zachodzie – również te najsubtelniejsze, związane z wywieraniem wpływu na opinię publiczną przez świadomych (i nieświadomych) agentów. Książka jeszcze przed opublikowaniem stała się celem ataków ze strony KGB, a samego Volkoffa usiłowano zdyskredytować zarówno w kręgach antyradzieckiej opozycji, jak również francuskich elit.

KRET Z PUŁTUSKA

Ostatnio temat wrócił w kontekście wydalenia z Polski na wniosek ABW niejakiego Dmitrija K – współpracownika Akademii Humanistycznej w Pułtusku, na której na przełomie wieków miałem zaszczyt studiować. Z mediów można się było dowiedzieć, że prowadził działalność wymierzoną w polski interes narodowy, a konkretnie – jak wyjaśnił rektor mojej byłej uczelni prof. Adam Kosecki – szkalował dorobek polskiej historiografii. K był wykładowcą wydziału historycznego.

Wiadomo tak naprawdę tylko tyle, że K przyjechał z Rosji w 2009 roku w ramach programu Erasmus. W Pułtusku nie był zatrudniony na etacie. Oficjalnie figurował jako przedstawiciel Instytutu Studiów Strategicznych w Moskwie. Od czerwca na polecenie rektora toczyło się przeciwko niemu postępowanie przygotowawcze mające poprzedzać dyscyplinarne. Został też odsunięty od prowadzenia zajęć ze studentami. W komunikacie tyczącym zatrzymania K rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych podał, że ów Instytut Studiów Strategicznych stanowi zaplecze analityczne rosyjskiego wywiadu.

K, jak wynika z ustaleń ABW, nie tylko publikował, co publikował, lecz szukał kontaktów w środowiskach naukowych i dziennikarskich, wyłuskując osoby o prorosyjskich poglądach i wciągając je do współpracy. Oferował między innymi wyjazdy badawcze finansowane przez stronę rosyjską. Czyli, ujmując rzecz według szpiegowskiej nomenklatury – oczywiście przy założeniu, że był „kretem” – po prostu organizował agenturalną siatkę. Miał za jej pomocą inicjować na przykład kampanie podsycające animozje polsko-ukraińskie i akcje sprzeciwu wobec demontażu sowieckich pomników.

Jego działalność została określona jako element wojny hybrydowej. Wroński, komentując tę sprawę, stwierdził, że nic takiego jak wojna hybrydowa nie istnieje i że można co najwyżej mówić o konkretnych operacjach i ich celach – na przykład dezintegracyjnych. Niezależnie jednak od semantyki przypadek K wydaje się modelowo pasować do tego, co potocznie się zwykło rozumieć pod pojęciem „Agentura wpływu”.

ZATRUTE MYŚLI

Funkcjonują różne jej definicje. Od tych bardziej literackich, mówiących, że agent wpływu to ktoś taki jak Grima z „Władcy pierścieni”, kto „zatruwa myśli, mrozi serce, osłabia ciało”, po znacznie mniej barwne, lecz chwytające samo sedno, że jest to osoba wykorzystywana do dyskretnego urabiania opinii polityków, dziennikarzy i grup nacisku w kierunku przychylnym zmianom i celom wrogiego państwa. Jeszcze inna definicja mówi o osobie, która subtelnie i zręcznie wykorzystuje swe stanowisko, możliwości, władzę i wiarygodność do promowania interesów obcego mocarstwa w sposób uniemożliwiający zdemaskowanie.

Kilkanaście lat temu dyrektor FBI Louis J. Freeh wyraził pogląd, iż wykorzystywana obecnie taktyka „wroga wewnętrznego” – bo i tak agenta wpływu możemy określić – jest co najmniej tak samo niebezpieczna jak militarny najazd na obcą ziemię. W dobie galopującego obiegu informacji coraz częściej fizyczna siła ustępuje propagandzie i manipulacyjnej perswazji. To po prostu tańsze i „czystsze”. Już w 1987 roku Michaił Gorbaczow pisał w „Pierestrojce”, że konfrontacja nie jest dobrym środkiem osiągnięcia celów Moskwy, gdyż niesie zniszczenia, a korzyść ze zdobycia ruin jest wątpliwa. Biorąc pod uwagę historyczne tło, nie był w swojej konstatacji specjalnie oryginalny.

