A ty w jakiej Europie się dziś obudziłeś?

Zwykle tego rodzaju hasła nie robią na mnie wrażenia. Są na ogół, jak wszystko dziś, pustymi sloganami mającymi wywołać określone emocje. W przypadku tego konkretnego pytania jest chyba jednak inaczej. Niezależnie od wyniku brytyjskiego referendum w sprawie wystąpienia z UE wydarzyła się ważna rzecz i jutro – właściwie już dziś – wszyscy obudzimy się w innej Europie. Na razie z tego, co sprawdzałem, według pierwszych nieoficjalnych wyników Brexit nie nastąpi. Choć ze świętowaniem lub, zależnie od sympatii, stypą warto jednak poczekać na oficjalne rozstrzygnięcie.

Stara, przećwiczona przez demoludy prawda mówi, że mniejsza o to, kto i jakie głosy oddaje, bo kluczowe jest i tak, kto je później liczy. Warto również – na co zwracali uwagę niektórzy komentatorzy – wziąć poprawkę na wpływ, jaki na decyzję głosujących mogła mieć śmierć Jo Cox – posłanki i gorącej zwolenniczki Unii, zabitej jakoby przez nacjonalistycznego radykała. Piszę „jakoby” nie po to, by sugerować czytelnikom jakieś spiskowe tropy – choć przecież i takiej ewentualności nie da się wykluczyć, kiedy w grę wchodzą interesy globalnych sił – lecz po to, by wskazać, jak ogromne znaczenie we współczesnej polityce ma socjotechnika.

Co do mnie, to choć z całego serca życzyłem wyspiarzom, aby opowiedzieli się za wyjściem, nie widziałem na to wielkich szans. Po pierwsze nawet gdyby wyniki referendum wskazywały na nie, proces ów, jak niejednokrotnie słyszeliśmy, potrwałby kilka lat i wiele mogłoby się w jego trakcie wydarzyć. A po drugie – no cóż, nie czarujmy się, proeuropejscy politycy w łonie samej Wielkiej Brytanii wespół ze swoimi towarzyszami w Brukseli i lobbystami podmiotów mogących na wyjściu stracić grube miliony (tu wstawić symbol dowolnej waluty) już na bank znaleźliby sposób, jak wyrażoną demokratycznie wolę społeczeństwa spuścić w toalecie. Są w tym wszak naprawdę świetni.

Dlaczego mimo to uważam, że w otaczającej nas eurorzeczywistości zaszła zmiana? Nie będę tu wybitnie oryginalny. Świadczy o niej już sam fakt, że do referendum w ogóle doszło. Jest to żółta kartka pokazana utopistom rojącym o Stanach Zjednoczonych Europy, a też zwiastun pewnych procesów, które w mniejszym lub większym nasileniu już od dłuższego czasu drążą od środka tego postawionego na glinianych nogach kolosa. Zaprzeczanie im nie ma żadnego sensu.

Chcę – zwłaszcza w kontekście tego, co napisałem powyżej – aby jedna rzecz była jasna. Nie jestem przeciwnikiem wspólnej Europy. Zgadzam się, że jedynie razem możemy stawić czoła rysującym się na horyzoncie wyzwaniom. I to wszelkim: od ekonomicznych po militarne. Nie określiłbym swojego stosunku do europejskiego projektu mianem euro entuzjazmu ani tym bardziej europatriotyzmu. Jeżeli już, byłby to raczej europragmatyzm. Według mnie jedyna zdroworozsądkowa postawa, jaką powinno się wobec podobnych rozwiązań mieć. Europa – tak, unia, szczególnie w obecnym kształcie – już niekoniecznie. Dobrze to rozróżnienie wbić sobie do głów.

Trzynaście lat temu podczas referendum akcesyjnego głosowałem za wstąpieniem Polski do Unii. Byłem wtedy oczywiście innym człowiekiem na innym etapie intelektualnego rozwoju, ale też i sama Unia była nieco inna. Lub może inaczej: była dokładnie taka sama jak teraz, ale nie widzieliśmy tak wyraźnie jej negatywnych cech, przez które dziś zjada własny ogon. Nie chcę przez to powiedzieć, że nas oszukano, celowo kierowano uwagę na drugorzędne kwestie czy omamiono „europejskimi srebrnikami”. Nie, to my sami pragnęliśmy zostać omamieni. Z różnych powodów. Bo to leczyło nasze kompleksy. Bo traktowaliśmy to jak sprawiedliwość historii, która się nam należy jak przysłowiowemu psu micha po latach upokorzeń. Bo taka moda. Jak zwał, tak zwał.

Nawiasem mówiąc, skoro już o tych „srebrnikach”, rozczulił mnie parówkowy portal, który tę zakurzoną retorykę wygrzebał wczoraj z medialnej rupieciarni, by pokazać, czegóż to byśmy bez nich nie mieli. Co z kolei przywołało wspomnienia „Rancza”, gdzie tyleż krotochwilnie co nachalnie tę nutę grzano, najwyraźniej zamiarując skruszyć w Polaku resztki sceptycyzmu, i czego idiotycznym symbolem był wiecznie wypełniający jakieś wnioski wójtowy totumfacki o nazwisku – nomen omen – Duda. No ale to taki offtop.

