Ad vocem do „Władców uszu”

Wstyd się przyznać, ale przeglądając działy kultury w gazetach, zazwyczaj pomijam teksty o muzyce i tematach z nią pokrewnych. Mimo wieloletnich prób, smakowania tego i owego, po prostu jakoś nie zdołałem wyrobić w sobie ukierunkowanych w tym zakresie zainteresowań. Nie żeby muzyka w ogóle dla mnie nie istniała – mam kilku ulubionych wykonawców, kilka utworów, do których wracam, a nawet zdarza mi się słuchać przy codziennych czynnościach – ale ta dziedzina kultury jako całość nie wzbudza we mnie większych emocji. Co – jak dałem już do zrozumienia – nie stanowi dla mnie tytułu do chluby.

Artykuł Grzegorza Brzozowicza pt. „Władcy uszu” zamieszczony w noworocznym numerze „Do rzeczy” też najpewniej bym przeskoczył, gdyby nie przykuwająca uwagę całostronicowa fotografia Tomasza Beksińskiego. Wiąże się to oczywiście z wrażeniem, jakie zrobił na mnie film „Ostatnia rodzina”, i ze stanowiącym jego konsekwencję przekonaniem, że w czasach, gdy Beksiński zaczął celebrować swój mroczny mistycyzm w radiowej Trójce, polubiłbym go. Powiedzmy, że ja i Beksiński dzieliliśmy pewien wspólny obszar zainteresowań, a moje wkroczenie weń przebiegało mniej więcej w tym samym czasie, w którym on przyszedł na Myśliwiecką. Naprawdę żałuję, że właściwie nie słuchałem wtedy radia.

To znaczy… niby słuchałem, ale raz, że raczej nie Trójki, a dwa – w moim przypadku było to słuchanie bierne, wynikające po prostu z tego, że słuchali inni wokół mnie, a ja przywykłem. Wolałem jednak oglądać filmy i czytać książki. Trójki zacząłem słuchać dość przypadkiem na przełomie wieków, a i to wyłącznie dlatego, że jej sygnał pojawił się w mojej kablówce jako podkład pod kanał z reklamami. Nie powiem – polubiłem. A z czasem nawet się wciągnąłem do tego stopnia, że nie wyobrażałem sobie dnia bez Kuby Strzyczkowskiego, Wojciecha Manna (tu dochodziły wspomnienia z dzieciństwa i popularnego wówczas „5-10-15”) czy Piotra Kaczkowskiego.

Mniejsza już o to, kiedy i w jakich okolicznościach przestałem jej słuchać. Dość że pomijając inne czynniki, tym, co mnie w końcu zniechęciło, był ów szczególny nimb familiarności, owo iskrzące między słuchaczami i prezenterami porozumienie, że Trójka to nie radio, lecz styl życia, pewne doznanie pokoleniowe, a wręcz międzypokoleniowe. Czułem się z tego jakoś wykluczony. Ani nie załapałem się na heroiczny czas, kiedy to rock był wyrazem tęsknoty za wolnością, ani nie mogłem o sobie powiedzieć, że słucham Trójki „od zawsze’.

Jednak oto od Brzozowicza – było nie było, wybitnego, a niekiedy ponoć kontrowersyjnego krytyka muzycznego – dowiaduję się, że w sumie nie mam czego żałować. Potwierdził to mój przyjaciel, który w latach dziewięćdziesiątych Trójki słuchał i w rozmowie z którym ten tekst poniekąd na marginesie wypłynął. W najogólniejszym zarysie chodzi o to, że Brzozowicz zarzuca Kaczkowskiemu, Kydryńskiemu, Beksińskiemu, Niedźwiedzkiemu i innym psucie gustu słuchaczy (a może adekwatniejsze byłoby określenie „wyznawcy”?) poprzez promocję kiczu i zjawisk z globalnego punktu widzenia marginalnych, wtórnych. Na poparcie swej tezy przytacza między innymi ranking najlepszych albumów sporządzony przez magazyn „Rolling Stone”, w którym artyści hołubieni choćby w „Topie Wszech Czasów” zajmują często odległe lokaty.