Nieprzypadkowo kładę tak wielki nacisk na Rosję. Zapewne tę metodę infiltracji, na równi z klasyczną agenturą, stosują służby specjalne wielu krajów. Co więcej, jej korzeni należy się – jak pisze dr Rafał Brzeski – dopatrywać już w powstałej dwa i pół tysiąca lat temu „Sztuce wojny” chińskiego stratega Sun Tzu, który zalecał, żeby oddziaływać na przeciwnika już we wczesnej fazie tworzenia planów i podejmowania decyzji, a także by kształtować jego obraz rzeczywistości zgodny nie ze stanem faktycznym, lecz z intencjami agresora. To właśnie w Rosji na przełomie XIX i XX wieku doprowadzono tę sztukę do krystalicznej perfekcji.

Jej pionierem, według Brzeskiego, był Piotr Iwanowicz Raczkowski, szef paryskiej komórki Ochrany. Opłacał on francuskich dziennikarzy publikujących pamflety o rodzinie carskiej i pochlebne artykuły na temat sytuacji gospodarczej w Imperium. Później zakupił także kilka periodyków poświęconych problematyce stosunków w Europie Wschodniej i założył – przez podstawionych ludzi – coś, co dziś nazwalibyśmy organizacją pozarządową i co zajmowało się formowaniem pozytywnych opinii o carskiej Rosji wśród francuskich elit. Efektem tych działań – zarówno Ochrany, jak i paryskiego przedstawicielstwa rosyjskiego ministerstwa finansów, które też lokowało gigantyczne środki w tamtejszej prasie – było to, że do 1914 roku aż 25 procent zagranicznych inwestycji Francji zostało ulokowane w Rosji, a zaledwie 9 procent we francuskich koloniach i terytoriach zamorskich.

Z doświadczeń Ochrany po rewolucji bolszewickiej obficie korzystała CzeKa – na przykład pakując dziesiątki tysięcy funtów w ukazujący się w Wielkiej Brytanii „Daily Herald”. Kiedy w 1920 roku skomunizowany związek zawodowy brytyjskich dokerów ogłosił bojkot transportu broni i amunicji dla polskich wojsk walczących z Armią Czerwoną, „Herald” objął go swoim patronatem. Jednak prawdziwym kamieniem milowym w działalności agentury wpływu było powstanie Kominternu, który miał wpajać na międzynarodową skalę przekonanie, że – jak to ujął jeden z brytyjskich delegatów – Związek Sowiecki jest „miejscem najświętszym ze świętych.”

Brzeski podkreśla, że szczególnie haniebną rolę w tym względzie, między innymi podczas tzw. Wielkiego Głodu na Ukrainie, odegrali zachodni intelektualiści. Podczas gdy za naszą wschodnią granicą miliony umierały w męczarniach, dopuszczając się niekiedy wręcz aktów ludożerstwa, czołowe autorytety Zachodu przekonywały opinię publiczną, że najgorszy głód we współczesnej historii jest jedynie wytworem antysowieckiej propagandy. Walter Duranty – moskiewski korespondent „New York Timesa” i laureat nagrody Pulitzera – udowadniał to wręcz „z pozycji naocznego świadka”.

NA FRONCIE ANTYFASZYZMU

Podobno jednym z największych sowieckich osiągnięć propagandowych było utworzenie w 1933 roku w Paryżu Światowego Komitetu Pomocy Ofiarom Niemieckiego Faszyzmu. Jego prezesem był nie kto inny jak Albert Einstein. Komitet patronował między innymi ogłoszeniu „Brunatnej księgi hitlerowskiego terroru”, która, mimo iż udowodniono wiele zawartych w niej manipulacji – włącznie z wmanewrowaniem Einsteina w jej autorstwo – stała się dla młodych lewicujących Europejczyków „biblią antyfaszystowskiej krucjaty”. Efekt był więcej niż zadowalający: księga przysporzyła sowieckim służbom istne tabuny wysoko urodzonych i studiujących na elitarnych uniwersytetach kandydatów do werbunku.