Sęk w tym, że dopóki najpoważniejszym problemem było zakrzywienie banana, dawało się to znieść, a niekiedy nawet bywało śmiesznie. Kiedy okazało się, że jedyną dopuszczalną formą demokracji jest ta liberalna z wychyłem w lewo, a każdy, kto ośmieli się wybrać inaczej, jest przywoływany do porządku, minki nam trochę zrzedły. A gdy brzegi kontynentu szturmować jęły masy imigrantów nie zawsze wiadomego pochodzenia i celu i gdy w związku z kryzysem tym nawoływania do solidarności osobliwie pachną szantażem i metalem lufy przyciśniętej do skroni, nawet temat banana zaczęliśmy postrzegać jakby w innym świetle.

Sytuacje kryzysowe mają do siebie to, że pokazują prawdziwą twarz zjawisk. Zrzucają z nich maski pozorów i bezlitośnie obnażają ukryte intencje. Czego zatem dowiedzieliśmy się o Unii w ciągu ostatnich lat? Przede wszystkim tego, że jej zamknięci w złotych, a raczej tęczowych klatkach urzędnicy nie mają bladego pojęcia o wolności. Że jesteśmy przez nich traktowani jak dałny, które nawet głupiej kromki chleba nie umieją sobie samodzielnie posmarować, jeśli jakiś komisarz nie wyda stosownej dyrektywy lub rezolucji co do sposobu trzymania noża.

Cuchnie to wszystko na kilometr marksizmem, którym zresztą jest. Z gruntu marksistowskie na przykład jest przekonanie europejskich elit, że istnieje jakiś jeden jedynie słuszny kierunek dziejów, zaś każdy, kto ośmiela się go kwestionować, to ekstremista / negacjonista / faszysta (niepotrzebne skreślić). Marksistowska jest inżynieria społeczna, jakiej się na nas dokonuje, każąc nam akceptować sztucznie wytworzone modele zachowań międzyludzkich. Marksizm przejawia się w odbywającym się codziennie gwałcie na języku i podmienianiu pojęć tak, aby znaczyły dokładnie to, czego życzą sobie wychowawcy owego sanatorium z logo w kształcie wieńca z gwiazd. Oni chcą decydować, czym jest rodzina, tolerancja i – ich ulubiony fetysz – demokracja.

Istotą utopijnego marksizmu (czy może istnieć inny?) jest abstrahowanie od rzeczywistości. A ta pokazuje, że federalizacja, a w dalszej perspektywie popperowska unifikacja, nie może się udać. I na przeszkodzie wcale nie stoją budzące się w Europie nacjonalizmy. One to bowiem są właśnie wyrazem zakorzenionych w europejskich społeczeństwach odrębności, których nie anuluje żadna dyrektywa. Analogiczny projekt amerykański powiódł się dlatego, że koloniści, którzy zasiedlili nowy ląd, musieli się zdefiniować od zera. W Europie nie ma takiej potrzeby, bo ludzie są zasiedziali.

Można tego dokonać metodami totalitarnymi różniącymi się od sowieckich jedynie stopniem aksamitności. Czyż może być inaczej, skoro dzisiejszy kierunek Unii Europejskiej wyznaczyli intelektualiści zafascynowani Stalinem? Na przykład tacy jak czołowy unijny ideolog, włoski komunista Altiero Spinelli. Sformułował on zasadnicze linie rozwoju UE niedługo po wojnie i zadziwiająco pokrywają się one z tym, co dziś podsuwa się nam jako lekarstwo na wszystkie bolączki, i ku czemu usiłuje się przeć po trupach.

Ruchy takie jak ten wykonany przez Brytyjczyków powinny przynieść otrzeźwienie. Są one jasnym sygnałem, że Unia musi się cofnąć. Jak daleko? Moim zdaniem do etapu EWG – ze wszelkimi konsekwencjami, z powrotem międzypaństwowych granic na czele. Bo tak, jak jest teraz, dalej być nie może. W Europie będą narastały antagonizmy, które tylko do czasu da się pudrować brukselską nowomową, pogróżkami czy pokazowymi wezwaniami do samokrytyki, jak w przypadku Węgier i Polski. Oczywiście nie mam wielkich złudzeń. Jedyną odpowiedzią będzie eurokratyczne ciamkanie. Do czasu. Bo światy idealne kończą źle.

I jak? W jakiej Europie dziś wszyscy się obudzimy? Mam głęboką nadzieję, że bez względu na ostateczny wynik referendum w takiej, w której perspektywa wyprowadzenia błękitnych flag i przerobienia PE na tancbudę nie wydaje się nierealna. W takiej, w której może za jakieś dwadzieścia lat zacznie się wreszcie szanować prawo do wolności. Ech, marzenia!

Poprzednie