Mój przyjaciel, komentując niniejszą diagnozę, stwierdził, że jemu też już wtedy, w latach liceum, budowany na falach trójkowego eteru kult wokół Floydów, Marillionu albo Queen wydawał się cokolwiek podejrzany. Brakowało tylko kąśliwego podsumowania, że były to takie „Złote przeboje”, tyle że podane w bardziej elitarnym sosie. Nie mam powodu mu nie wierzyć, że faktycznie tak czuł i nie dorobił sobie tej opinii ex post, żeby usprawiedliwić swe dzisiejsze niechęci.

Jeśli dobrze interpretuję intencje Brzozowicza, winą za ów stan rzeczy obarcza on właśnie tę sztuczną elitarność. Nie tyle słuchaczy – bo ich, jak sam zauważa, trudno winić, że nasiąkają tym, co otrzymują – lecz właśnie prezenterów, tytułowych władców uszu. Pisze ironicznie (a może i nie?), że ich status, gdy już zakorzenili się przed mikrofonem, był nieporównywalny z tym, jaki osiągali wówczas dziennikarze rockowi za żelazną kurtyną, gdzie „byli celebrytami decydującymi o wzlocie lub upadku wielu gwiazd”, podczas kiedy w Polsce od prezenterów radiowych zależało, kogo słuchacze w ogóle usłyszą i kogo „będą wielbić pokolenia, a o kim nikt się nie dowie”. Przypominam, że to był PRL, a na dodatek nie było YouTube’a.

Może to pewne nadużycie z mojej strony, jednak gdzieś między wierszami eseju Brzozowicza pobrzmiewa mi niewypowiedziane wprost oskarżenie, że cały ten trójkowy powiew wolności, który dziś stanowi mit założycielski, był tak naprawdę reglamentowany przez władzę. W jakiś sposób – może z czystego pragmatyzmu, jako tzw. wentyl bezpieczeństwa dla buntu – przez nią akceptowany. Brzozowicz przypomina na przykład, że wbrew obiegowym opiniom PRL za czasów Gomułki wcale nie był aż tak wrogi długowłosym szarpidrutom, a epoka Gierka –tak wobec nich tolerancyjna. To za jego czasów antenę wyczyszczono z „wrażych rytmów” i tylko dzięki listownym protestom słuchaczy wrócił na nią – jako jedyny zresztą – „Minimax”.

Stworzyło to – jak rozumiem – klasyczną sytuację bezrybia, na którym i rak ryba. Mogli więc władcy uszu w gruncie rzeczy robić, co chcą – oczywiście w ściśle zakreślonych granicach – bez jakiejkolwiek weryfikacji. Mogli transplantować swój gust – często według Brzozowicza – dyskusyjny i oderwany od światowych trendów do świadomości odbiorców i sprzedawać go jako kanon. Zarzut to, przyznam, poważny, idący ostro pod włos – zwłaszcza teraz, gdy wielu hardcorowych trójkowiczów czuje się wypędzonych ze swej świątyni.

Co ja mogę na to rzec? Jako niekompetentny w temacie mogę jedynie odnotować ten głos. A czynię to, bo w pewnej mierze dewastuje on i moje wyobrażenia. Kult może nie, bo nigdy go nie nabyłem ani w stosunku do rozgłośni, ani do jej prezenterów, ani do propagowanej przez nich muzyki. Wiem tylko, że umilili mi wiele wieczorów, nieraz i nie dwa ululali do snu, gdy zmory atakowały wyjątkowo silnie, i zrobili klimat przy niejednym ubieraniu choinki. Ale… może to we mnie tkwi jakiś feler? W końcu jestem dzieckiem lat dziewięćdziesiątych – ich kicz to moje pierwotne kulturowe dziedzictwo.

Na pewno w jednym muszę się z Brzozowiczem zgodzić. Dla dzisiejszych nastolatków – i nie tylko dla nich – muzyka, zwłaszcza taka muzyka, jest tylko jednym i już nie najważniejszym elementem rzeczywistości. Rock już nie budzi niepokoju serc, nie wzywa do rewolucji. Jest co najwyżej ciekawostką odpalaną na YouTube w chwili przerwy. Nie tylko czuję się jakby z czegoś okradziony, ale i współodpowiedzialny za ów stan. Żal, naprawdę żal – jakkolwiek by oceniać Marillion czy The Clash. A ja już nawet tego niestety nie umiem.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również