Potem sprawy toczyły się już gładko. Ludzie ci osiągali wysokie stanowiska w strukturach państwowych swoich krajów lub w mediach, a w odpowiedniej chwili otrzymywali zadanie, aby z zaufanych pozycji forsować kremlowską agendę. Było to o wiele skuteczniejsze niż stosowane początkowo przez ZSRR plasowanie własnych oficerów, czyli – nielegałów.

W latach 50. operacja oddziaływania na świadomość zachodnich społeczeństw nabrała takiego rozmachu, że rezydentury w poszczególnych krajach przestały dawać sobie radę i w ramach KGB powstał specjalny oddział – departament D – który z czasem rozrósł się do rozmiarów odrębnej służby zarządzającej tzw. „środkami aktywnymi”. Brzeski podaje, że w latach 70. oficerowie wywiadu politycznego oddelegowani do rozsianych na całym świecie rezydentur mieli polecenie, by przeznaczać co najmniej jedną czwartą czasu na działania obejmujące sterowanie świadomością społeczną.

SAMOOBRONA

Ten mój historyczny szkic mógłbym ciągnąć jeszcze bardzo długo. Dużo miejsca można by poświęcić choćby operacjom wymierzonym w Watykan oraz bezpośrednio w Jana Pawła II. Ale już ten, bardzo pobieżny, rys wystarczy, by zdefiniować kluczowe aspekty poruszonego tu tematu. Czas mija, okoliczności i geopolityczne układy się zmieniają, a agentura wpływu dalej jest, jeśli wierzyć dr Rafałowi Brzeskiemu czy choćby prof. Andrzejowi Zybertowiczowi, jednym z najskuteczniejszych narzędzi dywersji na terytorium wroga – koniem trojańskim – stosowanym nie tylko przez Rosję.

Jej największą zaletę stanowi to, że jest praktycznie niewykrywalna. Działań tego typu nie da się – jak pisze Wroński – udowodnić na gruncie prawa. Zwłaszcza że parający się nimi ludzie nie zawsze są kadrowymi oficerami. W końcu ich zadanie nie polega na wykradaniu tajnych dokumentów, nie muszą posiadać żadnej specjalistycznej wiedzy czy umiejętności. Wystarczy, że będą umiejętnie oddziaływać na sferę opinii. W ich tropieniu zawodzi również najważniejsza broń kontrwywiadu – śledzenie przepływów pieniędzy. Podobno rzadko biorą wynagrodzenie wprost – zwykle mocodawcy po prostu pomagają im robić karierę.

Ale to tylko czubek góry lodowej. Bo tak naprawdę największym sprzymierzeńcem agentury wpływu jest panująca dziś wszędzie postprawda, która trzeźwy i racjonalny ogląd zastępuje emocjami i subiektywizmem. Problemem są same współczesne społeczeństwa: rozchwiane moralnie, bez ustabilizowanego porządku etycznego oraz konsekwentnie przestrzeganych norm, które tworzyłyby odruchowy system samoobrony. Już po I wojnie doskonale zdawali sobie z tego sprawę sowieci i trudno się spodziewać, by dziś, gdy naszą cywilizacją targają rozmaite, częściowo zapewne wywołane sztucznie lęki, było inaczej.

Gdy trochę się „liźnie” tematykę służb specjalnych, nadzwyczaj łatwo popaść w paranoję. A to – jak przestrzega Wroński – wielki błąd. Obsesję widzenia szpiega w każdym sąsiedzie przeżywali Amerykanie w kulminacyjnym okresie zimnej wojny i raczej na zdrowie im to nie wyszło. Tylko że w przypadku agentury wpływu, gdzie wszystko jest śliskie i dwuznaczne, sprawa wyjątkowo się komplikuje. Szczególnie teraz, gdy kanałów komunikacji jest więcej niż kiedykolwiek.

*

Grafika Pixabay


Źródła:

https://warszawa.onet.pl/na-akademii-w-pultusku-toczy-sie-postepowanie-dyscyplinarne-wobec-wydalonego/4vbxf4e

https://jozefdarski.pl/6330-agentura-wplywu

Polecam również